Biruk – polski wilk samotnik

newsempire24.com 2 godzin temu

Biruk

Ależ jesteś surowy, Włodzimierzu! Nie na darmo przezywają cię tutaj Wilkiem! Takiego to się o uśmiech nie doprosisz. choćby spojrzysz tylko tak spod byka i człowieka ciarki przechodzą jakby cię życiem przymroziło czy co? Czemu ci to wszystko takie nie w smak?

Pelagia jeszcze coś mówiła, ale Włodzimierz już jej nie słuchał. Bez słowa zgarnął zakupy z lady jedynego we wsi sklepu i ruszył do wyjścia.

Lena twoja matce przyjechała na kilka dni. Chłopca też przywiozła. Słyszysz, panie Włodzimierzu? A jeżeli to jednak twój syn? Tak ma biedować jak półsierota? Całkiem do ciebie podobny!

Słowa te dosięgły Włodzimierza przy drzwiach niemal się o próg potknął ale nie odwrócił się już. Po co? I tak nic nie udowodnisz, a swojego życia przed wszystkimi roztrząsać nie zwykł. I tak każdy coś wie, a czego nie wie, to sobie dośpiewa. Nie wyjaśnisz, nie opowiesz wszystkiego i, prawdę mówiąc, po co? To sprawa jego i Leny. Cudzym nosom nic do tego.

Czerwcowe słońce, rozgrzane jak na wiosnę nie przystało, oblało mu twarz ciepłem i zmusiło do przymknięcia oczu. Potężne powieki opadły, zamieniając rysy człowieka w nieruchomą, wyciosaną maskę. Nie otwierając oczu, Włodzimierz zrobił krok naprzód, potem jeszcze jeden i wzdrygnął się na donośny dziecięcy głos:

Uważaj pan!

Chłopiec rzucił się do schodków sklepu i zgarnął w ramiona dwa rozbrykane szczeniaki.

Proszę ich nie rozdeptać!

Nosek odrapany, oczy ciemne, ciężkie powieki, uszy odstające ­ jakby własną krew widział. Nie bez racji ludzie plotkują. Ale przecież Włodzimierz doskonale wiedział, iż ten uważny chłopak nie był jego synem. Rodzina, owszem, ale nie aż taka bliska.

Może pan by wziął szczeniaka? Patrz pan, jakie łapy! Jak u wilka, będzie mocny!

Włodzimierz kiwnął głową na nie i ruszył, skręcając nie w tę uliczkę, co trzeba, ale w pierwszą, co mu się pod nogi nawinęła. Tam zabrakło mu sił oparł się o wysoki płot Smirnowskich, próbując zaczerpnąć powietrze, a ono teraz jakoś nie chciało wchodzić do płuc.

Za co to wszystko? Po co ona wróciła? Po co przywiozła tego chłopaka, który może gdyby losy się potoczyły inaczej byłby jego synem? Nigdy nie miał pewności, czy Olek jej nie zostawił

Myśli tłoczyły się, nie dając chwili wytchnienia, a serce biło nieskładnie i bolało jak wtedy, siedem lat temu. Wszystko pamięta, przeklęte! Nie da się go zmusić do milczenia. A dobrze by było!

Luba Smirnowska zastukała furtką, podniosła brwi i przybiegła:

Włodek, co się dzieje, źle ci? Chodź, pomogę ci. Może zawołać Ilka?

Ciepłe dłonie przeszły mu po ramionach i Włodzimierz otworzył oczy.

Nie trzeba, Lubo. Zaraz mi przejdzie Po prostu muszę stąd iść

A gdzie pójdziesz, ty mój biedaku? Oprzyj się na mnie! O tak, krok za krokiem, spokojnie. Ciężkiś, na Boga! Tylko nie zrywaj sobie serca, bo kto się potem tobą zajmie? Ja muszę mieć z ciebie pożytek! Przypomnij sobie, jesteś moim pacjentem, pamiętasz? Już ci ciśnienie zmierzę i dam zastrzyk, może dwa, zaraz będziesz jak świeży ogórek z ogródka! Chodź no!

