Bordowa sukienka na bulwarach

twojacena.pl 1 godzina temu

Pracuję na Grodzkiej od siedmiu lat. Naliczyłem w tym czasie tyle rocznic, iż mógłbym z nich ułożyć kalendarz. Ale tamten piątek zapamiętam.

Dwudziestego piątego sierpnia, stolik przy oknie. Weszli o siódmej — ona w bordowej sukience, która przy naszych świecach wpadała w fiołek. On w szarej marynarce, z telefonem na obrusie, ekranem do góry. Pomyślałem: no proszę, facet, który nie chowa telefonu do kieszeni. To się rzadko zdarza.

Zamówili ser halloumi na przystawkę, do głównego — ona pierogi z truflami, on polędwicę z kluskami śląskimi. Kiedy przyniosłem butelkę wina, nachylali się ku sobie, a ona co jakiś czas zerkała na zegarek. Normalne: na taki wieczór czeka się tygodniami.

Przystawka zniknęła w dziesięć minut. Wino było w połowie, kiedy jego telefon zagrał „Dla Elizy". Beethoven. Wziął go do ucha, ale tylko słuchał. Jego wolna dłoń zjechała na kant obrusa i zacisnęła się tak, iż knykcie zrobiły się białe.

Potem powiedział trzy słowa: „Już jadę, mamo". Odłożył telefon i patrzył w stronę jej ramienia, nie w twarz. „Mama dzwoniła. Źle się czuje".

Ona dalej trzymała widelec nad talerzem. Para z pierogów szła prosto w jej twarz, ale zdawała się tego nie zauważać. „Znowu twoja mama?" — zapytała cicho.

„Proszę, nie zaczynaj".

„Może chociaż zjesz?"

„Ktoś musi do niej pojechać. Tato jest u cioci w Radomiu".

Wstał. Wyciągnął z portfela kartę i rzucił na tacę z rachunkiem, nie patrząc na kwotę. „Przepraszam", powiedział do niej, choć bardziej do ściany. „Nie mogę inaczej".

Ona wstała wolniej. Przesunęła palcem po brzegu talerza, jakby chciała zapamiętać dotyk porcelany. Nie tknęła jedzenia. Wzięła brązową zamszową torebkę z frędzlami. Podałem żakiet, który wisiał na oparciu krzesła — pachniał wanilią. „Dziękuję", powiedziała do mnie. Głos pasował do pogody, nie do przerwanej kolacji.

Za oknem widziałem, jak macha na taksówkę. On stał obok z telefonem przy uchu, drugą ręką pomagał jej wsiąść. Potem auto ruszyło. A on poszedł pieszo w stronę Rynku. Do mamy na Kazimierzu miałby bliżej tramwajem. Ale może wolał iść. Nie wiem.

Moja zmiana kończyła się o jedenastej. Po takim wieczorze człowiek chce tylko zdjąć buty. Ale ja mieszkam na Zabłociu — piętnaście minut pieszo bulwarami. I właśnie tam, po jedenastej, zobaczyłem ją znowu.

Siedziała na ławce, dwadzieścia metrów za mostem Bernardyńskim. Ta sama bordowa sukienka, żakiet przewieszony przez kolano. W dłoni styropianowy kubek — grzaniec, poznałem po zapachu cynamonu, który niósł się wzdłuż rzeki. Wiślany wiatr targał jej włosy, ale nie robiła nic, żeby je ułożyć. Tylko siedziała i patrzyła na ciemny nurt, który o tej porze wygląda, jakby mógł zabrać ze sobą wszystko.

Zatrzymałem się przy latarni, udając, iż sprawdzam telefon. Nie chciałem podchodzić — co bym powiedział? „Pamiętam panią z restauracji"? Nie. Ale nie umiałem też odejść.

