Krzysztof Wardęga miał czterdzieści jeden lat i patrzył na Wrocław z tarasu na trzydziestym piętrze wieżowca przy placu Grunwaldzkim tak, jakby to miasto należało do niego w całości. W pewnym sensie należało. Oficjalnie prowadził Wardęga Development — sieć magazynów logistycznych i biurowców od Wrocławia po Poznań. Nieoficjalnie kontrolował połowę przemytu papierosów i paliwa przechodzącego przez Dolny Śląsk, a ludzie, którzy próbowali mu w tym przeszkadzać, zwykle znikali z rynku szybciej, niż zdążyli podpisać nową umowę.
Był człowiekiem zimnym z wyboru. Nie krzyczał. Nie musiał.
Cały ten aparat — spółki, słupy, kontakty w urzędzie skarbowym, trasy przez granicę czeską — trzymała w ryzach jedna osoba, siedząca dwadzieścia metrów od jego gabinetu, za ścianą z matowego szkła.
Nazywała się Marta Sowińska. Od sześciu lat była jego asystentką, choć to słowo nijak nie oddawało tego, co robiła. Kiedy trzeba było przekonać naczelnika wydziału architektury, żeby przymknął oko na przekroczenie warunków zabudowy — załatwiała to Marta, bez śladu w dokumentach. Kiedy transport „elektroniki" z Hamburga wymagał podmiany dwóch pozycji na liście przewozowej — robiła to sama, na swoim laptopie, o drugiej w nocy, popijając zimną kawę.
Znała każdą tajemnicę Krzysztofa. Wiedziała, gdzie leżą pieniądze, których nie ma w żadnym bilansie. Poruszała się w tym świecie z chłodnym opanowaniem księgowej, która nigdy się nie myli.
Krzysztof miał zasadę: każdy, kto zbliżał się do jego interesów, przechodził przez to samo sito — Bartek z ochrony sprawdzał numer PESEL, historię zatrudnienia, konta w mediach społecznościowych, czasem jeden dyskretny telefon do znajomego z komendy. Jedyną osobą, której nigdy tak nie prześwietlił, była Marta. Przez sześć lat nie zapytał jej choćby o numer prywatnego telefonu — dzwonił zawsze na służbowy, bo tak było wygodniej, a ona nigdy nie dała mu powodu, żeby chcieć czegoś więcej. Nie znał imienia jej matki. Nie wiedział, gdzie mieszka jej rodzina. To była jedyna dziura w jego systemie kontroli, i była tam od początku, bo sam ją tam zostawił.
Tego wtorku, dwudziestego drugiego września, Krzysztof wszedł do biura o wpół do siódmej — wcześniej niż zwykle, bo noc miał kiepską, pełną irytacji, której nie potrafił nazwać. Liczył, iż zobaczy poświatę dwóch monitorów Marty i poczuje zapach jej kawy z ekspresu, ustawionego zawsze na dokładnie tę samą temperaturę.
Sekretariat był ciemny.
Sprawdził zegarek. 6:34. W sześć lat Marta nie spóźniła się ani razu — przychodziła choćby wtedy, gdy tramwaje stały zasypane śniegiem na Krzykach.
Podszedł do jej biurka, myśląc, iż może zostawiła notatkę o jakimś wyjeździe, o którym zapomniał. Wtedy zobaczył pudełko.
Granatowe, aksamitne, dokładnie na środku blatu. Obok leżała gruba kremowa koperta z papieru czerpanego. Otworzył ją, nie zastanawiając się, czy ma do tego prawo.
Charakter pisma był męski, pewny, z nachyleniem w prawo.
„Na dzisiejszy wieczór, piękna. Załóż to dla mnie. Damian".
Otworzył pudełko. Na białym atłasie leżała bransoletka — diamenty osadzone w białym złocie, ciężka, wyraźnie robiona na zamówienie. Taką rzecz kupuje się nie z sympatii, tylko wtedy, gdy chce się coś zaznaczyć. Coś jak pieczęć.
Krzysztof postawił pudełko z powrotem dokładnie tam, gdzie leżało, co do milimetra, i cofnął rękę tak gwałtownie, jakby dotknął gorącego metalu.
Marta miała mężczyznę. Miała życie poza tym biurem, poza jego kontrolą, poza jego wiedzą. Wyjął telefon i napisał do Bartka jedno zdanie: „Sprawdź mi kogoś. Damian Roszak. Dyskretnie i szybko". Potem schował telefon do kieszeni marynarki, jakby chciał, żeby ta wiadomość przestała istnieć, zanim ktokolwiek ją przeczyta.
