Bez złotych rad Sasza dostał wiadomość w komunikatorze – zdjęcie kartki w kratkę. Niebieski długopi…

polregion.pl 12 godzin temu

Bez pouczeń

Do Zosi przyszła wiadomość na komunikator zdjęcie kartki w kratkę. Niebieski długopis, staranne pismo, na dole podpis: Twój dziadek, Stanisław. Obok krótki sms od mamy: Teraz już tak pisze. jeżeli nie chcesz, nie musisz odpisywać.

Zosia powiększyła zdjęcie, żeby dokładnie przeczytać.

Zośka, cześć.

Piszę do ciebie z kuchni. Mam tu nowego przyjaciela glukometr. Od rana narzeka, jak chleba za dużo. Lekarz zalecił więcej spacerów, ale gdzie ja będę chodził, skoro moi już wszyscy na Powązkach, a ty tam sobie w tej Warszawie. To spaceruję po wspomnieniach.

Dziś, na przykład, przypomniało mi się, jak w siedemdziesiątym dziewiątym z chłopakami rozładowywaliśmy wagony na dworcu. Dostawaliśmy grosze, ale można było czasem przemycić skrzynkę jabłek. Skrzynki były drewniane, z metalowymi uchwytami. Jabłka kwaśne, zielone, ale święto było. Jedliśmy je siedząc na workach z cementem, prosto z ręki. Ręce szare od pyłu, paznokcie czarne, zęby piszczały od piasku. A i tak smakowały jak nigdy.

Piszę tak, bez powodu. Nie dlatego, żeby cię pouczać. Ty masz swoje życie, ja mam wyniki krwi.

Jak będziesz chciała, napisz kiedyś, co tam u was z pogodą i na jakim etapie studia.

Twój dziadek Staszek.

Zosia uśmiechnęła się. Glukometr, badania. Na dole powiadomienie: Wysłane godzinę temu. Zdążyła już zadzwonić do mamy, nie odebrała. Czyli teraz już tak.

Przewinęła czat do góry. Ostatnie wiadomości od dziadka były sprzed roku krótkie głosowe z życzeniami i jedno: Jak tam nauka. Wtedy odpowiedziała emotką i zniknęła.

Teraz długo patrzyła na zdjęcie, w końcu otworzyła okno odpowiedzi.

Dziadku, cześć. U nas +3 i mokro. Sesja niedługo. Jabłka po 12 zł za kilo. Z jabłkami u nas kiepsko.

Zosia.

Zastanowiła się, skasowała Zosia, napisała tylko Wnuczka Zosia. i wysłała.

Po paru dniach mama przesłała nowe zdjęcie.

Zośka, dzień dobry.

Twój list przeczytałem trzy razy. Odpowiem trochę dłużej. Pogoda jak u ciebie, tylko bez hipsterskich kałuż. Rano śnieg, w południe chlapa, wieczorem lód. Już dwa razy prawie się wyłożyłem, ale widać jeszcze czas nie ten.

Jak już o jabłkach mowa opowiem ci o mojej pierwszej prawdziwej pracy. Miałem dwadzieścia lat, poszedłem do warsztatu. Produkowaliśmy części do wind. Huk na hali, kurz w powietrzu, wszechobecny brud. Miałem szare spodnie robocze, których nie dało się doprać, choćbyś nie wiem jak szorował. Palce poranione, paznokcie tłuste od smaru. Ale byłem dumny miałem przepustkę i przechodziłem przez portiernię jak dorosły.

Najlepsze nie były wypłaty, ale obiady. W stołówce lali barszcz do ciężkich talerzy, a jak człowiek przyszedł wcześniej, to jeszcze chleb dorzucili. Siadaliśmy z chłopakami do stołu i milczeliśmy. Nie dlatego, iż nie było o czym gadać, tylko brakowało sił. Łyżka wydawała się cięższa niż klucz francuski.

Ty pewnie siedzisz przy laptopie i myślisz, iż to archeologia. A ja się zastanawiam, czy byłem wtedy szczęśliwy, czy po prostu nie miałem na to czasu.

A powiedz mi, oprócz nauki pracujesz gdzieś? Czy teraz wszyscy tylko wymyślają start-upy?

Dziadek Staszek.

