Brakowało im kawiarni, więc założyli własną. “Klienci zmieniają się w znajomych”

krowoderska.pl 1 tydzień temu

W Nowej Hucie, z dala od śródmiejskiego pośpiechu i lokali robionych pod szybki obrót, powstało miejsce, które działa według zupełnie innej logiki. Kiki miało być kawiarnią, ale bardzo gwałtownie stało się czymś znacznie ciekawszym: sąsiedzkim salonem, bazą pomysłów, mikrodomem kultury i przestrzenią, w której kawa, autorskie kanapki, muzyka, poezja i przypadkowe rozmowy składają się w jeden spójny klimat. Dominika i Igor Szloch stworzyli miejsce, którego sami potrzebowali — i właśnie dlatego wyszło tak autentycznie.

Niby otworzyliśmy kawiarnię, ale tak naprawdę po prostu powiększyliśmy salon.”

Są takie miejsca, które od progu dają ci poczucie, iż ktoś zrobił je nie pod tabelkę w Excelu, tylko pod prawdziwe życie. Takie, do których wpadasz niby na kawę i kanapkę, a po chwili orientujesz się, iż siedzisz już w środku rozmowy, planu na koncert, pomysłu na wystawę albo nowej znajomości. Kiki w Nowej Hucie jest właśnie takim miejscem.

Dominika i Igor Szloch nie stworzyli po prostu kolejnej kawiarni. Zrobili coś dużo ciekawszego: otwartą bazę doświadczeń, powiększony salon dla ludzi, którzy lubią kulturę, jedzenie, muzykę i to specyficzne uczucie, iż coś się właśnie dzieje — choćby jeżeli jeszcze nie wiadomo do końca co.

To jest kawiarnia?

To bardziej miejsce, w którym można realizować różne potrzeby, pomysły i zajawki.”

— W zamyśle miała być kawiarnią, ale bardzo gwałtownie okazało się, iż to za małe słowo — śmieją się. — To bardziej miejsce, w którym można realizować różne potrzeby, pomysły i zajawki. A tych mamy naprawdę sporo.

I rzeczywiście, trudno zamknąć Kiki w jednej definicji. To trochę lokal z autorskimi kanapkami, trochę sąsiedzki punkt spotkań, trochę mikrodom kultury, a trochę laboratorium rzeczy, które zwykle odkłada się na „kiedyś”.

— Brakowało nam miejsca, w którym można przekuwać pomysły w konkret. Tak po prostu. Zamiast wciąż gadać, iż fajnie byłoby coś zrobić, wolimy to robić. Spotkanie autorskie? Jasne. Wieczór poetycki? Wchodzimy. Warsztaty artystyczne? Były. DJ set? Oczywiście. Jam, wystawa, stream, kasetka, koszulki? Czemu nie.

W ich opowieści bardzo mocno wybrzmiewa jedno: kiki nie powstało z chłodnej kalkulacji, tylko z potrzeby życia trochę bardziej po swojemu.

Powiększony salon

To nie jest biznes, który miał być tylko o kawie. Bardziej chodziło o stworzenie przestrzeni, która coś uruchamia.”

— Niby otworzyliśmy kawiarnię, ale tak naprawdę po prostu powiększyliśmy salon — mówią. — Tylko zamiast trzymać go dla siebie, otworzyliśmy go na ludzi.

To chyba najlepiej oddaje charakter tego miejsca. Nie ma tu napięcia, nie ma nadęcia, nie ma tej wymuszonej modności, która często zabija klimat. Jest za to swoboda, naturalność i poczucie, iż wszystko może się wydarzyć całkiem organicznie.

Dominika zajmuje się grafiką, prowadzi też działania artystyczne i warsztaty plastyczne. Igor od lat kręci się wokół muzyki, DJ-ingu i coraz mocniej wchodzi też w granie na żywych instrumentach. Oboje przez cały czas pracują na etatach, a Kiki jest ich „side jobem” tylko z nazwy, bo energii wkładają w to miejsce tyle, jakby budowali mały wszechświat.

— To nie jest biznes, który miał być tylko o kawie. Bardziej chodziło o stworzenie przestrzeni, która coś uruchamia. W nas i w innych. Takiej, w której można coś zacząć, sprawdzić, przetestować, wypuścić w świat.

I właśnie dlatego w Kiki obok jedzenia są też plakaty lokalnych twórców, wystawy, poetyckie spotkania, muzyczne kolaboracje i pomysły, które w innym miejscu pewnie nigdy nie dostałyby swojej szansy.

Nie sprzedajemy tylko kawy. Sprzedajemy doświadczenia

Mamy pomysł na ciuchy? To robimy koszulki. Chcemy nagrać kasetę? Nagraliśmy.”

To zdanie mogłoby brzmieć jak pusty slogan, gdyby nie fakt, iż tutaj naprawdę działa.

— Sprzedajemy głównie doświadczenia — mówią z uśmiechem. — Kawa jest ważna, jedzenie też, ale najfajniejsze jest to, iż za każdym razem wydarza się coś jeszcze.

