Biruk – opowieść o samotniku z polskich lasów

polregion.pl 1 tydzień temu

Twardyś ty, Włodzimierzu Borysowiczu! Nic dziwnego, iż wołają na ciebie Wilczur! Daruj sobie, żeby uśmiech wyprosić. Ot, spojrzysz tylko tym swoim wzrokiem i człowieka zimno przejmuje. Zamroziło cię, czy jak? Skąd u ciebie ta życiowa gorycz?

Pelagia jeszcze coś mamrotała, ale Włodzimierz już jej nie słuchał. Bez słowa zgarnął zakupy z lady jedynego sklepu w Hajnówce i ruszył do wyjścia.

Lena twoja do matuli zjechała kilka dni temu. Synka przywiozła. Słyszysz, Włodzimierzu Borysowiczu? A jeżeli to jednak twój chłopiec? Tak i będzie się tułał po świecie bez ojca? Przecież podobny do ciebie!

Usłyszawszy to w drzwiach, Włodzimierz aż się potknął o próg, ale nie odwrócił się. Po co? I tak nikt nie zrozumie. Swojego na cudzy osąd nie wystawiał i nie zamierza. Wszystko już ludzie wiedzą, a czego nie wiedzą, to wymyślą. I tak nikomu nie wytłumaczy. To przecież sprawy jego i Leny. Obcym nic do tego.

Słońce, ostro parzące jak na wiosnę, ogrzało Włodzimierza i kazało mu przymknąć powieki, zamieniając twarz w kamienną maskę. Z zamkniętymi oczami zrobił krok, drugi, aż nagle wyrwał go z zamyślenia dziecięcy głos:

Uważajcie!

Chłopak, który go wołał, rzucił się do schodów sklepu i chwycił na ręce dwa szczeniaki. Proszę nie nadepnąć na nie!

Nos lekko obdarty, ciemne oczy z ciężkimi powiekami, uszy lekko odstające podobny rzeczywiście! Sąsiadki nie darują języka. Ale Włodzimierz dobrze wiedział, iż to nie jego syn, choć krewniak, ale daleki.

Nie chce pan szczeniaka? Zobaczcie, jakie ma wielkie łapy! Będzie jak wilk!

Włodzimierz tylko pokręcił głową i powlokąc się w niewłaściwy zaułek, oparł się o wysoki płot Smirnowskich, łapiąc powietrze.

Za co to wszystko? Po co ona znowu przyjechała? Po co ten chłopiec? Czy naprawdę Olek ją zostawił?

Myśli tłoczyły się spiesznie serce biło niespokojnie, jak tamtego dnia, siedem lat temu. Nic się nie zapomina, dusza pamięta, choćby człowiek zmuszał ją milczeć. A może i lepiej byłoby przyzwyczaić się?

Luba Smirnowska trzasnęła furtką, podniosła brwi ze zdziwieniem i podbiegła do Włodzimierza:

Włodek! Co ty? Źle ci? Pomóc ci? Albo Ilka zawołać?

Ciepłe ręce objęły jego ramiona, a Włodzimierz uniósł powieki:

Nie trzeba, Lubko. Zaraz mi przejdzie Idę

Dokąd pójdziesz, moje nieszczęście! Oprzyj się na mnie, no! Kroczek, powoli o, tak! Ciężki jesteś, na Boga! Serce tak się nadwyrężać nie wolno! Kto potem za ciebie odpowie? Mnie rozliczą, bo mójś ty pacjent! Zbadam ci ciśnienie i zrobię zastrzyk a choćby dwa! Będziesz jak świeży ogórek, co dopiero wyrosły na grządce! No, mus!

Nogi odmówiły posłuszeństwa, więc Luba niemalże siłą wciągnęła go do swojego domu, zamknęła furtkę, przywołała męża:

Ilka! Pomóż!