O 7:05 rozsunęły się drzwi windy. Marta weszła szybkim krokiem, w ciemnoczerwonej sukience, której nigdy wcześniej nie widział — nie w tym garniturowym, wyprasowanym świecie, w którym zawsze się poruszała. Zatrzymała się, widząc go przy jej biurku, z otwartą kopertą w dłoni.
— Pan wcześnie.
— Pani się spóźniła.
Podeszła, zamknęła wieczko pudełka jednym ruchem kciuka i wsunęła je do torebki.
— To rzecz prywatna. Kurier przyniósł to na recepcję, ochrona wysłała na górę.
— Damian — powtórzył Krzysztof. — Kim on jest?
— To moja sprawa, panie Krzysztofie. Nie wpływa na moje obowiązki.
— Wszystko, co pani robi, jest moją sprawą. Ma pani dostęp do rzeczy, które mogą mnie pogrążyć. jeżeli ktoś dzieli z panią łóżko, muszę wiedzieć, kto to jest. Ze względów bezpieczeństwa.
— Bezpieczeństwa? — Odsunęła krzesło, usiadła i włączyła monitor, jakby chciała mieć w rękach coś innego niż to pytanie.
Nie odpowiedział od razu. Prawda była prostsza i głupsza, niż był gotów przyznać: nie chodziło o bezpieczeństwo firmy. Chodziło o to, iż przez sześć lat traktował ją jak część mechanizmu — narzędzie precyzyjne jak szwajcarski zegarek — a teraz ktoś przypomniał mu, iż pod garniturem od Boglioli jest kobieta, którą ktoś inny nazywa piękną.
— Kolega z liceum. Wrócił z Londynu, prowadzi teraz kancelarię patentową na Nadodrzu — powiedziała Marta, nie odrywając wzroku od ekranu. — Umówiliśmy się na kolację, bo mija dziesięć lat od matury. Bransoletka to jego pomysł, nie mój. Nic więcej.
Wypowiedziała to za szybko, jednym tchem, jakby recytowała coś przygotowanego wcześniej w windzie. Krzysztof to zauważył — zapisał w pamięci, jak zapisywał każdą niespójność w zeznaniach ludzi, których przesłuchiwał w gabinecie na zapleczu — ale nic po sobie nie pokazał.
Odpowiedź od Bartka przyszła po południu, kiedy Marta wyszła na przerwę. Kancelaria patentowa Roszak i Wspólnicy zarejestrowana była w KRS trzy miesiące temu, adres na Nadodrzu — wynajęte biuro coworkingowe, jednoosobowe. Damian Roszak wrócił do Polski z Londynu, owszem, ale dziewiętnaście miesięcy temu, nie „niedawno", jak sugerowała opowieść o kolacji za starą znajomość. Przez ostatni rok trzykrotnie pojawiał się na przetargach dotyczących gruntów logistycznych pod Kątami Wrocławskimi — dokładnie tych, o które od miesięcy zabiegała spółka konkurencyjna wobec Wardęga Development, należąca do braci Zalewskich. Bartek dopisał na końcu: „Sprawdzam głębiej, ale to nie jest przypadkowy prawnik od patentów. On zbiera coś o nas. Albo o kimś stąd."
Krzysztof przeczytał wiadomość dwa razy, potem usunął ją z telefonu.
Przez kolejne dni zaczął obserwować Martę inaczej. W piątek wyszła punktualnie o osiemnastej, chociaż wcześniej zostawała do dwudziestej pierwszej bez słowa sprzeciwu. W środę przyszła w nowych kolczykach — srebrnych, w kształcie półksiężyca — kupionych, jak się później dowiedział od ochrony sprawdzającej paragony firmowej karty, w przerwie na lunch w sklepie na Świdnickiej, za własne sto dziewięćdziesiąt złotych, nie firmowe.
Dwa tygodnie po incydencie z bransoletką do biura zszedł Krzysztof osobiście, bo kierownik recepcji zadzwonił, iż jakiś mężczyzna pyta o Martę Sowińską. Zastał ich w holu — Marta śmiała się głośno, odrzucając głowę, z ręką na przedramieniu mężczyzny w dobrze skrojonym płaszczu, z teczką ze skóry.
— Damian Roszak — przedstawił się, wyciągając dłoń. — Pan Wardęga, zgaduję? Marta dużo o panu opowiada.
