Bożena Kowalczyk od trzech lat prowadziła sama aptekę na rogu Wrocławskiej i Piotrkowskiej w Łodzi. Mąż zmarł jej, gdy syn Kacper miał siedemnaście lat, i od tamtej pory żyli tylko we dwoje — ona za pierwszą, on za drugą stroną lady, bo już jako student farmacji przychodził jej pomagać po zajęciach. Kacper miał teraz dwadzieścia sześć lat i pracował w tej samej aptece, planując przejąć ją na stałe.
Najbliższą osobą Bożenie, poza synem, była Renata — koleżanka z liceum, z którą znały się ponad dwadzieścia lat. Renata miała pięćdziesiąt trzy lata, mieszkała trzy przystanki tramwajem dalej i przychodziła na każde imieniny, na Wigilię, na wszystko. Kacpra znała, odkąd nosił krótkie spodenki. Bożena nigdy się nie zastanawiała, czemu ci dwoje tak długo rozmawiają po wyjściu gości — traktowała to jako coś naturalnego, prawie rodzinnego.
W czwartek Kacper zadzwonił i powiedział, iż chce ją zabrać na kolację do knajpki przy Piotrkowskiej, bo ma coś ważnego do powiedzenia. Bożena przez cały dzień zerkała na zegarek między jednym klientem a drugim, przekonana, iż w końcu pozna dziewczynę, o której syn od miesięcy mówił półsłówkami.
Usiedli przy oknie. Kelner przyniósł żurek, którego nikt nie tknął. Kacper sięgnął po dłoń Renaty, leżącą na obrusie obok solniczki.
— Mamo, my się kochamy.
Bożena parsknęła śmiechem, pewna, iż to jakiś głupi żart przed prawdziwą wiadomością.
Nikt się nie roześmiał razem z nią.
— Jesteśmy razem od dwóch lat — powiedział Kacper. — Po prostu nie wiedzieliśmy, jak ci to powiedzieć.
Łyżka wypadła jej z ręki i uderzyła o talerz z takim hukiem, iż kelner odwrócił się od baru. Bożena siedziała nieruchomo, licząc w myślach miesiące wstecz — Wielkanoc, jej pięćdziesiąte urodziny, Sylwester u Renaty — próbując znaleźć moment, w którym to się zaczęło, i nie mogąc go znaleźć.
— Dwa lata — powtórzyła. — Byłaś u mnie na urodzinach. Siedziałaś obok mnie.
Renata nie odpowiedziała. Obracała na małym palcu obrączkę po babci, ściągała ją do kostki i wsuwała z powrotem, raz za razem.
Poprosili o błogosławieństwo. Bożena wstała, zostawiła na stole pięćdziesiąt złotych na żurek, którego nie zjadła, i wyszła bez słowa.
Przez kolejne miesiące telefon dzwonił codziennie — czasem syn, czasem Renata, czasem oboje razem. Bożena nie odbierała. W aptece zatrudniła na jego miejsce studentkę z czwartego roku, Martę, która uczyła się układać leki na receptę i pytała za dużo, ale przynajmniej nie kłamała jej w oczy od dwóch lat.
Zaproszenie na ślub przyszło pocztą, w kremowej kopercie z jej imieniem wypisanym pismem syna. Bożena trzymała je na kuchennym stole przez tydzień, obok słoika z ogórkami, których nikt jeszcze nie otworzył. W końcu zadzwoniła sąsiadka, pani Halina, z dołu, i zapytała, czy Bożena zjadłaby z nią rosół, bo akurat ugotowała za dużo. Przy tym rosole, między jedną łyżką a drugą, Bożena powiedziała na głos to, czego nie mówiła nikomu: iż mimo wszystko to jej jedyne dziecko, i iż jeżeli teraz go straci, straci go już na zawsze.
Trzy dni przed ślubem Kacper przyszedł do apteki, kiedy Marta akurat wyszła na przerwę. Stanął przy ladzie, tam gdzie kiedyś stawał jako chłopak odrabiający lekcje między klientami.
— Chcę ci coś powiedzieć przed ślubem, nie po. Żeby to nie wyglądało, iż się chowałem do końca — zaczął, obracając w palcach pęk kluczy do apteki, ten sam, który kiedyś dostał od ojca. — Chodzi o tatę. I o udziały w tym lokalu.
Bożena odłożyła receptariusz, którym się właśnie zasłaniała.
— Tata, zanim umarł, przepisał dwadzieścia sześć procent udziałów apteki na Renatę. Nie na ciebie, na nią. Bał się, iż jak coś mu się stanie, sama nie udźwigniesz kredytu, a Renata miała wtedy oszczędności po rozwodzie i zgodziła się je włożyć w spółkę jako cichy wspólnik. Trzymali to w tajemnicy, żebyś się nie czuła, jakby ktoś decydował za ciebie. Ja dowiedziałem się dopiero rok temu, jak szukałem papierów do KRS.
