Piekarnia przy Świętomarcińskiej pachniała cynamonem, kiedy Bartek dowiedział się, iż matka nie dożyje do wieczora.
Telefon zadzwonił dwa razy, zanim odebrał – ręce miał w mące. Głos siostry, Kingi, brzmiał jakby dobiegał z innego pokoju, choć siostra stała dwie ulice dalej, w szpitalu na Lutyckiej.
– Przyjeżdżaj – powiedziała tylko. – Teraz.
Zdjął fartuch, zostawił trzy tace niedopieczonych rogali w piecu i pojechał, nie gasząc choćby światła w witrynie.
Renata Kowalczyk miała siedemdziesiąt jeden lat i przez czterdzieści z nich prowadziła tę samą piekarnię, zanim oddała ją synowi. Ręce miała spękane od mąki i zimna, jakie bywa w piekarniach o czwartej nad ranem – i to właśnie te ręce Bartek trzymał, kiedy monitor przy łóżku zaczął wydawać dźwięk, którego nigdy wcześniej nie słyszał, a potem przestał wydawać jakikolwiek dźwięk.
Było wtorek, jedenasty sierpnia, piętnaście po trzynastej.
Na korytarzu ktoś włączył telewizor – powtórka jakiegoś teleturnieju, głosy publiczności dobiegały przez uchylone drzwi, zupełnie nie na miejscu. Kinga usiadła na plastikowym krześle i zaczęła szukać czegoś w torebce, choć niczego nie potrzebowała. Bartek zapamiętał tylko, iż na parapecie stała szklanka z niedopitą herbatą, którą matka zostawiła jeszcze rano, i iż nikt jej nie wylał.
Potem było tak, jak bywa. Dokumenty. Telefony do rodziny w Śremie. Zakład pogrzebowy przy Głogowskiej, gdzie kobieta w czarnym swetrze podała mu do podpisu papiery, a on podpisywał, nie czytając, bo litery rozjeżdżały się na kartce.
Mówił, jadł, odpowiadał na kondolencje – i jednocześnie nie było go tam wcale. Jakby ktoś wyjął z niego środek, a skorupa dalej chodziła, gotowała kawę, kiwała głową sąsiadom.
Nocami wracała mu jedna scena z dzieciństwa: ma osiem lat, gorączkuje, a matka siedzi przy nim do świtu, wymieniając zimne kompresy, choć rano musi otworzyć piekarnię o czwartej. Wtedy nie umiał tego docenić. Teraz ta jedna noc ważyła więcej niż wszystkie następne dwadzieścia lat razem wzięte.
Bywały dni, iż fala żalu przewracała go w środku sklepu, między workami mąki – musiał wychodzić na zaplecze, żeby klienci nie widzieli. Bywały dni dziwnego spokoju, kiedy wydawało się, iż matka po prostu wyjechała gdzieś daleko i wróci. A czasem przychodziła tęsknota tak gęsta, iż nie dawała złapać tchu – zwłaszcza rano, kiedy odruchowo sięgał po telefon, żeby zadzwonić i zapytać, czy dobrze spała.
I przychodziło poczucie winy. Że mógł dzwonić częściej niż raz w tygodniu. Że ostatniej rozmowy nie zapamiętał dokładnie, bo była zwyczajna, o niczym – o cenach mąki i o tym, iż sąsiadka znowu parkuje na jego miejscu.
Kinga zajęła się mieszkaniem matki przy Rolnej. Bartek nie potrafił tam wejść przez trzy tygodnie.
Kiedy w końcu wszedł, był czwartek, koniec sierpnia, za oknem szarzało wcześniej niż zwykle. W kuchni na kalendarzu wisiała kartka z zapisanym ołówkiem terminem wizyty u fryzjera – termin, na który matka już nie pójdzie. Na parapecie stał doniczkowy fikus, o który zawsze się kłóciła z sąsiadką, bo korzenie wchodziły przez szparę pod oknem na klatkę schodową.
W szufladzie komody, pod stertą obrusów, znalazł pudełko po czekoladkach Wedla. W środku nie było czekoladek. Były zdjęcia – on jako dziecko w piekarni, siedzący na worku z mąką jak na tronie; on i Kinga na urlopie w Kołobrzegu, oboje opaleni i szczerbaci; i jedno zdjęcie, którego nigdy wcześniej nie widział – matka, młoda, może dwudziestoletnia, w fartuchu przed tą samą piekarnią, w dniu, kiedy ją otworzyła. Na odwrocie napisane ołówkiem: „Dzień, w którym zaczęłam się nie bać”.
Usiadł na podłodze przy komodzie i płakał tak, jak nie płakał od dziecka – nie z żalu tylko, ale z czegoś, co przypominało ulgę. Bo w tym zdjęciu była cała ona: kobieta, która zaczęła sama, bez niczyjej pomocy, i zbudowała coś, co przetrwało czterdzieści lat i jeszcze go przetrwa.
Wieczorem zadzwoniła Kinga, żeby zapytać, co zrobić z mieszkaniem – sprzedać, wynająć, zostawić na razie. Bartek powiedział, iż musi to jeszcze przemyśleć, i to była prawda, ale nie cała.
We wrześniu poszedł do notariusza przy placu Wolności, zabierając ze sobą akt własności piekarni, który matka przepisała na niego jeszcze trzy lata wcześniej, i teczkę z rachunkami. Chciał w końcu zrobić coś, co odkładał od miesięcy: formalnie zmienić nazwę firmy z „Piekarnia Kowalczyk” na „Piekarnia Renaty” – tak, jak matka zawsze chciała, ale nigdy nie odważyła się tego zrobić, bo, jak mawiała, „nazwisko wystarczy, nie trzeba się chwalić imieniem”.
Notariusz, starszy mężczyzna o zmęczonych oczach, przygotował dokument w dwadzieścia minut. Bartek podpisał go pewną ręką, bez pośpiechu, czytając każde słowo.
Tego samego dnia zamówił nowy szyld. Zawiesił go osobiście, w niedzielę rano, kiedy ulica była pusta, a z sąsiedniej kamienicy dochodził tylko zapach smażonej cebuli z czyjejś kuchni. Litery były proste, białe na granatowym tle: PIEKARNIA RENATY.
Stanął po drugiej stronie ulicy, żeby zobaczyć, jak to wygląda z daleka. Ręce miał umączone, tak jak zawsze miała je matka, i po raz pierwszy od jedenastego sierpnia poczuł, iż nić, którą uważał za zerwaną, po prostu zmieniła miejsce, w którym była przyczepiona – teraz trzymała się jego własnych dłoni.









