Konduktorka z pociągu relacji Warszawa–Zakopane, obsługującego tę trasę od jedenastu lat.
Znam prawie wszystkich stałych pasażerów tej linii, ale jego zapamiętałam od razu — usiadł w przedziale numer cztery, w wagonie drugiej klasy, z gitarą owiniętą w stary koc, jakby chronił dziecko przed chłodem. Był luty, za oknem sypało mokrym śniegiem, a on całą drogę patrzył w to okno tak, jakby tam, za szybą, ktoś na niego czekał.
Nazywał się Tomasz Wrona. Miał czterdzieści dwa lata i, jak się później dowiedziałam od innych pasażerów, był piosenkarzem — tym rodzajem artysty, który śpiewa nie dla telewizji, tylko dla ludzi w małych klubach, w piwnicach, czasem na dworcach, kiedy pociąg się spóźnia. Kasłał wtedy tak, iż aż się skrzywił, i przepraszał, jakby to była jego wina.
— Niech się pani nie martwi — powiedział, gdy przyniosłam mu herbatę, choć nie prosił. — To zawodowa choroba. Za dużo dymu w tych klubach.
Za Skierniewicami do przedziału wszedł konduktor z sąsiedniego wagonu, młody chłopak, którego znałam od niedawna, i poprosił mnie na chwilę do korytarza.
— Mamy telegram z Krakowa — powiedział cicho, tak żeby nikt w przedziale nie usłyszał. — Milicja pytała, czy Wrona jedzie tym pociągiem. Podobno ktoś zgłosił, iż zabiera ze sobą jakieś nagrania.
Wróciłam do przedziału z twarzą, która musiała zdradzić więcej, niż chciałam, bo Wrona spojrzał na mnie znad okna i zapytał wprost:
— Pytali o mnie?
Nie umiałam skłamać. Powiedziałam mu.
Wtedy zrobił coś, czego nie zapomnę — otworzył futerał gitary, wyjął z kieszeni podszewki kilka złożonych kartek, zapisanych ołówkiem, i podał mi je bez słowa.
— Niech pani to schowa do swojej torby. Do Zakopanego. jeżeli ktoś będzie pytał, niech pani nie wie nic.
Ręce mi się trzęsły, kiedy wsuwałam kartki między rozkłady jazdy w mojej służbowej teczce. Starsza kobieta w baranicy, która jechała w tym samym przedziale, patrzyła na to wszystko bez słowa, a potem, gdy Wrona odwrócił się do okna, powiedziała cicho:
— To pan ten, co o więzieniu śpiewa?
— Nie tylko o więzieniu — odpowiedział i uśmiechnął się tak, iż trudno było powiedzieć, czy to naprawdę uśmiech, czy tylko zmęczenie.
W Nowym Targu do wagonu wsiadło dwóch mężczyzn w cywilnych płaszczach. Przeszli przez cały skład, zaglądając do przedziałów, i zatrzymali się przy naszych drzwiach. Jeden zapytał o dokumenty. Wrona podał je spokojnym ruchem, jakby robił to setki razy, ale zauważyłam, iż palcami przytrzymuje gryf gitary tak mocno, iż aż pobielały mu kostki. Sprawdzili nazwisko, popatrzyli po bagażach, otworzyli choćby koc, w który owinięty był instrument — i poszli dalej, bez słowa wyjaśnienia. Dopiero kiedy zniknęli w następnym wagonie, Wrona wypuścił powietrze, które chyba trzymał od Nowego Targu.
— Dziękuję — powiedział do mnie tylko tyle, ale w sposób, w jaki inni mówią znacznie więcej.
Wysiadł w Zakopanem, w Kuźnicach, gdzie czekała na niego jakaś kobieta z parasolem, mimo iż śnieg już przestał padać. Objęła go tak mocno, iż gitara w kocu omal nie upadła na peron. Zdążyłam mu jeszcze oddać kartki, wetknęłam je do kieszeni jego płaszcza, kiedy wysiadał, a on tylko skinął głową i powiedział, iż kiedyś mi wytłumaczy, co to było. Nie zdążył.
Kilka miesięcy później przeczytałam w gazecie, jak to Wronę wyrzucano z sal koncertowych, jak podsłuchiwano jego telefon, jak sąsiedzi w bloku przy ulicy Grochowskiej pisali skargi, iż śpiewa za głośno po dziesiątej wieczorem, choć śpiewał od siódmej. Czytałam to i widziałam nie gazetowe zdanie, tylko jego palce na gryfie gitary w wagonie pod Nowym Targiem, i myślałam, iż gazeta pisze o kimś obcym, a ja znam tę historię inaczej — od środka, z korytarza wagonu.
Trzy lata później przeczytałam w innej gazecie, iż Tomasz Wrona zmarł w swoim mieszkaniu na Pradze, w nocy z dwudziestego czwartego na dwudziesty piąty lipca. Miał wtedy już czterdzieści pięć lat. Serce. Napisali, iż tysiące ludzi przyszło pod jego dom, iż ktoś przyniósł gitarę i śpiewał jego piosenki na chodniku całą noc, iż milicja nie wiedziała, co z tym zrobić, więc po prostu stała z boku.
Zachowałam tamten bilet — jego, nie mój. Zostawił go na siedzeniu, kiedy wysiadał, wsunięty między strony zeszytu w kratkę, który też zapomniał zabrać. Chciałam mu go oddać, pobiegłam choćby na peron, ale pociąg już ruszał, a on szedł już w stronę tej kobiety z parasolem, nie oglądając się.
Ten zeszyt trzymam do dziś w szufladzie kredensu, między instrukcją do pralki a starymi rachunkami za gaz. Nie umiem czytać nut ani wierszy tak, jak umieją ludzie wykształceni w tych sprawach, ale pamiętam jedno zdanie, napisane ołówkiem na marginesie, przekreślone i napisane od nowa: iż dopóki głos nie zamilknie do końca, nikt naprawdę nie umiera.
Czasem, kiedy jadę tą samą trasą, siadam na chwilę w przedziale numer cztery, choćby jeżeli nie mam tam nic do roboty. Patrzę przez okno na to samo pole pod Suchą Beskidzką, na te same krowy, na tę samą stację benzynową, która od tamtej pory zmieniła tylko szyld. I myślę, iż gdzieś w Zakopanem, w Kuźnicach, ta kobieta z parasolem pewnie wciąż tam mieszka. Nigdy nie zapytałam jej o imię.







![Dolny Śląsk: Tajemnicza kolia z 42 zębów. Archeolodzy odkryli ją w kurhanie sprzed około 5 tys. lat [+FOTO]](https://kresy.pl/wp-content/uploads/2026/08/UMS.jpg)