Nogi odmówiły posłuszeństwa, ale Luba była silna. Niemal siłą wciągnęła go na swoje podwórko, trzepnęła furtką i zawołała:

Ilku! No rusz się!

Potem Włodzimierz wszystko miał jak przez mgłę. Ocknął się na tapczanie w domu Luby. Coś ciężko przyciskało mu pierś, odebrało dech i już prawie był pewien, iż to zawał. Ale otworzył oczy, słabo się uśmiechnął i poczuł spokój.

Puszysta, szara kotka spała pod jego bokiem i myła jednego ze swych kociąt, reszta kręciła się po piersi Włodzimierza.

Nasza Mrużka to wie, komu ufać! Skoro przyprowadziła ci swoje dzieci, dobry jesteś człowiek, Włodek, jasny. W innym razie by nie przyszła.

Luba odłożyła zeszyty córek, którym sprawdzała lekcje, i zajęła się Włodzimierzem.

I dobrze, jeszcze tylko odpoczniesz i już. Popraw się, Włodek, nie przerażaj mnie więcej tak! Błoto, iż karetka tu nie dojedzie. Co ty sobie myślisz, żeby teraz umierać? Jeszcze nie wszystko załatwione

Cóż ja mam za sprawy, Lubo? Krowa Zorza i Polkan to cała moja gospodarka.

Krowę to masz pierwszej klasy, fakt. Ale kto się nią zajmie, jak ci się zachce chorować?

Włodzimierz dopiero teraz zorientował się, iż w pokoju szczelnie zasłonięte zasłony i pali się światło.

Która godzina?

Leż spokojnie! Już późno. Nie puszczam cię dziś do domu. U nas zostaniesz na noc. I bez obaw, Zorza w porządku. Widziałam ją.

Luba poprawiła stetoskop, machinalnie przytuliła męża i poszła do kuchni, zaś Ilko przysiadł się do Włodzimierza.

Źle ci?

Coś jest nie tak. Sam nie poznaję siebie.

Wiem. Lena.

Nie dręcz mnie, Ilku, proszę. Włodzimierz odwrócił się, natykając się na uważne, zielone oczy kotki.

choćby Mrużka wyczuwa twój smutek uśmiechnął się Ilko, drapiąc kota za uchem. Zwierzęta są mądrzejsze od nas. Myślisz sercem, nie głową. Ty się całkiem zamknąłeś, dusisz wszystko w sobie. Dużo tego zdołasz unieść? Ja wiem, iż jesteś porządny chłop, swoje robisz, rady nie szukasz, żyjesz po swojemu. Ale widzę, iż ci ciężko.

A co cię obchodzą moje sprawy? Swoich nie masz?

Mam! Ilko uśmiechnął się smutno i przegładził wąsa. Ale gdy mi było źle, nie pytałeś, czy możesz pomóc. Po prostu przyszedłeś. Długu nie można tak zostawić. jeżeli mogę coś, spróbuję. Potrzebuję tego tak samo jak ty.

Ale tu się pomóc nie da, Ilku.

Moja śp. babcia mawiała, iż czasem trzeba wygadać biedę, komukolwiek. A jak nie ma komu dziurę wykop, do niej krzyknij. Nie trzymaj w sobie, bo to spali cię od środka. Tyle lat w sobie nosisz, to nie jest dobre. Wcześniej nie pytałem, bo długo się nie widzieliśmy, odkąd mieszkałeś na kolonii. Ale teraz zobaczyłem, jak Luba walczy o ciebie, i wiem, iż nie ma co dłużej zwlekać. Wilk wilkiem, ale my ludzie, Włodek. Samotność nie jest nam pisana. Tyle razem przeżyliśmy! Chodziłeś ze mną do szkoły od siódmej klasy!

Tak, od siódmej

To już ile lat?! Strach liczyć! Dorośliśmy, posiwieliśmy, a wciąż po kątach każde zamknięte. Niby blisko, niby razem, a jak przyjdzie nieszczęście, każdy się zamyka i milczy. Przepraszam! Też jestem winny. Dawno powinienem był wyrwać ci to z serca. No, jeżeli powiesz, żebym odszedł, to pójdę. o ile nie posłucham i jak mogę, pomogę. Znasz mnie, Włodek, nie paplę bez sensu.

