Brat męża przyjechał „na tydzień w gości”, został rok – musieliśmy wyrzucić go z mieszkania z pomocą policji

twojacena.pl 1 godzina temu

Wiesz przecież, iż Wiesiek przechodzi trudny czas. Żona go wyrzuciła, z pracy go zwolnili Przecież nie zostawię go na Dworcu Centralnym, żeby spał na ławce Andrzej patrzył na żonę z winą w oczach, gniotąc w dłoniach kuchenną ścierkę. Wyglądał tak, jakby właśnie rozbił jej ulubioną filiżankę, chociaż rozmowa dotyczyła tylko krótkiej wizyty jego młodszego brata.

Małgorzata westchnęła ciężko, stawiając siatki z zakupami na podłodze. Były tak ciężkie, iż aż ręce jej zdrętwiały. Do tego miała za sobą zwariowany dzień w pracy kwartalny raport, kontrola z urzędu skarbowego, a wieczorem rozbolały ją znowu plecy. Jedyne, na co nie miała ochoty, to rozprawiać o problemach szwagra, którego przez piętnaście lat widziała w sumie raptem trzy razy.

Andrzej, to jest nasze M3, a nie noclegownia dla życiowych rozbitków powiedziała zmęczonym głosem, zdejmując buty. Wiesiek ma własne mieszkanie w Lublinie. Czemu nie wróci tam?

No bo je wynajmuje, mówił, iż chce spłacić kredyt za kawalerkę, którą kupił dla syna. Jakby to wszystko było proste! Chce się zaczepić w Warszawie, znaleźć normalną robotę tłumaczył Andrzej. Tylko tydzień, może dziesięć dni, dopóki nie załatwi rozmów kwalifikacyjnych, Gosiuk.

Małgorzata nalała sobie wodę do szklanki, a Andrzej poszedł za nią do kuchni, patrząc z nadzieją w oczy jak spaniel. Dobry mąż pracowity, łagodny, niekonfliktowy Ale miał jeden feler: nie potrafił odmówić rodzinie, zwłaszcza bratu Wieśkowi od zawsze czarnej owcy potrzebującej szczególnej uwagi.

Dobrze machnęła ręką, nie mając już siły się spierać. Tydzień to tydzień. Ale uprzedź go od razu: mamy swój tryb dnia. Wstajemy o szóstej, idziemy spać o jedenastej. Żadnych imprez, żadnych gości.

Wiesiek zjawił się następnego wieczoru z wielką kratą, pachnącą pociągiem i czymś kwaśnym, zalewając od progu mieszkanie swą obecnością. Był większy od Andrzeja, głośniejszy, bardziej przebojowy.

O, kochana gospodyni! wykrzyknął próbując ją uściskać, choć Małgorzata zdążyła uskoczyć. No to przyjęliście gościa! Nie będę przeszkadzał, zobaczysz! Dla mnie tylko łóżko i kontakt, he he.

Pierwsze trzy dni minęły spokojnie. Wiesiek rzeczywiście zachowywał się cicho: spał do południa na kanapie w salonie, potem chodził szukać pracy, a wracał na kolację. Tyle iż jadł za trzech. Małgorzata zdziwiła się, gdy pięciolitrowy gar barszczu, zwykle wystarczający im na trzy dni, zniknął w jeden wieczór. Kotlety od razu wyparowały.

Rosnę, czego chcieć? śmiał się Wiesiek, wycierając bułką resztę sosu z patelni. Tu w Warszawie powietrze bezlitosne, apetyt rośnie jak szalony.

Małgorzata nie powiedziała ani słowa, tylko zanotowała w myślach, by kupować więcej jedzenia. Choć była gospodynią, nie chciała wytykać kawałka chleba gościowi.

Pod koniec tygodnia, zgodnie z umową, zapytała przy kolacji:

Wiesiek, i co z tą pracą? Coś się pojawiło?

Wiesiek spochmurniał, odłożył widelec i zrobił minę cierpiętnika.

Co tu mówić, wszędzie przekręty, Gosiuk. Piszą: Dwanaście tysięcy, elastyczny grafik, a potem okazuje się, iż akwizycja albo rowerem jako kurier za śmieszne grosze. Mam inżynierskie wykształcenie, nie mogę byle gdzie. Ale jeden kontakt się pojawił, poważna firma. Może w poniedziałek oddzwonią. Poczekamy dwa dni, dobrze?

Dwa dni? powtórzyła Małgorzata, patrząc wymownie na Andrzeja. Ten tylko skupiony żuł sałatkę.