Zosia przeczytała tę wiadomość stojąc w kolejce po zapiekankę. Wokół jedni klęli, inni się kłócili, z głośnika darła się reklama. Złapała się na tym, iż wraca myślami do barszczu i ciężkich talerzy.

Napisała od razu, oparta o ladę:

Dziadku, cześć.

Pracuję jako kurierka. Noszę jedzenie, czasem jakieś papiery. Przepustki nie mam, tylko aplikację, która wiecznie się zacina. Ale też czasem muszę zjeść na pracy. Nie podkradam, tylko po prostu nie mam kiedy wrócić do domu. Biorę co tańsze, jem w bramie albo w samochodzie u kolegi. Też w ciszy.

Czy jestem szczęśliwa nie wiem. Też nie mam kiedy o tym pomyśleć.

Ale barszcz w stołówce brzmi dobrze.

Wnuczka Zosia.

Chciała jeszcze dodać coś o start-upach, ale stwierdziła, iż to za dużo tłumaczenia. Niech dziadek sam dopowie sobie resztę.

Następny list był nieoczekiwanie krótki.

Zośka, cześć.

Kurierka to już poważna sprawa. Teraz widzę cię inaczej nie dziewczynę przy komputerze, ale osobę w adidasach, która wiecznie gdzieś pędzi.

Jak już rozmawiamy o pracy, opowiem ci o moim dorabianiu na budowie. To było między zmianami w warsztacie, bo brakowało pieniędzy. Taszczyliśmy cegły na piąte piętro po drewnianych schodach. Kurz łaził wszędzie do nosa, oczu, uszu. Wieczorem wracałem, zdejmowałem buty, a z nich wysypywał się piach. Babcia twoja klęła, iż zniszczyłem jej cały linoleum.

Najdziwniejsze, iż z tego czasu najbardziej pamiętam nie zmęczenie, ale jeden szczegół. Był tam facet, na którego wszyscy mówili Marian. Zawsze przychodził pierwszy, siadał na odwróconym wiadrze i obierał ziemniaki nożem. Wrzucał do starego garnka, który sam przyniósł z domu. W południe stawiał garnek na kuchence i po całym piętrze unosił się zapach gotowanych kartofli. Jedliśmy je rękami, sypali solą z papierowego rożka. Smakowały najlepiej na świecie.

Siedzę teraz w kuchni, patrzę na worek ziemniaków spod Biedronki i myślę, iż to już nie to samo. Może to nie kwestia ziemniaków, tylko wieku.

A ty, co jesz, jak jesteś zmęczona? Nie z dostawy, tylko naprawdę.

Dziadek Staszek.

Zosia nie odpowiedziała od razu. Długo myślała, co powiedzieć o naprawdę. Przypomniało jej się, jak ostatniej zimy po dwunastogodzinnej zmianie kupiła w całodobowym sklepie pierogi, ugotowała je w garnku na wspólnej kuchni akademika, w którym ktoś przed nią gotował parówki. Pierogi się rozpadły, woda była szara, ale zjadła wszystko, stojąc przy oknie, bo nie miała stołu.

Dwa dni później napisała.

Dziadku, cześć.

Jak jestem bardzo zmęczona, najczęściej jem jajecznicę. Dwatrzy jajka, czasem z kiełbasą. Patelnia straszna, ale smaży. W akademiku nie ma Mariana, ale za to mam współlokatorkę, która stale coś przypala i klnie jak szewc.

Dużo piszesz o jedzeniu. Czy wtedy byłeś głodny czy teraz?

Wnuczka Zosia.

Po wysłaniu poczuła żal do ostatniego zdania. Wydawało jej się jakieś niepotrzebnie ostre. Ale już było za późno.

Odpowiedź przyszła szybciej niż zwykle.

Zośka.

Dobre pytanie z tym głodem. Byłem wtedy młody, wiecznie głodny. I nie tylko na zupę czy ziemniaki. Chciałem motocykl, nowe buty, własny pokój, żeby nie słuchać, jak ojciec kaszle nocami. Chciałem, żeby mnie szanowali. Żeby wejść do sklepu i nie liczyć drobnych w kieszeni. Żeby dziewczyny patrzyły, a nie omijały.

Teraz jem normalnie. Lekarz i tak krzyczy, iż za dużo. Piszę o jedzeniu, bo łatwiej je opisać niż wstyd.