Wiem Włodzimierz pogładził maleńkie kocięta, myszkujące mu po piersi, i zaczął mówić. Co ci mam opowiadać, Ilku? Wstyd mi o tym. Facetowi wstyd. Takiej sprawy się nie wynosi na ludzi. Sam wiesz, jak Lenę kochałem. Wszystko się przy tobie działo jak za nią latałem w szkole, po wojsku do niej wróciłem. Sam stałeś obok w USC, kiedy ślub braliśmy.

Wiem. Nie wiem tylko, co się stało Raz byliście szczęśliwi, a potem nagle Lena wyjechała do miasta, a ty zamknąłeś się na kolonii. Pamiętam, jak twoja matka krowę sprzedawała. Płakała, tłumaczyć nic nie umiała.

Ona nic nie wiedziała. Powiedziałem jej, iż przestałem Lenę kochać, iż już nie chcę z nią żyć. Matka i ojciec prawie mnie przeklęli wtedy

To się nie dzieje bez powodu. Co się stało między wami? Przecież widzę, iż przez cały czas ją kochasz, Włodek.

Włodzimierz nie odpowiedział. Łzy cisnęły się do oczu, ale był już dawno wypłakany, kiedy jak oszalały błąkał się po lasach, łkając i wołając ją imieniem, aż padł zmęczony na ziemię. Nie umiał przebaczyć, nie umiał żyć bez niej.

Ja innego wyjaśnienia nie widzę, ale nie uwierzę, iż ona cię zdradziła. To nie w jej stylu.

Włodzimierz jęknął i spojrzał na Ilka swoimi ciemnymi oczami, pełnymi goryczy rodu Budnych.

Sam widziałem. Gdyby ktoś mi powiedział, nie uwierzyłbym

Ilko sapnął i pokręcił głową.

Nie wierzę! Opowiedz wszystko od początku!

Nic nie jest proste, Ilku. Okłamywała mnie iż tylko mnie kocha Przez nią nie tylko żonę, ale i rodzinę straciłem. Rodzice nie zrozumieli, reszta też się odwróciła. Ty wiesz, iż u nas ceni się męską siłę A co to za siła, jeżeli żona sobie kogoś innego wybierze? Jaki ze mnie mężczyzna? I mnie już nie ma

Nie śpiesz się z oceną. Musisz to wyjaśnić.

Co tu wyjaśniać? Pamiętasz, jak musiałem wyjechać do miasta niemal na dwa miesiące? Chcieliśmy tu postawić fermę kobyłki trzymać, kumys sprzedawać do sanatorium. Lena pierwsza poparła ten pomysł, dużo o koniach wiedziała. Znała się na tym doskonale pamiętasz jej ojca? I ona była z tej samej gliny, znała się na wszystkim. To Lena mnie namówiła na tę podróż. A ja pojechałem A ona tutaj

Nic podejrzanego nie widziałem. A u nas przecież tajemnic się nie ukryje, zaraz cały wieś wie. Nikt o niej nie gadał, a jakby coś było, Luba by powiedziała.

Bo wszystko się rozegrało w naszym domu. Kto by takie rzeczy wynosił na zewnątrz Włodzimierz przymknął oczy i westchnął. Przepraszam, Ilku, ciężko mi to mówić. Tyle lat nic nie wyznałem. Masz rację Kiedyś to był kamień, teraz cała góra, aż oddychać nie daje.

Ilko się zdziwił.

Ale z kim mogło się to zdarzyć? Z Olkiem? Ze swoim kuzynem?

Z Olkiem. Przeniósł się do nas z matką, byli u moich rodziców przez pół roku, gdy kończyliśmy z Leną dom. Chcieliśmy wszystko przygotować, urządzić gospodarstwo, a potem mieć dziecko. Lena bardzo dzieci pragnęła. Próbowaliśmy, na początku się nie udawało, potem uznaliśmy jak Bóg da I dał tylko nie mnie.