Nie wyrzucicie mnie przecież w weekend, co nie? odparł Wiesiek, szczerząc zęby. A z Andrzejem do garażu pójdziemy, pogadam z bratem po męsku.

Małgorzata nie protestowała dwa dni jej nie zbawią.

Lecz poniedziałek zamienił się w wtorek, wtorek w środę, telefonu z poważnej firmy nie było. Wiesiek przestał w ogóle wychodzić z domu. Kiedy Małgorzata wracała z pracy, zastawała rozłożoną kanapę w salonie, wciąż włączony telewizor, okruchy ciastek, puste szklanki i zapach taniego dezodorantu zmieszanego z wyziewami po alkoholu.

Wiesiek, dzwoniłeś w sprawie pracy? pytała.

Jasne, kadrowa chora, kazali zadzwonić w przyszłym tygodniu. Gosiu, a przepadł majonez? Chciałem sobie zrobić kanapkę, a lodówka pusta.

Te nasza mocno zaczęło ją irytować. Wiesiek zaczął zachowywać się, jakby mieszkanie było jego własnością: sięgał po leczniczy szampon Andrzeja, kładł się pod jej ukochanym kocem, przełączał kanały kiedy ona chciała obejrzeć wiadomości.

Minął miesiąc. Pierwszy śnieg zaczął topnieć, zamieniając się w brudną breję taka sama breja zrobiła się w życiu Małgorzaty.

W końcu nie wytrzymała. Andrzej siedział w kuchni, grzebał przy tosterze.

Musimy pogadać poważnie rzuciła, zamykając drzwi.

Chodzi o Wieśka? Andrzej automatycznie spochmurniał.

O niego. Mija miesiąc, a on nie pracuje, choćby nie szuka roboty. Leży na naszym tapczanie, żre nasze jedzenie, nie zamierza się wynosić. Mój dom jest jak akademik. choćby w szlafroku nie przejdę do salonu, bo zawsze tam zalega obcy facet. Kiedy to się skończy?

Gosiu, rozmawiałem z nim, mówi, iż już zaraz wszystko się ułoży. On po prostu nie ma szczęścia. Nie mogę wywalić brata na ulicę, rozumiesz? Mama by mi tego nie darowała, prosiła zawsze, żebyśmy się trzymali razem.

Twoja mama niech jej zdrowie służy mieszka w Zamościu i nie ma pojęcia, jak wygląda teraz nasze życie. Andrzej, ledwo nas na wszystko stać. Wydajemy na żarcie dwa razy więcej, rachunki za wodę i prąd poszły w górę, Wiesiek się kąpie godzinę! Niech chociaż się dokłada!

Nie ma pieniędzy Andrzej zamilkł. Zablokowali mu karty za długi. Mówił mi wczoraj.

Małgorzata opadła na krzesło.

I ty mi to mówisz teraz?

Dopiero powiedział. Obiecał, iż jak tylko złapie robotę, od razu wszystko odda. Gosiuk, wytrzymaj jeszcze chwilę. Przyjdzie wiosna, ruszą budowy, może na budowę pójdzie.

Poczekaj jeszcze to był jej nowy życiowy motyw.

Wiosna minęła. Wiesiek na budowę nie poszedł wymyślił, iż ma przepuklinę i nie może dźwigać. Ale kuflem piwa przed telewizorem dźgał z łatwością. Małgorzata zauważyła, iż znika alkohol z barku. Gdy zniknęła butelka koniaku podarowana Andrzejowi na czterdziestkę, wybuchła poważna awantura.

Nie ruszałem! wrzeszczał Wiesiek. Robisz ze mnie złodzieja? Może sama wypiłaś, a teraz wmawiasz mnie! Albo Andrzej w tajemnicy.

Nie obrażaj mojej żony! próbował stanąć w jej obronie Andrzej, ale raczej wątło.

To ją ucisz! W rodzinie kieliszka szkoda?! Jak się dorobię, całą skrzynkę wam kupię!

Wtedy Małgorzata po raz pierwszy postawiła warunek: Wiesiek wynosi się do końca tygodnia, albo ona składa pozew rozwodowy i rozdziela mieszkanie, do którego i tak dzięki wsparciu jej rodziców i spłacie kredytu z jej pensji głównej księgowej miała więcej praw.

Andrzej przestraszył się. Szeptał z bratem na balkonie, palił jednego papierosa za drugim. Wiesiek chodził naburmuszony, rzucał jej krzywe spojrzenia, ale zamilkł.

Wydawało się, iż sytuacja ruszyła z miejsca. Wiesiek oznajmił, iż znalazł pokój do wynajęcia pod Warszawą, wyprowadzi się za dwa tygodnie, jak tylko dostanie pierwszą pensję (rzekomo zatrudnił się jako stróż).

