'Butelkowy diablik'. Część osiemnasta. / Schwengel2009

publixo.com 1 godzina temu

Część osiemnasta

Po tych słowach położyła się do łóżka u jego boku, a jej smutek był tak wielki, iż od razu zapadła w głęboki sen. O poranku mąż zbudził ją i przekazał dobre wiadomości. Był tak ogarnięty radością, iż nie zwracał uwagi na rozpacz Kokuy, mimo tego, iż nie była zdolna tego ukryć. Słowa więzły jej w gardle, ale to w niczym nie zmieniało sprawy: Keawe mówił. Nic nie jadła, ale kto to mógł zauważyć? Małżonek wyczyścił talerze sam. Kokua widziała i słyszała go niczym jakąś dziwaczną rzecz we śnie; objęła głowę rękoma. Czy ma bez przerwy myśleć o tym, iż jest potępiona, czy też słuchać swego męża rozmawiającego i śmiejącego się głośno, hałaśliwie niczym jakieś monstrum. Po tym wszystkim Keawe jadł, gadał, planował czas ich powrotu, dziękował jej za uratowanie duszy, nazwał swym prawdziwym pomocnikiem. Śmiał się ze starego człowieka, który był tak głupi, iż kupił butelkę. „Zdawał się być wartościowym, sędziwym człowiekiem” - rzekł - „ Ale pozory mylą... . Dlaczego jednak potrzebował naczynia?”. „Mój mężu” - powiedziała Kokua pokornie - „Jego cel mógł być dobry.”. Keawe roześmiał się niczym połechtany ambicjonalnie mężczyzna. „Bzdura!” - krzyknął - „Stary łajdak, mówię tobie! Prócz tego stary głupiec. Dlatego, iż butelka była trudna do zbycia za cztery centymy, a przy trzech będzie to zupełnie niemożliwe. Rzecz pachnie piekielną siarką – brr!” - wzdrygał się. „Co prawda kupiłem ją za centa ale nie wiedziałem, iż są mniejsze monety. Byłem głupi. Nie będzie już drugiego takiego. Ktokolwiek ma teraz tą butelkę wpadł w nie lada matnię.”. „Och mój mężu” - oponowała Kokua - „Czyż nie jest dramatyczną rzeczą ocalić jedno istnienie przed wiecznym potępieniem kosztem drugiego? Wydaje mi się, iż nie mogłabym się cieszyć, śmiać. Byłabym pogrążona w melancholii. Modliłabym się za posiadacza przeklętej butelki.”. Wtedy, gdy Keawe wyczuł prawdę z jej relacji, tym bardziej się rozgniewał. „Nonsens!” - krzyknął - „Możesz być przepełniona melancholią, kiedy zechcesz. Ale to niepodobne do dobrej żony. jeżeli myślisz w tym wszystkim o mnie, powinnaś się wstydzić.”. Po czym wyszedł i Kokua została sama. Jakie miała szanse żeby sprzedać butelkę przy dwóch centymach? Żadne – uświadomiła sobie. A jeżeli miała jakąś to tylko tu, gdzie cent dzielił się na drobne centymy, kiedy tymczasem jej mąż ponagli ją do wyjazdu, do kraju, gdzie najmniejszą walutą był cent.
A tu rano, po jej poświęceniu się był mąż obwiniający i pozostawiający ją samą z problemem. choćby nie próbowała zrobić użytku z czasu, jaki jej pozostał, ale usiadła w wynajętym domu wyciągając co pewien czas butelczynę i spoglądając na nią z przerażeniem, a potem usuwając sprzed oczu. Po jakimś czasie Keawe powrócił zabrać ją na przejażdżkę. „Mój mężu, jestem chora” - odparła - „Jestem w podłym nastroju... . Wybacz mi ale nie potrafię się cieszyć.”. Keawe rozgniewał się na nią jeszcze bardziej, ponieważ myślał, iż rozpamiętywała przypadek starca; myśli o nim bo jest w porządku, zbyt współczująca aby być szczęśliwą. „To jest twoja prawda!” - krzyczał - „I to jest twój afekt! Twój mąż został właśnie uratowany przed wiecznym potępieniem, które zaryzykował z miłości do ciebie – a ty jesteś w złym nastroju! Kokuo, masz nielojalne serce... .”. Wyszedł ponownie cały w furii i włóczył się po mieście cały dzień. Spotykał przyjaciół od kieliszka i pił wraz z nimi; wynajęli powóz i jeździli po okolicy po czym pili ponownie. Przez cały ten czas Keawe był pod presją, skrępowany, ponieważ radował się wtedy, kiedy jego żona była smutna; wiedział w swoim sercu, iż jest bardziej prawa niż on; świadomość tego faktu skłaniała go jeszcze mocniej do picia... . A był pośród jego kompanów od kielicha stary żeglarz, który pił wraz z nim, jeden z tych bosmanów, łowców wielorybów, poszukiwaczy złota w kopalniach, którzy byli choćby skazani na więzienie.

Idź do oryginalnego materiału