Widziałem tego chłopca Porządny. Ilko pokręcił głową. Ale nie wierzę, iż cię zdradziła!

Co tu wierzyć, kiedy sam ich widziałem? Włodzimierz zerwał się gwałtownie, próbując usiąść, ale Mrużka zamiauczała groźnie, przytrzymała go łapą i zagarnęła kociaka do siebie. Przepraszam, kiciu! Nie chciałem

Skrzyknął kocięta razem i przykrył dłońmi.

Popatrz, Ilku… Matka zawsze będzie swoje młode bronić. Chociażby ich jeszcze nie urodziła. Wiedziałem, jak Lena chciała dzieci, a do lekarza odmówiłem chodzić. Nie wierzyłem, iż problem może być we mnie. A ona wybrała inaczej

Przestań sobie dopowiadać! Wszystko już poukładałeś!

Miałem dużo czasu

Ale złe rozwiązania najłatwiej się podsuwają. A może to od własnego syna uciekałeś do lasu, Włodzimierzu? Dziwnie to wszystko wygląda!

Uważaj co mówisz. Umiałbym policzyć dwa i dwa Ale się nie zgadza.

Co się nie zgadza?

Tamara, matka Olka, była u nas na wsi, gdy Luba rodziła. Wszystko mi wyjaśniła.

Masz dowody! Ale co widziałeś, jak wróciłeś z miasta? Na pewno?

Przytulali się w kuchni. Olek ją całował! Widzisz to?! A ona nie protestowała! głos drżał Włodzimierzowi, a Ilko nerwowo zerknął w stronę Luby, która właśnie wróciła do pokoju.

Spokojnie! Jeszcze jeden zastrzyk i się wyśpisz, Włodek. Na resztę porozmawiamy później. Odpocznij.

Włodzimierz skinął głową i, nie kryjąc już łez, po chwili zasnął głęboko.

Ilko zawołał żonę do innego pokoju i zapytał:

Wszystko słyszałaś?

Wszystko.

I co myślisz?

Pójdę na spacer, Ilku. Czas sprawę rozwiązać, dość milczenia. Wczoraj widziałam Lenę, choćby cień w niej nie bardzo już jest. Widać, iż chora. Nie jestem pewna, czy to tylko poczucie winy. Chyba czas działać. Boję się o serce Włodka, zagonił się biedak całkiem.

Luba narzuciła kurtkę i wyszła. Ilko został na schodach, zapalił papierosa, zamyślił się.

Takie to życie, rozmyślał gorzko. Myślisz, iż złapałeś szczęście, a ono ci się wymyka. Z Lubą wszystko ich przeszło i pogrzeby rodziców, śmierć syna, i córki przyjęli jak dar, choć po latach starań. Luba długo nie mogła się pogodzić, iż przegapiła chorobę chłopca jako lekarka. Kiedyś się bała jak ognia drugiej ciąży, a potem modliła się i o te córki. Teraz spokój ma, wtedy była cienka jak struna. Może dlatego tak rozumie Lenę Trudno patrzeć, jak dziecko dorasta bez ojca i matka staje się cieniem. Chłopcu trzeba silnego ramienia, a tu? Rodzice rozstali się, każdy osobno, a on sam jak palec.

Siedział długo, sprawdzając czasem, czy Włodzimierz śpi. Gdy w końcu furtka skrzypnęła, poderwał się. W światłach starej lampy zobaczył twarz żony objął ją mocno i spytał:

Ciężko?

Oj, Ilku Co za ludzie są na tym świecie Zwierzę by się zawstydziło

Luba zapłakała jak dziewczynka i rozżalona opowiadała wszystko mężowi.

To syn Włodka, Ilku! Teraz już wiem na pewno. Tamara wszystko mi wyznała.

Jak ci się to udało?! Tyle lat milczała, nagle się otworzyła?

