Halina w swoich trzydziestu pięciu latach sądziła, iż nie zazna prawdziwego kobiecego szczęścia, ale los rozporządził zupełnie inaczej. Zeszli się, gdy oboje mieli już blisko czterdzieści lat. Wiesław był wtedy wdowcem od trzech lat. Halina nigdy nie wyszła za mąż, ale urodziła syna. Jak powiadają ludzie urodziła go tylko dla siebie. W młodości miała romans z przystojnym czarnowłosym Marcinem, który obiecał małżeństwo i oczarował młodą Halinę. Dała się zwieść pustym słowom. Jak później wyszło na jaw, zalotnik z miasta był już żonaty.
Do Haliny przyszła choćby prawowita żona Marcina, błagając, by dziewczyna nie niszczyła cudzej rodziny. Młoda i niedoświadczona Halina ustąpiła, ale postanowiła zatrzymać dziecko.
Tak się stało. Urodziła syna Marka, który stał się jej jedyną pociechą i ukojeniem. Chłopak wyrósł na dobrze wychowanego, pilnie się uczył. Po maturze dostał się na uniwersytet ekonomiczny. Wiesław kilka razy zajrzał do Haliny i proponował wspólne życie. Kobieta wciąż się wahała, choć mężczyzna jej się podobał. Trochę wstydziła się własnego syna oraz uczucia, by wreszcie stać się szczęśliwą.
Pewnego wieczoru Marek postanowił porozmawiać z mamą. Wyjaśnił, iż nie ma nic przeciwko: Mamo, i tak już nie będę mieszkał w domu. Pan Wiesław to solidny człowiek. Tylko żeby nie sprawiał ci przykrości. Dla mnie najważniejsze, żebyś była szczęśliwa. Syn Wiesława również nie oponował.
Zaczęli więc wspólne życie. Zarejestrowali ślub i urządzili skromne przyjęcie. Halina pracowała w wiejskiej bibliotece, a Wiesław jako agronom. Robili wszystko razem. Prowadzili gospodarstwo, trzymali zwierzęta, uprawiali ogród. Kochali i szanowali się wzajemnie, szkoda tylko, iż Bóg nie dał im wspólnych dzieci.
Obaj synowie się ożenili i doczekali wnuków. Na każde święta przygotowywali podarunki dla dzieci i wnuków: domowe jajka, mleko, śmietanę, wieprzowinę oraz drób. W ich domu zbierało się wtedy mnóstwo gości. Wiesław z Haliną siedzieli przy stole, radując się, iż mają z kim obchodzić uroczystości.
Tylko wieczorami, gdy starsze małżeństwo kładło się spać, każdy po cichu myślał: niech to ja odejdę pierwszy i nigdy nie poczuję się samotny.
Lata robiły swoje. Pewnego razu nieszczęście podkradło się niepostrzeżenie. Rano Halinie zrobiło się słabo, gdy właśnie zaczęła gotować barszcz w kuchni. Starsza kobieta upadła. Wiesław z pomocą sąsiadów wezwał pogotowie. Lekarze stwierdzili udar mózgu. Wszystkie funkcje pozostały na miejscu, oprócz jednej Halina nie mogła już chodzić. Marek z żoną przyjeżdżał odwiedzać matkę, dał pieniędzy na leki i wrócił do domu.
Wiesław wynajął samochód. Gdy żonę wypisano ze szpitala, z sąsiadem wnieśli ją do chaty. Wszystko będzie dobrze pocieszał żonę ty tylko żyj. Choćbyś siedziała i rozmawiała ze mną. Tylko żyj. A ja dam radę ze wszystkim. Tylko nie opuszczaj mnie, moja gołąbko!
Wiesław starannie opiekował się żoną. Po miesiącu przesiadła się na wózek. Pomagała mu w kuchni. przez cały czas robili wszystko razem. Obierali ziemniaki i marchew, sortowali fasolę. choćby piekli chleb. Po wieczorach omawiali, jak dalej żyć. Zima była tuż przed nimi, a Wiesław nie miał już sił rąbać drewna.
Może dzieci zabiorą nas na zimę do siebie, a wiosną i latem damy sobie radę.
W weekend przyjechał Marek z żoną. Synowa Agnieszka, obejrzawszy pokój, stwierdziła: Będzie trzeba was, gołąbki, rozdzielić. Matkę zabierzemy w przyszłym tygodniu. Przygotuję pokój i przyjedziemy.