Dalej Włodzimierz już kilka pamiętał. Obudził się na kanapie, coś ściskało mu pierś. Myślał, iż to wreszcie serce nie wytrzymało ale gdy otworzył oczy, rozluźnił się: puchata, szara kotka leżała tuż przy nim, pieszczochowała kocię. Reszta maleństw fikała po jego klatce.

Nasza Mrużka ludzi wyczuwa, jak nikt! Swoje kociaki ci przyniosła znaczy, dobry z ciebie człowiek, Włodku.

Luba odłożyła zeszyty córek, w których sprawdzała zadania, i zaczęła go doglądać.

I dobrze! Już ci spokojniej. Ty mi już takich strachów nie rób! Drogi błotem zalane, na karetkę czekać nie sposób. Coś ci w głowie zaświtało? Na śmierć ci jeszcze za wcześnie. Nie wszystko załatwione tu na świecie.

A jakie ja mam sprawy, Lubko? Zorka i Polkan, ot całe moje życie.

Krowa porządna, zachodu wymaga. A jak będziesz chory, co z nią się stanie?

Dopiero teraz spostrzegł, iż w pokoju wciąż zasłonięte zasłony, a światło się świeci.

Która godzina, Lubko?

Leż, już późno. Nie puszczę cię dziś do domu. Przenocujesz u nas. Zorkę widziałam, krowa w porządku.

Luba przeciągnęła się, odkładając stetoskop, uścisnęła po drodze męża i poszła do kuchni, Ilka usiadł obok Włodzimierza.

Źle ci?

Sam nie wiem, co ze mną.

Ja wiem. Lenka.

Nie dręcz mnie, Ilka. Włodzimierz odwrócił się, natychmiast spotykając spojrzenie zielonych, kocich oczu.

Widzisz, choćby Mrużka rozumie. Przyszła do ciebie z kociakami, żebyś spokojniejszy był. Posyła ci całą gromadkę. Bo zwierzę rozumie sercem, nie rozumem. Nam czasem też by się to przydało. Ale ty wszystko tłumisz w sobie. Ile jeszcze zdołasz unieść? Tyś chłop z głową, radzisz sobie, radę dasz ale patrzę, jak Mrużka, i widzę, iż źle ci.

Co tobie po moich kłopotach? Swoich nie masz?

Mam! A gdy mi pomoc była potrzebna, pytałeś mnie o zgodę? Sam przyszedłeś. Dług należy oddać. jeżeli mogę coś zrobić, daj spróbować. Sam rozumiesz, mnie bardziej to potrzeba niż tobie.

Czym tu pomożesz, Ilka?

Babcia mnie zawsze uczyła czasem trzeba po prostu wygadać nieszczęście. Masz komu, dobrze. Nie masz wykop dołek i tam wykrzycz. W sobie tłumić nie wolno! Smutek cię spali na proch. Ty to już tyle lat nosisz. Ja nie pytałem, bo cię długo nie było, na przysiółku mieszkałeś. Ale dzisiaj patrzę, jak Lubka cię przywraca do życia, i wiem nie wolno czekać. Wilczur to wilczur, ale my nie wilki, Włodku. Człowiek sam nie da rady długo żyć. Tyle się znamy jeszcze z podstawówki! Do której klasy przyszedłeś?

Do siódmej

Ile to już lat! A siwi już obaj się zrobiliśmy, a przez cały czas każdy swoje chowa. Udajemy, iż razem, a jak nieszczęście, wszyscy do kątów i cisza. Przepraszam cię! W tym też moja wina. Dawno trzeba było z tobą pogadać. Widzisz, jak jest. Jak nie chcesz odeśliesz mnie. Jak nie, wysłucham i co mogę, pomogę.

Wiem Włodzimierz pogłaskał kociaki na piersi i zaczął cicho: Co mam ci powiedzieć, Ilka? To wstyd, facetowi nie wypada. Takich spraw się nie wynosi poza dom. Wiesz, jak Lenę kochałem na twoich oczach wszystko się działo. Jak za nią latałem, jeszcze w szkole, po wojsku od razu do niej. Byłeś obok w USC, sam pamiętasz.