— Dobrze czy źle? — zapytał Krzysztof, ściskając rękę mocniej, niż wymagała tego kurtuazja.
— Zawodowo — odpowiedział Damian z uśmiechem, który nie sięgał oczu.
Marta zabrała rękę z jego przedramienia dopiero wtedy, kiedy zorientowała się, iż Krzysztof na to patrzy.
W tym uścisku dłoni Krzysztof wyczuł to samo, co czuł, ściskając ręce ludzi, którzy przyszli do niego z propozycją, mając w kieszeni coś zupełnie innego. Postanowił nie robić nic. Nie dlatego, iż nie miał dowodów — miał ich dość, żeby Damian Roszak zniknął z Wrocławia w tydzień. Ale gdyby to zrobił, straciłby Martę na zawsze, i to w sposób, którego nigdy by mu nie wybaczyła. Wolał poczekać, aż sama dowie się, kogo naprawdę wpuściła do łóżka.
Wieczorem tego samego dnia, kiedy biuro opustoszało, Krzysztof wszedł do sekretariatu i zastał Martę pakującą rzeczy z szuflad do kartonowego pudła po papierze do drukarki.
— Co pani robi?
— Odchodzę, panie Krzysztofie. Złożyłam wypowiedzenie u pana zastępcy dwie godziny temu. Miesiąc okresu, zgodnie z umową.
— Dlaczego?
Marta postawiła pudło na krześle i oparła obie dłonie na jego brzegu.
— Bo przez sześć lat byłam dla pana wszystkim poza człowiekiem. Trzymałam pański kalendarz, pańskie sekrety, pańskie pieniądze poza księgowością. A kiedy ktoś przysłał mi bransoletkę, pierwsze, co pan zrobił, to nie zapytał, czy jestem szczęśliwa — tylko żądał nazwiska, jakby to była sprawa bezpieczeństwa spółki.
— A Damian? — zapytał Krzysztof. — Naprawdę tylko kolega z liceum?
Marta zamknęła wieko pudła i przez chwilę nie odpowiadała, wygładzając taśmę klejącą kciukiem, choć taśma leżała już równo.
— Nie od razu. Ale teraz tak, jeżeli o to panu chodzi. I to też jest odpowiedź na pytanie, dlaczego odchodzę.
— Zostań — powiedział Krzysztof. — Nie jako asystentka. Jako…
Urwał. Marta czekała trzy sekundy, licząc je wyraźnie na palcach opartych o karton, a potem podniosła pudło.
— Nie ma pan tego słowa, panie Krzysztofie. I dobrze, iż pan tego nie udaje.
— Wie pani, co pani ze sobą zabiera — powiedział, kiedy była już przy drzwiach. Nie zapytał, gdzie mieszka Damian ani co robi po godzinach. Zapytał inaczej: — Numery kont. Nazwiska w urzędzie skarbowym. Trasy. To wszystko jedzie z panią do windy.
Marta odwróciła się z pudłem pod pachą.
— Jadę z tym od sześciu lat, panie Krzysztofie. Codziennie do domu i z powrotem. Gdyby miało to dla pana znaczenie, dawno kazałby mi pan to zapomnieć, zanim pani powiedziała dzień dobry.
— To dlaczego panią puszczam?
— Bo wie pan, iż jeżeli spróbuje mnie pan zatrzymać w inny sposób niż słowem „zostań", to ostatnia rzecz, jaką dla pana zrobię, to zniknięcie z tym wszystkim, co wiem, w miejscu, którego pan nigdy nie znajdzie.
Krzysztof nie odpowiedział. Patrzył, jak zabiera kartonowe pudło pod pachę, zostawia na biurku firmową kartę dostępu i kluczyki do służbowego audi, którym jeździła od trzech lat, i wychodzi do windy, nie oglądając się.
Krzysztof stał w pustym sekretariacie jeszcze długo po tym, jak zgasło światło w korytarzu uruchamiane czujnikiem ruchu. Podszedł do jej biurka, otworzył górną szufladę — pustą, umytą, z nowym arkuszem papieru wyściełającym dno — i zamknął ją z powrotem. Wiedział dokładnie, czego szuka. Numeru prywatnego telefonu, którego nigdy nie zapisał, bo przez sześć lat nie musiał. Teraz, kiedy chciałby go mieć, w szufladzie było tylko czyste dno i zapach nowego papieru.











