Biedna babcia mojego męża przepisała mu dom w Krakowie. Gdy otworzyliśmy jej stare szafy, nie uwierzyliśmy, co w nich znaleźliśmy.

polregion.pl 11 godzin temu

Mój mąż miał babcię, panią Janinę Kowalską. Letnie wakacje spędzał zawsze u niej, w małej miejscowości pod Krakowem. Dla niej nie było w tym nic nadzwyczajnego od lat sama prowadziła mały interes, sprzedając własnoręcznie zbierane i suszone zioła do lokalnych aptek. Organizowała wszystko samodzielnie, była zaradna i oszczędna. choćby dziś mąż wspomina, iż jak na tamte czasy, zarabiała naprawdę niemało jak na polskie realia lat osiemdziesiątych, to był prawdziwy sukces.
Babcia Janina miała silny charakter. Przede wszystkim ogromnie kochała mojego męża i na jedzeniu nigdy nie szczędziła. Jednak na drobne przyjemności, jak lody z budki czy bilety do kina w rynku, nigdy nie chciała dawać pieniędzy. Sąsiedzi i rodzina plotkowali, iż pewnie odkłada na coś wielkiego, bo choć żyła skromnie, w jej domu zawsze budziły ciekawość ogromne szafy z mnóstwem zamykanych przegródek, w których trzymała niewiadome skarby.
Jako dziecko mój mąż nie raz próbował podglądnąć, co skrywają te szafy, ale babcia ucinała pytania wszystko było do pracy, powtarzała z przekonaniem. Nastały jednak nowe czasy wolny rynek, przedsiębiorczość na każdym kroku, a ziołowy biznes babci nie wytrzymał konkurencji. Wtedy zaczęła pomagać ludziom jako znachorka. Nigdy nie chciała za to zapłaty, choć przyjeżdżali do niej choćby bardzo majętni ludzie z Warszawy i Katowic.
Kiedy ją odwiedzaliśmy, widzieliśmy jak trudno jej się żyje dom pachniał wilgocią, a ona sama ubrana była w niemodne, niemal znoszone rzeczy i odżywiała się bardzo skromnie. Choć zawoziliśmy jej zawsze spory zapas jedzenia z Krakowa, zawsze odmawiała tłumacząc, iż jest nauczona takiego życia i nie chce byś traktowana jak ktoś, kto nie potrafi sobie radzić.
Po jej śmierci mąż odziedziczył dom. Gdy przyjechaliśmy uporządkować sprawy, zajrzeliśmy do piwnicy i spiżarni, a tam całe półki wypchane puszkami, makaronami i słodyczami z dawnych lat, niestety wszystko już przeterminowane. Okazało się, iż wdzięczni ludzie, którym pomogła, z wdzięczności przynosili zapasy, ale ona prawie nic z tego nie ruszała. Gdy w końcu dostaliśmy się do słynnych szaf, zaskoczenie było jeszcze większe świeciły tam luksusowe towary z lat dziewięćdziesiątych, jeszcze zapakowane, jakby ktoś urządził tam małe muzeum minionej epoki. Paczki kawy z napisem Mokka, polskie bombonierki Wedel, tysiące bibelotów, wszystko kupione przed laty i pozostawione jakby na czarną godzinę.
Patrząc na to wszystko, trudno zrozumieć logikę dlaczego inwestowała w rzeczy, które z czasem traciły wartość, zamiast cieszyć się i dzielić tym, co miała? Może bała się przyszłości, może oszczędzanie było jej sposobem na bezpieczeństwo po trudnych czasach wojny i komunizmu? Dziś wiem jedno nie warto odkładać życia na potem. To, co najcenniejsze, to bliscy i chwile spędzone razem, a nie rzeczy na dnie szafy. Babcia nauczyła nas, iż warto dzielić się tym, co mamy, póki możemy prawdziwym skarbem jest otwarte serce, nie zapasy i zamknięte szuflady.

Idź do oryginalnego materiału