Pamiętam. Ale nie wiem tylko, skąd się to wzięło nagle wszystko się popsuło, Lena do miasta, ty na przysiółek. I co wtedy z waszą krową, pamiętam, twoja matka płakała. Nic nie mówiła.

Bo nie wiedziała. Powiedziałem, iż już jej nie kocham, więcej z nią nie będę. Rodzice by mnie prawie wyklęli

Nic się nie dzieje bez powodu. Co się stało?

Włodzimierz milczał, oczy suche, krzyk się w gardle rozdzierał.

Nie uwierzę, żeby ona cię zdradziła, to nie Lena.

Zatrzęsła nim rozpacz i z oczu, które nagle pociemniały, spojrzała na Ilkę stara dusza Borysa.

Sam widziałem. Gdyby mi ktoś opowiadał, nie uwierzyłbym

Nie wierzę! Mów prawdę!

Wszystko pogmatwane, Ilka! Ona mnie oszukała. Mówiła, iż tylko ja, a jednak Przez nią i żony i rodziny nie mam. U nas siłę się w rodzie szanuje. Co to za mężczyzna, jak żona innego wybiera? Gdzie siła? Nie ma I mnie nie ma

Poczekaj z wyrokami. Uspokój się. Musimy zrozumieć.

Co tu rozumieć Pamiętasz, jak musiałem do miasta jechać, długo mnie nie było przez interesy? Furmanki, kooperacja z sanatorium, Lena wspierała. To ona mnie wysłała, żeby nawiązać kontakty. Pojechałem. A ona

Tu, w domu, coś się wydarzyło? Przecież my byśmy wiedzieli, jakby coś na rzeczy. Babskie plotki mnie nie obchodzą, ale Luba by mi powiedziała.

Nic nie wiedzieliście, bo wszystko u nas w domu się działo. Nikt nie wynosił tego za próg. Przez tyle lat milczałem, nikomu nie mówiłem. Prawda człowiek aż kamień w środku nosi, a teraz góra.

Ilka aż się zadławił:

Z kim? Nie z Olkiem?

Z Olkiem. Z kuzynem moim. On się właśnie wtedy sprowadził z matką, u nas wszyscy mieszkali. Mieliśmy dom kończyć z Leną, krowę. Chcieliśmy dzieci, ale nie szło czekaliśmy. Bóg dał Ale nie mnie

Widziałem tego chłopca Dobrze wychodzi. Ale przez cały czas nie wierzę, iż Lena

Co tu wątpić, jak sam widziałem?! Włodzimierz chciał się podnieść, ale kocica przeraźliwie znarowiła się, z pazurami w kocu, przesunęła kociaka Przepraszam, kiciu Nie chciałem.

On zagarnął kocięta, przykrył szerokimi dłońmi.

Widzisz, Ilka Matka zawsze swoje dzieci broni. Wiedziałem, iż Lena chciała, a ja do lekarza nie chciałem pójść. Nie wierzyłem, iż problem we mnie. A ona znalazła wyjście.

Nie wymyślaj! Wszyściutko już w swojej głowie ułożyłeś!

Miałem na to dość czasu

Tak nie można! A może od swojego dziecka się ukrywałeś po lesie, Włodzimierzu Borysowiczu? Dziwnie to wszystko brzmi!

Uważaj na słowa! Włodzimierz chciał podnieść głos, ale gdy Luba spojrzała z kuchni, umilkł. Liczyć umiem. Tyle wiem nie wychodzi.

Co dokładnie?

Tamara, matka Olka, gdy Luba urodziła, wszystko mi wyjaśniła.

Dowody ci się znalazły! Ale powiedz, co widziałeś po powrocie z miasta?