Bożena patrzyła na klucze w jego dłoni, te same, którymi rano otwierała roletę.
— I ty mi to mówisz teraz. Trzy dni przed ślubem z nią.
— Bo inaczej bym się nie odważył. I bo chcę zacząć to nowe życie bez kolejnej rzeczy, którą przed tobą ukrywam.
Wyszedł, zostawiając ją samą przy ladzie, z receptariuszem, którego już nie potrzebowała jako zasłony.
Ślub odbył się w sierpniu, w małym pałacyku pod Łodzią, tym z widokiem na staw, gdzie kaczki pływały wśród rzęsy zupełnie obojętne na to, co się działo na tarasie. Bożena usiadła w pierwszym rzędzie, w granatowej sukience, którą kupiła specjalnie, żeby nie wyglądać na to, iż przyszła z żałoby. Renata szła do ołtarza w kremowej sukni, bez welonu, z siwym pasemkiem widocznym mimo trwałej, którą zrobiła sobie tydzień wcześniej. Ktoś z tyłu sali szepnął głośniej, niż trzeba: "Ona chyba mogłaby być jej matką". Bożena zacisnęła dłoń na torebce i patrzyła prosto przed siebie.
Ceremonia dobiegała końca, kiedy urzędniczka stanu cywilnego ogłosiła ich mężem i żoną. Renata, zamiast odwrócić się do gości, podeszła najpierw do pierwszego rzędu i ukucnęła przy Bożenie, tak iż ich twarze były na tej samej wysokości.
— Wiem, iż Kacper ci powiedział. Chciałam tylko dodać jedno, zanim wejdziemy między gości. Te dwadzieścia sześć procent to twoje, Bożenko. Ja je tylko trzymałam przez te wszystkie lata, bo bałam się ci je oddać — to by znaczyło przyznać się do wszystkiego naraz, do tego, co czułam do twojego syna, zanim jeszcze do czegokolwiek doszło.
Muzyka za ich plecami wciąż grała cicho, ktoś z rodziny Renaty klaskał, nie wiedząc jeszcze, iż przy pierwszym rzędzie rozgrywa się druga, prawdziwa rozmowa. Bożena patrzyła na Renatę, klęczącą w kremowej sukni na wypastowanej podłodze, i przez chwilę widziała w niej nie żonę syna, tylko koleżankę, która przez dwadzieścia lat przynosiła ciasto na każde imieniny.
— Wstań — powiedziała tylko. — Pogniecesz sukienkę.
Wesele trwało do drugiej w nocy, ale Bożena wyszła zaraz po pierwszym tańcu, zabierając ze sobą tylko kawałek tortu zawinięty w serwetkę dla pani Haliny. Przy drzwiach zatrzymał ją Kacper.
— Mamo. Cieszę się, iż przyszłaś.
— Jestem twoją matką, Kacper. Byłabym, choćby gdybym nie chciała.
Objął ją krótko, niezgrabnie, tak jak ściskał ją zawsze, odkąd był chłopcem wyższym od niej o głowę, i wrócił do sali, gdzie czekała na niego żona.
W poniedziałek rano Bożena poszła do notariusza przy alei Kościuszki, tego samego, u którego mąż podpisywał kiedyś umowę najmu lokalu pod aptekę. Zabrała ze sobą teczkę z aktem zgonu męża, starą umową spółki i dowodem osobistym. Notariusz, pan Zbigniew, który znał ją jeszcze z czasów, gdy otwierali aptekę, wyjaśnił, iż skoro udziały formalnie od dawna należały do niej, wystarczy złożyć wniosek do KRS o zmianę reprezentacji i przenieść pełne zarządzanie na jedną osobę. Bożena podpisała dokument przejmujący pełne, sto procent udziałów apteki na siebie, a jednocześnie założyła niewielki fundusz stypendialny dla studentów farmacji przy hospicjum na ulicy Ogrodowej, gdzie kiedyś, przez ostatnie trzy tygodnie, leżał jej mąż — z dziesięciu procent przyszłych zysków apteki, rok w rok, dopóki będzie tam stała za ladą.
Wieczorem, wracając do domu, przełożyła służbowe klucze do apteki z kieszeni płaszcza na własny breloczek, obok kluczy od mieszkania, tak jak nosiła je, zanim jeszcze Kacper zaczął pomagać jej po zajęciach. Renata dowiedziała się o wszystkim dopiero z pisma od księgowej, które przyszło pocztą trzy tygodnie później. Zadzwoniła tego samego dnia wieczorem, ale telefon Bożeny milczał — nie dlatego, iż numer był zablokowany, tylko dlatego, iż leżał wyciszony na kuchennym stole, obok słoika z ogórkami, który wreszcie ktoś otworzył.













