Biedna babcia mojego męża zapisała jego rodzinny dom na własność mojemu mężowi. Gdy otworzyliśmy jej stare, drewniane szafy w Krakowie, nie mogliśmy uwierzyć, co w nich znaleźliśmy.

polregion.pl 11 godzin temu

Mój mąż miał babcię, panią Helenę. Każde wakacje spędzał u niej w Krakowie. Babcia nigdy nie miała nic przeciwko temu wręcz przeciwnie, z euforią go przyjmowała. W tamtych latach prowadziła własny interes: samodzielnie wszystko załatwiała, a z aptekami współpracowała, sprzedając im mieszanki ziół leczniczych, które sama zbierała i przygotowywała. Mój mąż nie pamięta, jak dokładnie babcia wszystko organizowała, ale doskonale wie, iż na ówczesne czasy zarabiała naprawdę spore pieniądze.
Była kobietą niezwykle silną, ale też miała trudny i nieprzystępny charakter. Mocno kochała mojego męża, nigdy nie żałowała pieniędzy na dobre obiady, ale całkowicie odmawiała choćby drobnych kwot na drobne przyjemności czy lody pod Wawelem. Cała rodzina była przekonana, iż na coś konkretnego oszczędza. Babcia przechowywała w swoim mieszkaniu ogromne stare szafy, pełne tajemniczych szufladek i schowków, wszystko dokładnie pozamykane na klucz.
Jako dziecko mój mąż nie raz był ciekaw, co się w tych szafach kryje, ale babcia zawsze powtarzała, iż to rzeczy do pracy i nie należy się tym zajmować. Przyszedł jednak moment, gdy wszystko się zmieniło. Gospodarkę zalała fala nowych przedsiębiorców, a konkurencja gwałtownie wypchnęła babcię z rynku. Wtedy zaczęła leczyć ludzi jako zielarka, leczyła bezinteresownie, nie przyjmując złotówki, choć przychodzili do niej choćby bardzo zamożni krakowianie.
Odwiedzaliśmy ją, gdy jeszcze żyła, już wtedy żyła bardzo skromnie. Chodziła w zaplamionych fartuchach, jadała tylko prostą kaszę lub zupę na wodzie. Zawsze przywoziliśmy jej sporo jedzenia, ale ona stanowczo odmawiała naszych darów, powtarzając, iż nie potrzebuje więcej i nie wolno jej rozpieszczać, bo od lat tak żyje i nie zamierza tego zmieniać.
Po jej śmierci mój mąż odziedziczył jej mieszkanie. Kiedy przyjechaliśmy załatwiać formalności spadkowe, natknęliśmy się w jej spiżarni na ogromne zapasy żywności, wszystkie przeterminowane. Jak się okazało, wdzięczni pacjenci zostawiali babci rozmaite przysmaki, których jednak nigdy nie ruszyła. Największe zdumienie przeżyliśmy jednak, gdy otworzyliśmy jej stare szafy na klucz odnaleźliśmy w nich całą kolekcję drogocennych rzeczy z początku lat dziewięćdziesiątych, prawdziwe muzeum tamtego okresu: od porcelany z Ćmielowa, przez unikatowe zegarki, do tkanin i zestawów srebrnych sztućców.
Do dziś nie potrafię zrozumieć, dlaczego przechowywała dorobek życia właśnie w takich rzeczach, które przecież z upływem czasu traciły na wartości. Nigdy nie zrozumiem babci Heleny…

Idź do oryginalnego materiału