Stali przytuleni w kuchni. Olek ją całował, ona nie protestowała! Głos Włodzimierza zadrżał, Ilka zaniepokojony spojrzał na Lubę w drzwiach.

Spokojnie! Jeszcze jeden zastrzyk i pójdziesz spać. Potem pogadamy. Odpocznij.

Włodzimierz już nie krył łez, zasnął głęboko po zastrzyku.

Ilka zaś zawołał żonę na stronę:

Wszystko słyszałaś?

Wszystko.

I co myślisz?

Czas, żeby ta historia wylała się na światło dzienne. Długo nie pociągną w tej męce. Lenę wczoraj widziałam cień tylko z niej został. Choruje z żalu. A nie wydaje mi się, żeby to była wina. Gdyby była winna, wzroku by nie podniosła. A ona patrzy prosto w oczy. Idę, Ilka!

Gdzie?

Najpierw do Tamary. Muszę z nią porozmawiać. Potem do Leny. Nie ma co zwlekać serce Włodka w kiepskim stanie.

Luba zarzuciła kurtkę i znikła w mroku. Ilka został na schodach, zapalił papierosa, zamyślony. Cóż los zaskakuje. Wydaje się, iż to już szczęście, a tu zostaje tylko piórko. Sami z Lubą dużo przeszli rodziców pochowali, synka stracili, córki otrzymali w darze dopiero po latach. Luba nie mogła pogodzić się ze swoją winą jako lekarka, długo się bała o córki.

Może dlatego serce jej teraz boli, patrząc na syna Leny. Wie, co znaczy dzieciństwo bez rodziców. Chłopcu trzeba silnego ramienia. W normalnej rodzinie zawsze dwóch dorosłych, a tu każdy osobno. Przeznaczony przez Boga, a przez ludzi niekochany.

Ilka przez noc siedział na schodach, doglądał Włodka wciąż spał, ciężko, niespokojnie. Czekał na żonę aż niemal świtało.

Gdy furtka kliknęła, podszedł do Lubki, objął ją.

Ciężko?

Oj, Ilka! Są tacy ludzie Gorsi od zwierząt

Luba rozpłakała się jak dziecko, a potem wyznała Włodka to syn! Teraz już wie na pewno. Tamara się przyznała do wszystkiego.

Jak ci się udało? Po tylu latach milczenia!

Może trochę sumienia. Może się mnie przestraszyła. Poszłam najpierw do niej, potem do Leny. Od Leny dowiedziałam się, co było tamtego dnia. To nie jej wina. Już była w ciąży, bała się tylko Włodkowi powiedzieć przed wyjazdem. Trzy poronienia miała, choćby mężowi nie mówiła!

A tamci? Wilczury nie ufali sobie, milczeli i cierpieli. Z tego nieszczęście!

Luba głośno mówiła, a Ilka głaskał ją po głowie.

A potem?

Lena lepiła ciasto, Olek przyszedł, na siłę ją przytulił i pocałował, zanim się zorientowała. A oni, jak to oni Włodek uciekł na przysiółek, ona do miasta. Nikt nie rozmawiał.

A Tamara?

Wszystko jej wina! Wymyśliła to, żeby zemścić się na siostrze. Od dziecka jej zazdrościła. Tam się historia z czasów młodości ciągnie wszystko przez faceta. Siostra szybciej wyszła za mąż, Tamara wyjechała, odsunęła się. A potem, gdy została wdową, wróciła, rachunki wyrównywać. Postanowiła Włodkowi rozbić rodzinę. I tak się stało rodzice zerwali kontakt, Lena się obraziła

Byłaś u matki Włodka?

Tamara mnie tam zaprowadziła, przyznała się. Przepraszała. Matka Włodka wybaczy, ale teraz kazała jej z synem odejść precz z wioski.

I Lena?

Nazwała syna Sergiuszem na cześć dziadka. Obie płakały, ja z nimi serca potrzeba teraz, żeby te węzły rozplątać!

