Mój mąż, Paweł, miał babcię prawdziwą polską Matkę Boską Biznesu, jaką spotyka się raz na sto lat. Każde wakacje spędzał u niej na wsi, gdzieś pod Sandomierzem. Babci Helena miała wtedy swoją firmę to było jeszcze zanim biznes w Polsce stał się powszechny i każdy, kto miał łopatę, sprzedawał ziemniaki sąsiadowi. Babcia wszystko robiła sama: organizowała, załatwiała umowy z aptekami, sprzedawała swoje mieszanki ziołowe, które ponoć miały stawiać na nogi choćby najbardziej zdewastowaną wątrobę po weselu. Paweł nie do końca wie, jak to wszystko funkcjonowało, ale pamięta jedno jak na tamte czasy babcia zarabiała naprawdę sporo.
Była kobietą z krzepą i charakterem z kategorii nie do zdarcia. Swojego wnuka kochała na zabój, na obiad zawsze było coś solidnego: schabowy na pół talerza, kompot do tego, a zupa tak gorąca, iż łyżka się w niej wyginała. Ale na głupoty grosza nie dawała choćby na oranżadę ze sklepu trzeba było zarobić pomocą przy wykopkach. W rodzinie szeptano, iż pewnie na coś wielkiego oszczędza może na dom z bali, może na własny kiosk Ruchu.
W domu babci stały wielkie, stare szafy, każda z dziesięcioma przegródkami. Wszystko zamykane na klucz, klucz oczywiście noszony na sznurku przy fartuchu. Paweł pytał nie raz, co tam skrywa, ale babcia kwitowała to zawsze: Dziecko, to moje narzędzia pracy, nie dla dzieci takie tajemnice.
Minęły lata, zmieniła się Polska, wszyscy zakładali firmy choćby wujek Mirek zaczął handlować słoikami na Allegro. Babcię konkurencja przegoniła, ale Helena nie dawała za wygraną. Przerzuciła się na uzdrawianie otwierała ludziom czakry, polecała napar z pokrzywy i modlitwę do św. Antoniego. Za swoje usługi nie brała ani złotówki. Przychodzili do niej ponoć najbogatsi w okolicy, choć w domu nie zostawało po nich śladu. Kiedy ją odwiedzaliśmy wtedy już schorowaną, w starym swetrze i kapciach z targu przywoziliśmy pierogi i kabanosy. Ale babcia kiwała głową: Nie rozpieszczajcie, dzieci, bo zapomnę, co to prawdziwe życie.
Zmarła nagle, zostawiając Pawłowi dom. Gdy przyjechaliśmy z żoną porządkować spadek, pierwsze, co stwierdziliśmy w spiżarni, to zapas jedzenia jak do końca świata. Niestety, wszystko przeterminowane choćby śliwki w czekoladzie o smaku prl. Okazało się, iż wdzięczni klienci obdarowywali ją wszystkim, ale babcia wolała suchą kromkę.
Największe zaskoczenie czekało nas, gdy otworzyliśmy te wiekopomne szafy. Wewnątrz prawdziwe muzeum lat 90-tych: kryształy, porcelana Ćmielów, pościel z Pewexu, a choćby kilka zapasowych tosterów Polsport wszystko w ilościach, iż można by obdarować połowę bloku. Dlaczego zamiast oszczędzać w złotówkach albo choćby w euro, babcia składowała całe majątki w rzeczach, które teraz nie są wiele warte? Do dziś tego nie pojmuję. Ale może w tym cała jej babcina logika człowiek nie musi wszystkiego rozumieć, zwłaszcza jeżeli to chodzi o głowę polskiej babci.