W Kiki wisiały już fotografie, pojawiały się prace lokalnych artystów, odbywały się warsztaty, wieczory literackie i muzyczne spotkania. To miejsce żyje nie dlatego, iż ma napięty grafik eventów wrzucony na trzy miesiące do przodu, ale dlatego, iż przyciąga ludzi, którzy chcą coś współtworzyć.

— Mamy pomysł na ciuchy? To robimy koszulki. Chcemy nagrać kasetę? Nagraliśmy. Myślimy o wydaniu tomiku poezji podsumowującego nasze spotkania? To pewnie go wydamy.

Ta lekkość działania robi wrażenie, ale nie ma w niej chaosu. Raczej czuć zasadę: lepiej zrobić coś lekko krzywo, ale naprawdę, niż miesiącami dopieszczać ideę, która nigdy nie wychodzi z głowy.

Wiersze z szuflady i przestrzeń bez spiny

Chodzi o przestrzeń, która nie ocenia.”

Jednym z najciekawszych formatów, które pojawiły się w kiki, są spotkania poetyckie „Wiersze z szuflady”.

— To jest piękne, bo z jednej strony przychodzą osoby, które już publikowały, mają doświadczenie i dobrze czują się z mikrofonem. Ale z drugiej — pojawiają się też ludzie, którzy czytają coś publicznie pierwszy raz w życiu.

I właśnie w tym, według właścicieli, tkwi sens takiego miejsca.

— Chodzi o przestrzeń, która nie ocenia. Taką, w której możesz przyjść z tekstem, który latami leżał w notatniku, i po prostu go przeczytać. Bez pozy, bez konkursu na najmądrzejszą osobę w pokoju. Dostajesz uwagę, feedback, obecność. To naprawdę działa.

W ich głosie słychać dumę z tego, iż Kiki stało się miejscem przełamań — tych małych, osobistych, które często są ważniejsze niż największe premiery.

Autorskie kanapki, czyli prostota z twistem

Możesz w domu zrobić kanapkę, ale nie zawsze masz ten jeden składnik, który robi całą robotę.”

Jedzenie? Niby proste. Ale tylko pozornie.

— Postawiliśmy na autorskie kanapki, bo tego nam brakowało w okolicy. Chcieliśmy zrobić coś, co z jednej strony jest codzienne, a z drugiej jednak ma charakter.

Menu opiera się na jakościowych składnikach, dobrych dostawcach i pomyśle, iż choćby najprostsza forma może być ciekawa, jeżeli ktoś naprawdę ją przemyśli. Są pasty wege i niewege, są klasyki, które zaskakują popularnością, jak salceson czy sucha krakowska, ale zawsze pojawia się jakiś detal, który zmienia zwykłą kanapkę w coś, po co chce się wrócić.

— Inspiruje nas prostota, ale taka dopracowana. Możesz w domu zrobić kanapkę, jasne. Ale nie zawsze masz pod ręką ten jeden składnik, który robi całą robotę. Trzy ziarenka granatu, odrobina mięty, coś ostrego, jakiś owoc, coś nieoczywistego. Taki mały twist, który nagle wszystko składa.

To kuchnia bez zadęcia, ale z wyczuciem. W planach są też ciepłe śniadania, matcha i rozwijanie oferty w kierunku rzeczy, które dalej będą spójne z charakterem miejsca: proste, ale z osobowością.

Nowa Huta zamiast centrum

Tworzyliśmy to miejsce z myślą o lokalsach, o ludziach stąd.”

Kiki nie powstało po to, żeby ścigać się z centrum Krakowa. I może właśnie dlatego wypada tak wiarygodnie.

— Tworzyliśmy to miejsce z myślą o lokalsach, o ludziach stąd. Trochę dlatego, iż sami nie mieliśmy gdzie pójść na śniadanie czy dobrą kawę. Więc zrobiliśmy sobie takie miejsce.

To bardzo hutnicza logika: mniej efekciarstwa, więcej relacji. W centrum miasta wiele lokali działa na przepływie — turysta wpadnie, zapłaci, zniknie. Tutaj jest odwrotnie. Liczy się to, czy ktoś wróci. Czy usiądzie drugi raz. Czy przyprowadzi znajomych. Czy po miesiącu będzie już „swój”.

— U nas klient nie jest anonimowy. To nie jest miejsce na jednorazowy obrót. Tutaj relacja naprawdę ma znaczenie.

I może właśnie dlatego, jak mówią, do Kiki trafiają ludzie „nieprzypadkowi”.

— Serio mamy poczucie, iż każda osoba, która tu wpada, wnosi coś swojego. Z części klientów zrobili się znajomi. Z niektórych współpracownicy. Z niektórymi gramy muzykę, gdzieś razem wychodzimy, coś planujemy. To jest totalnie żywy organizm.

Mała przestrzeń, duże interakcje

To jest taka przestrzeń, w której obca rozmowa nagle staje się wspólną rozmową.”

Sam lokal nie jest wielki. Ale to akurat działa na jego korzyść.

— Jest mały, ciasny, ale przez to bardzo kontaktowy. Ludzie siedzą blisko siebie, słyszą się, zaczynają gadać. Nagle okazuje się, iż obca rozmowa staje się wspólną rozmową.