Ilka przytulił żonę:

Dałaś radę, moja dobra.

Za późno, Ilka. O wiele lat za późno! Czemu ludzie są tacy dziwni? Lepiej by było porozmawiać, zapytać, posłuchać! Złość mnie bierze! O, można na mnie smażyć placki!

A ja bym zjadł, czekając na ciebie!

Kuchni i tak nie pamiętasz! Luba pocałowała go w policzek. Idź się ogól, a ja zrobię racuszki. Dziewczyny zaraz wstaną, Włodka trzeba nakarmić. Dzień ciężki go czeka.

Słońce rozgościło się na niebie, zaglądając na podwórko Lubki.

Włodzimierz wyszedł chwiejnie na ganek, zmrużył oczy, oślepiony światłem. Usłyszał pytanie:

Ty jesteś moim ojcem?

Chłopiec siedział na schodku z owym szczeniakiem.

Zobacz, jakie ma łapy. Silny będzie! Jak myślisz?

Włodzimierz usiadł obok, pogłaskał psa.

Wyrośnie z niego piękny wilczak. Dobrze wybrałeś.

Chłopiec spojrzał mu w oczy, tak podobne do swoich. Niezgrabnie położył dłoń na jego ramieniu, ścisnął lekko:

Ja. Jestem twoim ojcem, Sergiuszu

To dobrze! Chodź. Mama śniadanie szykuje. Babcia przyszła, zabierze mnie dzisiaj ze sobą do koni. Mogę?

Włodzimierz poczuł, jak wszystko, co go wiązało, nagle puściło. Coś w nim się uwolniło. Wziął szczeniaka, uśmiechnął się:

Można! Teraz idźmy. Mamy przed sobą jeszcze tyle pracy, synu. Tyle pracyRazem z Sergiuszem zeszli po stopniach, nie zważając na ślady błota na świeżo wysprzątanym ganku, za nimi potoczył się szczeniak z powagą zupełnie nieproporcjonalną do własnego wzrostu. Podwórko pachniało chlebem i nocnym deszczem, gdzieś w trawie rozległo się przeciągłe, kocie miauknięcie to Mrużka strofowała dzieci. Luba wychyliła się z kuchni, zawołała ich serdecznie, a Lena przez okno podała ręką znak chodźcie, jeszcze ciepłe!.

Przez chwilę Włodzimierz czuł się, jakby czas wracał do miejsca, w którym kiedyś się zatrzymał. Dźwięk chłopięcego śmiechu, zapach świeżych racuszków i cichy gwar domowników codzienność, nowa a taka dobra. Usiadł przy stole bez słowa, rozejrzał się po twarzach: Lena spokojna, głaszcząca syna po głowie, Luba z energią krzątająca się między garnkami, stary Ilka już z miską mleka i ten chłopiec, z oczami tak dobrze znanymi, już przy nim.

W kominie huknęła jaskółka, śpiewając, iż czas wracać do życia.

A pójdziemy potem do lasu, tato? zapytał Sergiusz.

Włodzimierz pokiwał głową, a Lena uśmiechnęła się na to cichutko, jakby lód pękał wiosną.

Pójdziemy, synu. Pokażę ci najstarszy dąb w okolicy. I może coś o wilkach opowiem.

Śmiech rozbrzmiał po izbie, niosąc ciepło w najdalsze kąty. I choć sąsiadki jeszcze nie raz posyłały interesujące spojrzenia przez płot, od tej pory Wilczur już nie strzegł sam swojego serca. Wreszcie odnalazł w sobie miejsce, gdzie można było żyć nie tylko z przeszłością ale na nowo, z ludźmi, którzy byli jego domem.

A szczeniak z wielkimi łapami wybiegał na drogę pierwszy, tropiąc nowe początki, póki nie zagubili się we troje ojciec, syn i wilczak na ścieżce, którą wydeptali własnym przebaczeniem.

Idź do oryginalnego materiału