Jak już pytałaś, opowiem jedną historię. Bez morału jak lubisz.

Miałem dwadzieścia trzy lata. Już wtedy spotykałem się z twoją prawie-babcią, ale nie było nam lekko. W warsztacie szukali ludzi do brygady, która miała pojechać na Śląsk. Dobre pieniądze, można było za dwa lata uzbierać na samochód. Zachłysnąłem się wizją wrócę, kupię malucha i będę woził ją po mieście.

Ale był jeden kłopot. Twoja babcia nie chciała jechać. Miała tu chorą matkę, pracę, przyjaciółki. Powiedziała, iż by nie wytrzymała ciemności i zimna. Ja jej odpowiedziałem, iż mnie hamuje. Że jak kocha, powinna wesprzeć. Powiedziałem ostrzej, nie będę ci cytował.

Pojechałem sam. Po pół roku przestaliśmy do siebie pisać. Wróciłem po dwóch latach z pieniędzmi i samochodem. A ona już miała innego. Przez długi czas opowiadałem wszystkim, iż mnie zdradziła. Że dla niej się starałem, a ona

Prawda była taka, iż wybrałem pieniądze i blachę, nie człowieka. I jeszcze długo udawałem, iż to była jedyna słuszna decyzja.

Taki miałem apetyt wtedy.

Pytałaś, co czułem? Pewnie czułem się istotny i miałem rację. A potem przez lata udawałem, iż nic nie czuję.

Jeśli nie chcesz odpisać, zrozumiem. Wiem, iż masz teraz inne sprawy niż wspominki staruszka.

Dziadek Staszek.

Zosia czytała kilkakrotnie. Słowo wstyd utkwiło jej gdzieś głęboko. Złapała się na tym, iż szuka w tych zdaniach usprawiedliwienia, ale dziadek go nie dawał.

Otworzyła nowe okno wiadomości, napisała Żałujesz, skasowała. Napisała A gdybyś został, skasowała. Wysłała coś zupełnie innego.

Dziadku, cześć.

Dziękuję, iż to napisałeś. Nie wiem, co odpowiedzieć. W domu mówi się o babci tak, jakby zawsze była tylko babcią, żadnych alternatyw.

Nie osądzam cię. Sama niedawno wybrałam pracę zamiast kogoś. Miałam chłopaka. Właśnie wtedy zatrudnili mnie jako kurierkę, zaczęli dawać dobre zmiany. Ciągle byłam w trasie. On mówił, iż się nie widujemy, iż żyję w telefonie, iż jestem zmęczona i fukam na niego. Odpowiadałam, żeby się przemęczył, potem będzie lepiej.

W końcu powiedział, iż ma dość czekania. Ja, iż to jego problem. Odpowiedziałam też ostrzej, nie będę ci cytowała.

Teraz, kiedy wracam do akademika o jedenastej, podgrzewam jajecznicę i myślę, iż też wybrałam pieniądze i dostawę zamiast człowieka. I tak samo udaję, iż to była dobra decyzja.

Chyba to rodzinne.

Zosia.

List od dziadka tym razem był już nie na kratkowanej kartce, ale w linię. Mama przysłała wiadomość głosową skończył zeszyt.

Zośka,

Ładnie napisałaś o tym rodzinnym. U nas w ogóle wszystko zrzuca się na przodków. Pije bo dziadek pił. Krzyczy bo babka była surowa. Ale tak naprawdę za każdym razem człowiek sam wybiera. Tylko czasem łatwiej udawać, iż to dziedziczność strach się przyznać.

Jak wróciłem wtedy ze Śląska, myślałem, iż zaczynam nowe życie. Samochód, pokój w akademiku, w kieszeni pieniądze. A wieczorami siadałem na tapczan i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Koledzy się rozjechali, w warsztacie zmienił się majster, w domu czekał kurz i stary tranzystor.

Kiedyś pojechałem pod dom, gdzie mieszkała ta twoja niedoszła babcia. Stałem po drugiej stronie ulicy, patrzyłem w okna. W jednym światło, w drugim ciemno. Stałem tak, aż zmarzłem. W końcu zobaczyłem, jak wychodzi z wózkiem. Obok szedł facet, trzymał ją pod ramię. Śmiali się, coś rozmawiali. Schowałem się za drzewo jak dzieciak. Patrzyłem, aż zniknęli za rogiem.