To nie jest przestrzeń do anonimowego scrollowania życia przy przypadkowym flat white. To raczej miejsce, które delikatnie zmusza do bycia obecnym. A z tej obecności rodzi się cała reszta.

— Bardzo lubimy to, iż w Kiki często dzieją się rzeczy, których nie dałoby się zaplanować. Ktoś przychodzi przed seansem, zaczyna się temat filmu, ktoś inny dorzuca swoje trzy grosze i nagle masz pół stolika w dyskusji. To jest super.

Muzyka, streamy i rzeczy, które dopiero się rozkręcają

Brakowało nam w Hucie systematyczności. Nie pojedynczego eventu, tylko rytmu.”

Kiki już teraz działa na kilku poziomach, ale właściciele nie zamierzają zwalniać.

Odpalili kanał na YouTubie i regularnie robią streamy muzyczne. Połączyli też siły z muzycznym portalem Kakofonia, który zaprasza artystów i rozwija lokalną scenę. Do tego dochodzą DJ sety, które regularnie zapełniają kalendarz na kolejne tygodnie.

— Brakowało nam w Hucie takiej systematyczności. Nie pojedynczego eventu raz na jakiś czas, tylko czegoś, co naprawdę buduje rytm i społeczność. Jak ludzie wiedzą, iż coś dzieje się regularnie, zaczynają wracać. A to już jest fundament.

W planach są też cateringi i śniadaniowe formaty wyjazdowe — bardziej pod eventy, spotkania, konferencje i lokalne współprace niż klasyczne „jeżdżenie z kanapką po mieście”. Wszystko znowu po ichniemu: z pomysłem, ale bez przepinki.

Better done than perfect

Lepiej zrobić coś lekko krzywo, ale naprawdę, niż miesiącami dopieszczać ideę, która nigdy nie wychodzi z głowy.”

Gdy pyta się ich, jak podejmują decyzje, odpowiedź pada szybko.

— Raczej działamy od razu. Naprawdę jesteśmy bliżej zasady „better done than perfect” niż wielomiesięcznego myślenia. Oczywiście nie chodzi o bezmyślność, tylko o to, żeby nie zabić energii nadmiarem analiz.

I to chyba najlepiej tłumaczy, dlaczego Kiki ma w sobie tyle ruchu. To miejsce nie zostało wymyślone jako skończony koncept. Ono raczej cały czas się robi.

— Nie wszystko wyszło dokładnie tak, jak zakładaliśmy. Ale to nie znaczy, iż coś się nie udało. Po prostu rzeczywistość przyszła ze swoimi pomysłami. Pod wieloma względami jest choćby lepiej, tylko inaczej. I trzeba umieć za tym pójść.

To dojrzałe podejście. Bez romantyzowania, bez startupowego bełkotu, bez opowieści o „drodze przedsiębiorcy”. Jest praca, zmęczenie, improwizacja, ale jest też autentyczna euforia z tego, iż to miejsce żyje.

Zmęczeni? Tak. Zadowoleni? Bardzo

To się po prostu musiało wydarzyć.”

— Jesteśmy zmęczeni, jasne. To nie jest tak, iż takie miejsce robi się samo. Myśli się o nim cały czas. Co poprawić, co dodać, co zmienić, co odpalić dalej.

Ale zaraz po tym pada coś ważniejszego:

— Gdyby tego nie było, tej energii też nie byłoby gdzie wypuścić. To się po prostu musiało wydarzyć.

I może właśnie dlatego Kiki nie sprawia wrażenia lokalu zrobionego „pod rynek”. To raczej efekt wewnętrznego ciśnienia twórczego, potrzeby działania, spotykania ludzi i budowania własnej mikro-rzeczywistości tu, gdzie naprawdę się żyje.

Nie w modnej dzielnicy. Nie dla algorytmu. Nie pod sezonowy hype.

Tylko w Nowej Hucie, dla swoich i dla tych, którzy bardzo gwałtownie stają się swoi.

A dziś?

Brzmi jak kawiarnia, ale to jednak trochę za mało.”

Kawa, autorskie kanapki, sztuka, muzyka, poezja, streamy, wystawy, spotkania, collaby, lokalni artyści, psy mile widziane i dużo przestrzeni na to, żeby zwykły dzień skręcił nagle w coś dużo ciekawszego.

Brzmi jak kawiarnia, ale to jednak trochę za mało.

To bardziej miejsce z charakterem, które nie próbuje niczego udawać — i właśnie dlatego tak dobrze trafia w swój moment.

Czytaj więcej:

  • Ten sklep działa od 47 lat. “Tego się nie da włożyć do koszyka online”
  • “Nie da się dobrej pizzy zrobić na tanich rzeczach”
  • „Szpeje, czyli sztuka codziennego absurdu”
  • Bure Wióry – rzeźbią drewno w ciszy
  • Sprzęt kiedyś był trwały. Teraz to jednorazówki. Rowery z marketów to w większości katastrofa

KdM_biznes_02
Idź do oryginalnego materiału