A co ze mną? niezręcznie wyszeptał Wiesław. Przecież nigdy się nie rozstawaliśmy. Dzieci, jak to możliwe.
No to było wcześniej, gdy mieliście siły na gospodarstwo i mogliście sami sobie poradzić, a teraz jest inaczej. Niech was też zabierze syn do siebie. Razem was nikt nie zabierze.
Marek z żoną pojechali do domu. Wiesław i Halina gorzko westchnęli, zastanawiając się, co robić dalej. Każdy z nich, zasypiając, marzył, by nie obudzić się i nie widzieć tego wszystkiego.
W następny weekend przyjechali obaj synowie. Zaczęli pakować rzeczy. Wiesław siedział przy łóżku Haliny, patrząc na nią i wspominając młode lata. Płakał. Przytulił się do chorej żony i wyszeptał: Wybacz Halino, iż tak się u nas stało. Gdzieś zaniedbaliśmy w wychowaniu dzieci. Rozdzielają nas jak niepotrzebne kocięta. Wybacz. Kocham cię.
Halina chciała pogłaskać męża po policzku, ale nie miała już sił. Wiesław wyszedł, ocierając łzy rękawem. Gdy usiadł w samochodzie, już ich nie ocierał.
Potem syn z żoną i sąsiadem zabrali się do wynoszenia Haliny. Zawinęli ją w koc i wynieśli z domu nogami do przodu. Chora kobieta pomyślała, iż to bardzo symboliczne. Nie stawiała oporu. Jej nie stało, gdy odjechał Wiesław. Chora kobieta tylko pragnęła nie dożyć wieczora.
Minął tydzień. W pogodny jesienny dzień, właśnie w Święto Wszystkich Świętych, ich marzenie się spełniło. Halina i Wiesław spotkali się w innym świecie. Ta historia pokazuje, iż prawdziwa miłość nie zna rozłąki i powinna trwać do końca, a dzieci muszą pamiętać o szacunku dla rodziców w ich starości, zamiast dzielić ich jak niepotrzebne rzeczy.Halina w swoich trzydziestu pięciu latach sądziła, iż nie zazna prawdziwego kobiecego szczęścia, ale los rozporządził zupełnie inaczej. Zeszli się, gdy oboje mieli już blisko czterdzieści lat. Wiesław był wtedy wdowcem od trzech lat. Halina nigdy nie wyszła za mąż, ale urodziła syna. Jak powiadają ludzie urodziła go tylko dla siebie. W młodości miała romans z przystojnym czarnowłosym Marcinem, który obiecał małżeństwo i oczarował młodą Halinę. Dała się zwieść pustym słowom. Jak później wyszło na jaw, zalotnik z miasta był już żonaty.
Do Haliny przyszła choćby prawowita żona Marcina, błagając, by dziewczyna nie niszczyła cudzej rodziny. Młoda i niedoświadczona Halina ustąpiła, ale postanowiła zatrzymać dziecko.
Tak się stało. Urodziła syna Marka, który stał się jej jedyną pociechą i ukojeniem. Chłopak wyrósł na dobrze wychowanego, pilnie się uczył. Po maturze dostał się na uniwersytet ekonomiczny. Wiesław kilka razy zajrzał do Haliny i proponował wspólne życie. Kobieta wciąż się wahała, choć mężczyzna jej się podobał. Trochę wstydziła się własnego syna oraz uczucia, by wreszcie stać się szczęśliwą.
Pewnego wieczoru Marek postanowił porozmawiać z mamą. Wyjaśnił, iż nie ma nic przeciwko: Mamo, i tak już nie będę mieszkał w domu. Pan Wiesław to solidny człowiek. Tylko żeby nie sprawiał ci przykrości. Dla mnie najważniejsze, żebyś była szczęśliwa. Syn Wiesława również nie oponował.
Zaczęli więc wspólne życie. Zarejestrowali ślub i urządzili skromne przyjęcie. Halina pracowała w wiejskiej bibliotece, a Wiesław jako agronom. Robili wszystko razem. Prowadzili gospodarstwo, trzymali zwierzęta, uprawiali ogród. Kochali i szanowali się wzajemnie, szkoda tylko, iż Bóg nie dał im wspólnych dzieci.