Wtedy pierwszy raz zrozumiałem, iż nikt mnie nie zdradził. Po prostu ja wybrałem swoją drogę, ona swoją. Ale przyznać się do tego umiałem dopiero po dziesięciu latach.

Piszesz, iż wybrałaś pracę zamiast chłopaka. Może wybrałaś siebie, nie pracę. Może teraz musisz siebie wyciągnąć z długów, a kino nie jest najważniejsze. To nie grzech ani cnota. Po prostu fakt.

Najgorsze, iż tak rzadko potrafimy powiedzieć komuś prosto: w tym momencie potrzebuję tego bardziej niż ciebie. Zaczynamy opakowywać w piękne słowa, a potem wszyscy są źli.

Nie musisz po tym lecieć i go odzyskiwać. choćby nie wiem, czy warto. Może kiedyś staniesz pod czyimś oknem i zrozumiesz, iż dało się powiedzieć szczerze.

Stary twój dziadek Staszek.

Zosia siedziała na parapecie w korytarzu akademika, telefon grzał dłoń. Za oknem auta ślizgały się po kałużach, ktoś palił na schodkach. W pokoju obok dudniła muzyka.

Długo myślała, co napisać. Przypomniała sobie, jak sama stała pod oknem byłego, kiedy już nie odbierał telefonu. Patrzyła na firanki, na światło, myślała, iż za chwilę podejdzie, odsłoni, zobaczy ją. Nie podszedł.

Napisała:

Dziadku, cześć.

Ja też stałam pod oknem. I też się schowałam, jak zobaczyłam ją z kimś innym. Miał plecak, ona siatkę z zakupami. Śmiali się. Wtedy myślałam, iż wymazali mnie z życia. A teraz czytam ciebie i myślę, iż może to ja się wycofałam.

Piszesz, iż zrozumiałeś po dziesięciu latach. Mam nadzieję, iż mi pójdzie szybciej.

Nie będę go szukać. Może po prostu przestanę udawać, iż mnie to nie rusza.

Wnuczka Zosia.

Następny list był o czym innym.

Zośka,

Pytałaś kiedyś o pieniądze. Nie odpowiedziałem, bo nie wiedziałem z której strony zacząć. Spróbuję.

W naszej rodzinie temat pieniędzy był jak pogoda. Rozmawiało się tylko, gdy już było naprawdę źle albo nagle dobrze. Twój tata, jak był mały, raz zapytał, ile zarabiam. Akurat miałem wtedy dodatkową fuchę, było więcej niż zwykle. Powiedziałem sumę z dumą. Oczy mu się zaokrągliły: O rany, tatuś, jesteś bogaty. Zaśmiałem się, iż to grosze.

Minęły dwa lata, przyszła redukcja. Wypłata o połowę mniejsza. Pytał znowu: A ile teraz masz. Powiedziałem, a on: Dlaczego tak mało? Gorzej pracujesz? Wtedy się na niego wydarłem co ty wiesz dzieciaku. Po latach myślę, iż wtedy nauczył się, iż nie zapytuje się mnie o pieniądze. Nigdy więcej nie pytał. Po cichu dorabiał, nosił paczki sąsiadom, naprawiał komuś rower. A ja ciągle czekałem, iż sam się domyśli, jak ciężko.

Nie chcę powtarzać tego błędu z tobą. Więc mówię wprost. Emeryturę mam niewielką, ale na leki i jedzenie mi starcza. Na auto już nie uzbieram, zresztą po co mi. Teraz oszczędzam tylko na nowe zęby, stare już nie dają rady.

A ty jak sobie radzisz? Nie pytam po to, by przesłać ci pieniądze i skarpetki. Po prostu chcę wiedzieć, czy chodzisz głodna, nie śpisz na podłodze.

Jeśli ci głupio odpowiadać napisz tylko ok, zrozumiem.

Dziadek Staszek.

Zosi ścisnęło się coś w środku. Przypomniała sobie, jak w dzieciństwie pytała tatę o pieniądze, a on żartował lub się denerwował. Wyrosła przekonana, iż temat pieniędzy to wstydliwa tajemnica.

Długo patrzyła w tekst, potem napisała:

Dziadku, cześć.

