Mój mąż miał babcię, panią Stanisławę, która co lato przyjmowała go w swoim mieszkaniu w Krakowie. Spędzał u niej całe wakacje, biegając po kamiennych podwórzach i przynosząc kurz z Plant na butach. Babci to nie przeszkadzało była kobietą przedsiębiorczą, która przez lata prowadziła nieduży, ale dochodowy interes: sama przygotowywała i rozprowadzała zioła lecznicze, sprzedając je do aptek w całej Małopolsce. Wszystko organizowała samodzielnie, a choć mąż nie pamięta szczegółów jej działalności, wie, iż jak na tamte czasy zarabiała naprawdę pokaźne sumy w złotówkach.
Babcia Stanisława była jednak osobą o niezwykle specyficznym charakterze; kochała mojego męża całą duszą i nigdy nie szczędziła pieniędzy na jedzenie. Zawsze na stole gościł domowy rosół i świeże drożdżówki prosto z piekarni. Jednak na zabawki, kino czy choćby lody w upalne dni nie dostał nigdy ani grosza. W całej rodzinie mówiono, iż babka pewnie coś odkłada. W jej pokoju stały ogromne szafy z tajemniczymi przegródkami, zabezpieczone na kilka zamków. Mąż czasem próbował dowiedzieć się, co ukrywa za drzwiczkami, ale babcia tylko uśmiechała się i szeptała, iż to rzeczy do pracy.
Wszystko zmieniło się, gdy po przemianach gospodarczych w Polsce na początku lat dziewięćdziesiątych, konkurencja wyparła jej interes, a babcia straciła klientów. Zaczęła wtedy pomagać ludziom jako zielarka i uzdrowicielka. Nigdy nie brała pieniędzy za swoją pomoc, ale odwiedzali ją ludzie w futrach i z nowobogackich willi. Kiedy z mężem ją odwiedzaliśmy, już pod koniec jej życia, widzieliśmy, jak ubogo żyje. Nosiła stare, wysłużone ubrania, jadała chleb z masłem i cebulą. Przywoziliśmy jej kiełbasę z targu, ser i świeże owoce, ale zawsze z uporem odmawiała. Powtarzała, iż nie można się rozpieszczać, iż jest przyzwyczajona do skromności.
Kiedy babcia Stanisława odeszła, mąż odziedziczył jej stare mieszkanie przy ul. Karmelickiej. Pojechaliśmy tam w zimny listopadowy dzień, by zająć się sprawami spadkowymi. To, co znaleźliśmy w jej spiżarni, wprawiło nas w zdumienie: półki uginały się od słoików dżemu, miodu, puszek i makaronów wszystko przeterminowane o kilka lat. Dopiero potem sąsiedzi powiedzieli nam, iż wdzięczni ludzie przynosili jej te dary, a ona ich nie ruszała.
Największy szok przeżyliśmy, gdy otworzyliśmy jej zamknięte na klucz szafki. Wewnątrz odkryliśmy cały skarbiec porcelanę z Ćmielowa, nalewki w kryształach, komplety pościeli, zabawki i ubrania z metkami z lat dziewięćdziesiątych, i to wszystko w ogromnych ilościach, jakby mogła otworzyć własny sklep. Stały tam radia, żelazka, stare kalkulatory rarytasy sprzed trzech dekad. Do dziś nie rozumiem, dlaczego trzymała pieniądze w tych wszystkich przedmiotach, które z czasem straciły swoją wartość. Taka właśnie była babcia Stanisława tajemnicza, dumna, i do końca wierna swoim zasadom.











