Byliśmy bardzo sobie bliscy, kiedy się pobraliśmy. Robiliśmy wszystko razem. Zasypialiśmy wtuleni, oglądaliśmy telewizję w łóżku, w niedzielę spacerowaliśmy po starych uliczkach Krakowa, śmialiśmy się z najdrobniejszych rzeczy. Nasza bliskość była częsta nie zawsze zaplanowana, najczęściej spontaniczna jak nagły ciepły deszcz w maju. Czułam się kochana, pożądana, wybrana.
Z upływem lat wciąż byliśmy razem, ale już inaczej. Długie pocałunki zniknęły, pozostały tylko krótkie, nierzeczywiste muśnięcia ust, ledwo wyczuwalne niczym mgła nad Wisłą. Nie było już czułych pieszczot, tylko przyzwyczajone, codzienne dotknięcia skóry. Zaczęliśmy chodzić spać coraz wcześniej, zmęczeni rutyną dnia, i on niemal od razu odwracał się do ściany. Na początku ja się przybliżałam, kładłam dłoń na jego ręce lub plecach, szukałam tej znajomej, ciepłej dłoni. On szeptał, iż jest zmęczony, iż może jutro, iż dziś nie pora. Rozumiałam go.
Czas upływał, a wszystko pozostawało takie samo. Wciąż jedliśmy razem kolacje, rozmawialiśmy o tym, co się działo, dzieliliśmy łóżko, ale nie działo się już nic poza tym. Zaczęłam leżeć nieruchomo, licząc, iż może to on podejmie pierwszy krok ale on nigdy nie nadchodził. Na początku bolało, potem wstydziłam się naciskać, zagajać czułość. Zaczynałam się zastanawiać, czy to ze mną jest coś nie tak, może wyolbrzymiam.
Nasza wspólnota była ciągle bliska, ale zupełnie neutralna. Budziliśmy się razem, piliśmy poranną kawę z kawiarki, chodziliśmy na imieniny kuzyna do Nowej Huty. On opowiadał o swojej pracy, ja o moich dniach w aptece. Spaliśmy plecami do siebie. Zaczęłam przebierać się przy nim szybko, nie starając się już wyglądać ładnie. Przestałam nosić eleganckie piżamy, te z koronki. Przestałam widzieć w swoim ciele coś, co mogłoby kogokolwiek zaciekawić.
Próbowałam rozmawiać o tym kilka razy. Zapytałam, czy już go nie pociągam. Odpowiedział, iż nie o to chodzi po prostu już mu się nie chce, lata robią swoje, a miłość to przyjaźń i szacunek, a nie wieczna namiętność. Przytaknęłam głową, choć w środku czułam się pusta, jakby brakowało czegoś ważnego, ale nie potrafiłam tego nazwać bez poczucia winy.
Z czasem wszystko sobie usprawiedliwiałam. Mówiłam do siebie, iż są pary, które tak żyją. Że skoro nie ma kłótni, to jest dobrze. Przywykłam do tego, iż przytula mnie już tylko na oczach znajomych, nigdy w ciszy domu. Przywykłam nie oczekiwać. Nie pragnąć. Odkroiłam kawałek siebie, by nie czuć odtrącenia.
Minęły lata, a my dalej byliśmy bardzo bliscy. Zawsze razem, zawsze w idealnym porządku. Nikt poza nami nie podejrzewał, iż nie widzieliśmy w sobie bliskości od ponad piętnastu lat. choćby ja zapomniałam już, jak to jest być kobietą obok mężczyzny. Stałam się przyzwyczajeniem, wsparciem, obecnością. Nie przedmiotem pożądania.
Kiedy przyszedł dzień, w którym powiedział, iż odchodzi do innej, świat ani na chwilę nie zamigotał inaczej niż zwykle. Powiedział zwyczajnie, iż przy niej znów czuje się żywy, pożądany, związany, jakby źródło podziemne w nim ożyło. Nie krzyczałam. Nie kłóciłam się. Po prostu to powiedział. I wtedy zrozumiałam, iż on nigdy nie przestał czuć. On tylko przestał czuć przy mnie.
Dzisiaj, gdy patrzę za siebie, dociera do mnie, iż najboleśniejsze nie było to, iż odszedł. Tylko to, iż powoli, dzień po dniu, nauczyłam się żyć przy człowieku, który już nie widział we mnie kobiety i przekonał mnie, iż to zupełnie zwyczajne. Jakby sen, z którego nie umiem się obudzić. Wszystko płynie, wszystko zastyga, tylko pustka pozostaje niezmienna.












