Mój mąż miał babcię, którą wszyscy nazywali Panią Stanisławą. Każde lato spędzał w jej domu na obrzeżach Krakowa, wśród pachnących lip i śpiewających słowików. Nikomu nie przeszkadzało to, iż był jej oczkiem w głowie. W tamtych dawnych latach Stanisława prowadziła własną działalność sama załatwiała wszystko, współpracowała z aptekami i aptekarzami, sprzedając im lecznicze zioła, które sama zbierała i suszyła. Mój mąż kilka wiedział o szczegółach, bo była osobą bardzo powściągliwą, ale do dziś pamięta, iż jak na dawne polskie realia zarabiała bardzo dobrze.
Charakter miała wyjątkowy kochała swojego wnuka, nigdy nie żałowała pieniędzy na jedzenie, zawsze dbała, żeby na stole był rosół albo świeże pierogi z jagodami. Jednak nigdy nie dawała mu złotówki choćby na drobne przyjemności, jak lody czy oranżada. Wśród rodziny i sąsiadów krążyły opowieści, iż Pani Stanisława na coś odkłada pieniądze i być może marzy jej się jakiś wielki cel. W jej domu stały ogromne, stare szafy z licznymi szufladami, wszystko zabezpieczone na klucz i schowane przed ciekawskim okiem.
Gdy mój mąż był mały, wiele razy pytał babcię, co skrywa w tych szafach, ale zawsze odpowiadała, iż to rzeczy potrzebne do pracy. Z biegiem lat, kiedy w Polsce pojawił się kapitalizm, coraz więcej ludzi zaczęło handlować i zarabiać na swój sposób wtedy konkurencja dogoniła Panią Stanisławę. Zrezygnowała ze swojej działalności i zajęła się pomaganiem ludziom jako zielarka i uzdrowicielka. Nigdy nie przyjmowała za pomoc pieniędzy, choć do jej domu pod Krakowem przyjeżdżali ludzie bardzo zamożni.
Pamiętam wizyty u niej, kiedy była już starsza. Żyła bardzo biednie, chodziła w zniszczonym fartuchu, a jadłospis ograniczała do kromki chleba i zupy na wywarze z pokrzywy. Zawsze przywoziliśmy jej różne smakołyki ser z Podhala, domowy smalec, świeże jabłka jednak ona odmawiała przyjmowania jedzenia. Tłumaczyła, iż nie wolno jej rozpieszczać i iż przywykła do prostego życia.
Po jej śmierci dom trafił do mojego męża. Przyjechaliśmy do Krakowa, by uporządkować sprawy spadkowe, i wtedy naszym oczom ukazały się niezwykłe rzeczy. W spiżarni zalegało mnóstwo konserw, słoików z ogórkami i powidłami, wszystko jednak przeterminowane. Dowiedzieliśmy się od sąsiadek, iż wdzięczni klienci nosili jej produkty, ale z uporem ich nie spożywała.
Największe zdziwienie przeżyliśmy jednak przy otwieraniu jej słynnych szaf. Wewnątrz leżały całe stosy markowych płaszczy z lat dziewięćdziesiątych, francuskie perfumy, prawdziwy polski kryształ, porcelana z Ćmielowa wszystko w niewiarygodnych ilościach. Całe muzeum życia i gustów minionych dekad ukryte przed światem. Do dziś nie rozumiem, dlaczego babcia Stanisława zamieniała pieniądze na te rzeczy, skoro wiedziała, iż z roku na rok tracą na wartości. Tak przecież żyła po swojemu, z dala od logiki, która kieruje innymi ludźmi…