Obaj synowie się ożenili i doczekali wnuków. Na każde święta przygotowywali podarunki dla dzieci i wnuków: domowe jajka, mleko, śmietanę, wieprzowinę oraz drób. W ich domu zbierało się wtedy mnóstwo gości. Wiesław z Haliną siedzieli przy stole, radując się, iż mają z kim obchodzić uroczystości.
Tylko wieczorami, gdy starsze małżeństwo kładło się spać, każdy po cichu myślał: niech to ja odejdę pierwszy i nigdy nie poczuję się samotny.
Lata robiły swoje. Pewnego razu nieszczęście podkradło się niepostrzeżenie. Rano Halinie zrobiło się słabo, gdy właśnie zaczęła gotować barszcz w kuchni. Starsza kobieta upadła. Wiesław z pomocą sąsiadów wezwał pogotowie. Lekarze stwierdzili udar mózgu. Wszystkie funkcje pozostały na miejscu, oprócz jednej Halina nie mogła już chodzić. Marek z żoną przyjeżdżał odwiedzać matkę, dał pieniędzy na leki i wrócił do domu.
Wiesław wynajął samochód. Gdy żonę wypisano ze szpitala, z sąsiadem wnieśli ją do chaty. Wszystko będzie dobrze pocieszał żonę ty tylko żyj. Choćbyś siedziała i rozmawiała ze mną. Tylko żyj. A ja dam radę ze wszystkim. Tylko nie opuszczaj mnie, moja gołąbko!
Wiesław starannie opiekował się żoną. Po miesiącu przesiadła się na wózek. Pomagała mu w kuchni. przez cały czas robili wszystko razem. Obierali ziemniaki i marchew, sortowali fasolę. choćby piekli chleb. Po wieczorach omawiali, jak dalej żyć. Zima była tuż przed nimi, a Wiesław nie miał już sił rąbać drewna.
Może dzieci zabiorą nas na zimę do siebie, a wiosną i latem damy sobie radę.
W weekend przyjechał Marek z żoną. Synowa Agnieszka, obejrzawszy pokój, stwierdziła: Będzie trzeba was, gołąbki, rozdzielić. Matkę zabierzemy w przyszłym tygodniu. Przygotuję pokój i przyjedziemy.
A co ze mną? niezręcznie wyszeptał Wiesław. Przecież nigdy się nie rozstawaliśmy. Dzieci, jak to możliwe.
No to było wcześniej, gdy mieliście siły na gospodarstwo i mogliście sami sobie poradzić, a teraz jest inaczej. Niech was też zabierze syn do siebie. Razem was nikt nie zabierze.
Marek z żoną pojechali do domu. Wiesław i Halina gorzko westchnęli, zastanawiając się, co robić dalej. Każdy z nich, zasypiając, marzył, by nie obudzić się i nie widzieć tego wszystkiego.
W następny weekend przyjechali obaj synowie. Zaczęli pakować rzeczy. Wiesław siedział przy łóżku Haliny, patrząc na nią i wspominając młode lata. Płakał. Przytulił się do chorej żony i wyszeptał: Wybacz Halino, iż tak się u nas stało. Gdzieś zaniedbaliśmy w wychowaniu dzieci. Rozdzielają nas jak niepotrzebne kocięta. Wybacz. Kocham cię.
Halina chciała pogłaskać męża po policzku, ale nie miała już sił. Wiesław wyszedł, ocierając łzy rękawem. Gdy usiadł w samochodzie, już ich nie ocierał.
Potem syn z żoną i sąsiadem zabrali się do wynoszenia Haliny. Zawinęli ją w koc i wynieśli z domu nogami do przodu. Chora kobieta pomyślała, iż to bardzo symboliczne. Nie stawiała oporu. Jej nie stało, gdy odjechał Wiesław. Chora kobieta tylko pragnęła nie dożyć wieczora.
Minął tydzień. W pogodny jesienny dzień, właśnie w Święto Wszystkich Świętych, ich marzenie się spełniło. Halina i Wiesław spotkali się w innym świecie. Ta historia pokazuje, iż prawdziwa miłość nie zna rozłąki i powinna trwać do końca, a dzieci muszą pamiętać o szacunku dla rodziców w ich starości, zamiast dzielić ich jak niepotrzebne rzeczy.