Małgorzata odetchnęła dwa tygodnie da się przetrwać.

Po kilku dniach Wiesiek wrócił do domu z ręką w gipsie.

Przewróciłem się na schodach, złamałem sobie rękę ogłosił z teatralną powagą.

Małgorzata, patrząc na biały gips, zrozumiała: to niekończąca się historia. Praca stróża odpada. Wyprowadzka prysła.

Nie wyrzucisz przecież kaleki? rzucił Wiesiek, uśmiechając się kpiąco. Dobrze wiedział, iż znalazł sposób, by zostać.

Lato zamieniło ich życie w piekło. Ranny Wiesiek domagał się opieki: Gosia, pokrój mi chleb, niewygodnie, Gosia, umyj mi plecy, nie sięgam. Na tę ostatnią uwagę Małgorzata odpowiedziała stanowczo, tak, iż bratanek już nigdy się nie odezwał, ale atmosfera była nie do zniesienia.

Andrzej coraz częściej brał nadgodziny i dodatkowe zlecenia wyraźnie uciekał z domu. Małgorzata też wracała coraz później, nadrabiała spacery po parku, kawę w kawiarni, byleby nie wracać do królestwa Wieśka.

I tak minęło pół roku, potem osiem miesięcy. Gips dawno zdjęto, ale Wiesiek rehabilitował rękę i stale narzekał na bóle. Czuł się już u siebie. Przestawił meble w salonie jak chciał. Dwa razy przyprowadził jakiś szemranych kolegów, gdy nikogo nie było w domu (sąsiadka zauważyła). Każda uwaga kończyła się agresją:

Macie obowiązek mi pomóc! Jestem bratem! To wasz obowiązek rodzinny! Macie trzypokojowe (w rzeczywistości dwupokojowe, ale Wiesiek za pokój liczył też kuchnię), żal wam miejsca? Przecież nie włażę do waszej sypialni!

Cierpliwość Małgorzaty wyczerpała się w listopadzie, dokładnie rok po tej feralnej gościnie.

Wracając do domu szybciej z powodu migreny, przekroczyła próg i zdrętwiała: głośna muzyka, kobiecy śmiech, czuć było papierosy. W przedpokoju stały cudze damskie buty, na wieszaku wisiała tania kurtka. W salonie zastała obrazek wzięty z kiepskiej telenoweli: stół zastawiony wszystkim co z lodówki, otwarta wódka, a Wiesiek ściskał jakąś platynową blondynę, oboje palili i strzepywali popiół na dywan.

O, witamy panią domu! bełkotał Wiesiek. Proszę poznać Anitę. Moja muza!

W Małgorzacie coś pękło. Spokojnie i lodowato, bez żalu, bez wątpliwości.

Wynocha powiedziała niskiem głosem.

Co? nie zrozumiał Wiesiek. Gosiu, nie rób scen. Anita zaraz sobie pójdzie, tylko

Wynocha stąd. Oboje. Macie pięć minut na zebranie rzeczy.

Zwariowałaś? Wiesiek wstał z kanapy, twarz mu spłonęła gniewem. Gdzie ja pójdę? To też mój dom! Brat tu właścicielem! A ty kto? Przybłęda!

Wymachiwał rękoma, ale Małgorzata sięgnęła po telefon.

Dzwonię na policję.

Dzwoń! wrzeszczał. Nic ci nie zrobią! Jestem rodziną! Zaprosił mnie Andrzej!

Małgorzata nacisnęła numer alarmowy.

Policja? Potrzebuję patrolu, adres Tak, obce osoby w mieszkaniu, grożą przemocą, są pijane, nie są zameldowane, jestem współwłaścicielką. Proszę o szybką interwencję.

Anita momentalnie wytrzeźwiała, rzuciła swoje buty i kurtkę, uciekła z mieszkania. Wiesiek usiadł z powrotem na kanapie, zapalił papierosa i parsknął śmiechem.

No, zobaczmy, co wymyślisz. Andrzej wróci, a ty za ten numer popamiętasz. Własnego szwagra na gliny podajesz? Ty wariatka!

Małgorzata zamknęła się w kuchni i zadzwoniła do Andrzeja.

Wezwałam policję powiedziała bez emocji. Wiesiek przyprowadził babę, zrobili libację, palili w salonie i zamachnął się na mnie. jeżeli zaczniesz go chronić możesz się nie pojawiać. Rano składam papiery rozwodowe.

Cisza w słuchawce. Potem mąż cicho odpowiedział:

Już jadę. Rób jak musisz. Mam dość.