Może już się bała. A może ja byłam już tak zła Poszłam najpierw do Leny. Powiedziała, jak było w tamten dzień, kiedy Włodek ich z Olkiem zastał. Nie była winna, już była wtedy w ciąży, Włodkowi nie zdążyła powiedzieć przed jego wyjazdem. A i tak się bała po tylu poronieniach. Nikomu nie mówiła. Ani mężowi. Widzisz? Wilki z nich! Żadne się nie przyznało, wszystko tłumili w sobie! I co? Tylko cierpienie!

Luba niemal krzyczała, Ilko jeszcze mocniej ją tuląc.

A dalej?

Lena lepiła ciasto, Olek przyszedł, chwycił ją, zaczął całować. Zanim się zorientowała, Włodek ich zobaczył. Sama wybierała imię dla synka A tu nagle coś takiego! Obaj uparci jak diabli! On po kłótni choćby z nią nie chciał rozmawiać, ona do miasta wyjechała, przekonana, iż jej nie wybaczy. Milczeli i cierpieli. Czy tak można?

To Tamara wszystkiemu winna?

Tak! Przyszła do siostry po śmierci męża i postanowiła się odegrać Tyle lat zazdrości nosiła Chciała zemścić się na rodzinie, uderzyć w tego, komu najbardziej ufała. Wiedziała, iż jeżeli Włodkowi zniszczy życie, cała rodzina tego nie zniesie. I tak się stało. Po wszystkim matka Włodka choćby nie chciała z nim rozmawiać, Lena pogruchotana. Tamara zawlokła mnie do siostry na przeprosiny.

I?

Tamara dostała po twarzy, Tania popłakała się, ale nie ma w niej złości. Myślę, iż kiedyś wybaczy siostrze, ale nie teraz. Kazała im wyjechać. Sama pobiegła do Leny, pogodzić się. Długo siedziałam z nimi Leniak na imię dała chłopcu po dziadku, Jerzy.

Ilko mocniej przytulił żonę, całując ją w skroń.

Poradziłaś sobie, moja dobra.

Może i tak, ale za późno. Dlaczego ludzie nie umieją mówić i słuchać? Byłoby prościej, po prostu powiedzieć i wysłuchać. A tak tylko cierpienie z siebie tworzymy.

Ale śniadanie to zrobić umiesz?

Ty tylko o jedzeniu. Idź, ogol się, a ja po naleśniki. Dziewczyny zaraz wstaną, Włodka też trzeba będzie odchować. Dzień go czeka ciężki, sporo poprawek, zanim wszystko naprawi.

Słońce już na dobre złociło horyzont, oplatając świetlistą falą lubaszyński ogród.

Włodzimierz wyszedł na ganek, nieco niepewny, przymrużył oczy od blasku i zatrzymał się, słysząc:

Ty jesteś moim tatą?

Chłopiec siedział na schodkach, tuląc do siebie tego samego szczeniaka.

Patrz pan, jakie ma łapy! Prawie jak u wilka! Będzie świetny pies, co myślisz?

Włodzimierz odetchnął i usiadł obok na stopniu smirnowskiego ganku, klepiąc szczenię po łbie:

Prawdziwy wilczur. Dobrego wybrałeś psa.

Wnikliwy wzrok czarnych oczu, tak bardzo podobnych do własnych, ani na moment go nie opuszczał. I wtedy położył synowi rękę na ramieniu, przycisnął delikatnie i kiwnął:

Tak, jestem twoim ojcem, Jurku.

I dobrze! Chodźmy do domu. Mama robi śniadanie. Babcia też jest, obiecała, iż dziś mnie zabierze do koni. Mogę?

Nagle Włodzimierz zrozumiał, iż cięciwa, którą przez lata spinała go żałość, zerwała się, uwalniając głos spokojny i pewny taki jak dawniej. Wziął szczeniaka, wstał, skinął głową i odparł:

Możesz! A teraz chodźmy. Mamy mnóstwo spraw do załatwienia, synu. Tyle przed nami

***

I tak Włodzimierz zrozumiał, iż czasem nie słowa ale prawda przywraca człowiekowi spokój. Że najlepiej nie trzymać w sobie bólu i żalu bo szczęście można znaleźć jedynie wtedy, gdy się otworzy serce na ludzi i wybaczy, także sobie.

Idź do oryginalnego materiału