Potem zrobiła coś, co mnie dobiło do miejsca. Sięgnęła do torebki i wyjęła kartkę — składaną, z rodzaju tych, jakie kupuje się na rocznice. Obejrzała ją przez chwilę. I rozdarła na cztery części. Powoli, z namysłem. Kawałki położyła na otwartej dłoni, a wiatr je wziął. Poleciały nad wodę. Kilka wylądowało na parapecie bulwaru; jeden przykleił się do jej buta — czerwonego obcasa — i nie chciał puścić. Strąciła go czubkiem pantofla.

Wyciągnęła telefon. Wpatrywała się w ekran długo, może minutę. Przewijała coś palcem — wiadomości? zdjęcia? — nie wiedziałem. W końcu przyłożyła telefon do ucha. Wiatr niósł głos w moją stronę.

„Dzień dobry, chciałabym się umówić na konsultację".

Chwila.

„Tak, sprawa rozwodowa".

To zdanie przebiło się przez szum rzeki. Wypowiedziała je bez drżenia, jakby mówiła o zamówieniu taksówki. „Od wtorku? A wcześniej — w poniedziałek rano?" — dopytywała. Pomyślałem o tamtym facecie, o jego matce, o tym, iż siedem lat temu ktoś tu składał przysięgę. Nie wiedziałem, ile dokładnie. Ale siedem lat to dobra liczba na rozstanie. Tyle samo, ile ja pracuję na Grodzkiej.

Skończyła rozmowę i patrzyła, jak tramwaj rzeczny przepływa pod mostem. Potem wstała. Wzięła kubek i cisnęła go do kosza. Chybiła — kubek odbił się od krawędzi i potoczył pod ławkę. Podniosła go, otrzepała ze żwiru i dopiero wtedy wyrzuciła. Było w tym coś bardzo pieczołowitego. Porządkowała swój świat.

Podeszła do barierki. Wyjęła telefon. Tym razem coś pisała — długo, z pauzami. W końcu wcisnęła klawisz. Schowała telefon do torebki. Nie patrzyła już na wodę, tylko na światła mostu, które odbijały się w ciemnej tafli. Wyglądały jak gwiazdy rozsypane na Wiśle.

Została tam jeszcze z kwadrans. Potem zarzuciła żakiet, przygładziła sukienkę i ruszyła w stronę Starego Miasta. Szła prosto, zdecydowanie. Nie oglądała się.

A ja stałem jeszcze długo przy latarni, z telefonem w dłoni, który dawno zgasł.

W sobotę miałem popołudniową zmianę. Pierwsi goście o trzeciej. O trzeciej trzydzieści w drzwiach stanął on. Ten sam facet, ta sama marynarka, ale wgnieciona, jakby w niej spał. Podszedł do lady.

„Przepraszam, pan nas obsługiwał wczoraj?"

„Tak, pan i ta pani w bordowej sukience".

„Nie widział pan, dokąd poszła po wyjściu?"

Bawił się kluczykami od auta. Patrzył na nie, nie na mnie. „Poszedł pan pieszo w stronę Rynku, a ona wsiadła do taksówki. Więcej nie wiem". To drugie zdanie było prawdą. Nie wiedziałem, co naprawdę stało się tamtej nocy po tym, jak zeszła z bulwarów.

„Rozumiem", powiedział. „Dziękuję".

Odwrócił się do wyjścia. Wtedy jego telefon zabrzęczał. Wyciągnął go z kieszeni. Te same knykcie, które wczoraj trzymały obrus, dzisiaj zbielały na tle ekranu. Stał w drzwiach i nie ruszał się przez dobrą minutę. Potem wyszedł. Wiatr targnął jego marynarkę. Ruszył w stronę Rynku, ale wolniej niż wczoraj. Coś mu się w telefonie posypało.

I dopiero wtedy przypomniałem sobie, iż w piątek nie dał jej żadnego prezentu. Nie widziałem, żeby cokolwiek jej wręczył. Może choćby nie zdążył wyciągnąć z kieszeni.

Ale to już tylko moje domysły. Ja mam swoją robotę — ustawić stoliki i czekać na kolejnych gości, którzy przyjdą na swoje rocznice.

Idź do oryginalnego materiału