Policja przyjechała szybko, dwóch mundurowych. Jeden spojrzał krytycznie na rozgardiasz i Wieśka rozpartego na kanapie:

Kto właściciel?

Ja Małgorzata pokazała dowód i akt własności. Mieszkanie współwłasnościowe z mężem. Pan zamieszkuje tu nielegalnie, nie jest zameldowany, jest agresywny. Proszę go usunąć.

Dokumenty, proszę poprosił jeden z policjantów.

Wiesiek podał dowód.

Jestem bratem właściciela! Mam prawo tu mieszkać! Rodzina!

Zameldowanie w Lublinie, w Warszawie nie ma. Właścicielka domaga się opuszczenia mieszkania. Musi pan wyjść. Chyba iż drugi właściciel stawi się osobiście i zaprzeczy, wszystko do sądu, ale teraz nie ma podstaw do pana pobytu, a jest pan nietrzeźwy. Swoją drogą sąsiadki zgłosiły hałas. Albo wychodzi pan sam, albo zabieramy do komisariatu, a tam można i dostać areszt za chuligaństwo.

Wiesiek rozejrzał się. Spojrzał na policjantów, na Małgorzatę z zaciśniętymi ramionami. Dotarło do niego, iż dobre czasy się skończyły. Jego bezczelność rozbijała się o urzędowe procedury.

Strzępcie się tymi swoimi metrami Ale nie zapomnę wam tego wycedził.

Pakował się dwadzieścia minut, przeklinając, celowo zahaczając to o szafę, to o lustro. Policjanci stali w drzwiach, nie ruszając się.

Kiedy Wiesiek wyszedł na klatkę, pojawił się Andrzej postarzały nagle o dekadę.

Andrzej! wrzasnął Wiesiek. Powiedz im! Ta twoja wywala mnie na ulicę! Brata! Powiedz!

Andrzej patrzył przez chwilę na brata, na jego wściekłą, nalana twarz, potem spojrzał na zmęczoną, ale stanowczą Małgorzatę.

Idź już, Wiesiek powiedział cicho.

Co?! Mnie zdradzasz? Przez nią?

Rok żyłeś na nasz koszt wycedził Andrzej. Okłamywałeś mnie. Upokarzałeś moją żonę. Zrobiłeś chlew z mojego domu. Tylko dlatego, iż jesteś bratem, wytrzymałem. Ale dziś przesadziłeś. Wracaj do Lublina. Albo gdzie chcesz. Więcej nie dostaniesz ode mnie złotówki.

Wiesiek zamilkł z rozdziawioną gębą, zszokowany, iż mięczak Andrzej zdecydował się postawić granice.

Że was diabli Rodzina fiutarzy. Nie chce was znać!

Chwycił torbę i wybiegł na klatkę. Policjanci poszli za nim, by dopilnować, iż faktycznie wyszedł z bloku.

Dziękuję skinęła głową Małgorzata policjantowi.

Zamknijcie drzwi i zmieńcie zamki doradził na odchodnym. Tacy krewni lubią wracać.

Gdy drzwi się zatrzasnęły, zapadła cisza. Andrzej poszedł do salonu, uchylił okno wpuszczając rześkie listopadowe powietrze, żeby wywietrzyć papierosy i pijackie wyziewy. Zaczął zbierać niedopałki z dywanu.

Małgorzata podeszła, położyła mu rękę na ramieniu.

Przepraszam wyszeptał cicho Andrzej, wciąż spuszczając wzrok. Powinienem był to zrobić dawno temu.

Najważniejsze, iż już po wszystkim odpowiedziała łagodnie.

Cały weekend sprzątali gruntownie mieszkanie. Wyrzucili kanapę po Wieśku nie dało się jej doczyścić. Wymienili zamki tym razem Andrzej sam to zaproponował.

Wiesiek jeszcze próbował dzwonić z obcych numerów, błagał o na bilet, groził lub szantażował. Andrzej jednak tylko odkładał słuchawkę i blokował kontakt.

Życie stopniowo wróciło do normy. Małgorzata na nowo cieszyła się powrotem do domu, gdzie znów było czysto, spokojnie i pachniało kolacją, nie potem czy dymem. Andrzej zrozumiał istotną lekcję: rodzina to nie ci, którzy cię wykorzystują, tylko ci, którzy cię szanują i okazują troskę.

Czasem trzeba przeżyć domowe piekło, by nauczyć się stawiać granice i pokochać spokój we własnych czterech ścianach. Dobrze jest wiedzieć, kiedy bronić swojego domu i swojego szczęścia bo nikt nie zrobi tego za nas.

Idź do oryginalnego materiału