Nie chodzę głodna i nie śpię na podłodze. Mam łóżko, choćby z materacem, nie najlepszym, ale ok. Sama opłacam akademik, tak się z tatą umówiłam. Czasem mam zaległości, ale na razie mnie nie wyrzucili.

Na jedzenie starcza, dopóki nie wydaję na bzdury. Jak krucho, biorę dodatkową zmianę, potem chodzę jak zombie. To mój wybór.

Trochę mi głupio, iż pytasz ty, a ja nie pytam ciebie. Ale już odpowiedziałeś.

Prawdę mówiąc, łatwiej by mi było, gdybyś napisał jest ok i tyle. Ale wiem, iż to ja się przyzwyczaiłam, iż dorośli nic nie mówią.

Dzięki, iż napisałeś o pieniądzach.

Zosia.

Pokręciła telefon w ręce, dopisała drugą wiadomość:

Jeśli kiedyś będziesz chciał coś sobie kupić, a emerytura nie starczy, napisz. Nie obiecuję, iż dam radę, ale chętnie będę wiedzieć.

Wysłała, zanim zdążyła się rozmyślić.

Odpowiedź dziadka była najbardziej rozedrgana ze wszystkich. Litery krzywe, linie uciekały w bok.

Zośka.

Przeczytałem o tym, iż gdyby mi zabrakło. Najpierw chciałem napisać, iż niczego nie potrzebuję, iż stary jestem i wystarczy mi tabletka. Potem chciałem zażartować, iż może poproszę cię kiedyś o nowy motor.

A potem pomyślałem, iż całe życie tylko udawałem mocnego chłopa, co wszystko zrobi sam. Zostałem starcem, który boi się poprosić wnuczkę choćby o drobiazg.

Więc powiem ci tak: jeżeli kiedyś będę naprawdę czegoś potrzebował, postaram się nie udawać, iż to nieważne. Ale na razie mam herbatę, chleb, tabletki i twoje listy. Nie popisuję się tylko wyliczam.

Wiesz, kiedyś myślałem, iż jesteśmy z innych światów. Ty z tymi swoimi aplikacjami, ja z radiem. A teraz czytam ciebie i widzę, jak dużo mamy wspólnego. Obydwoje nie lubimy prosić. Obydwoje udajemy, iż nam wszystko jedno, choć nie jest.

Jak już tak szczerze, powiem ci coś, o czym się w rodzinie nie mówi. Nie wiem, jak to odbierzesz.

Jak urodził się twój tata, nie byłem gotowy. Właśnie dostałem nową pracę, dali nam pokój, myślałem, iż już będzie dobrze. A tu nagle dziecko. Płacz, pieluchy, bezsenne noce. Wracałem z nocnej zmiany, on darł się wniebogłosy. Złościłem się. Raz, jak nie przestawał, rzuciłem butelką o ścianę, aż się roztrzaskała. Mleko pociekło po panelach. Babcia płakała, dziecko wyło, ja stałem i myślałem, iż mam ochotę wyjść i nie wracać.

Nie wyszedłem. Latami udawałem, iż to tylko nerwy. W rzeczywistości byłem o krok od ucieczki. Gdybym to zrobił, nie czytałabyś dziś tych listów.

Nie wiem, czy powinnaś to wiedzieć. Może po to, żebyś nie myślała, iż twój dziadek to bohater. Jestem zwykłym facetem, któremu zdarzało się chcieć wszystko rzucić.

Jeśli po tym nie będziesz już chciała pisać, rozumiem.

Dziadek Staszek.

Zosia czytała, czując chłód i gorąco na przemian. Obraz dziadka, który wydawał się zawsze jak ciepły koc i zapach pomarańczy na Wigilię, nagle nabrał innych barw. Zmęczony facet w pokoju, płaczące dziecko, mleko na podłodze.

Przypomniała sobie, jak latem podczas pracy w kolonii nakrzyczała na marudzącego chłopca. Ujęła go za ramiona za mocno, chłopiec się przestraszył i rozpłakał. Ona potem całą noc nie mogła zasnąć, myślała, iż byłaby fatalną matką.

Długo siedziała nad pustym oknem wiadomości. Palce napisały: Nie jesteś potworem. Skasowała. I tak cię kocham. Skasowała, zawstydzona.

W końcu wysłała:

Dziadku, cześć.

Nie przestanę pisać. Nie wiem, co powinno się na takie coś odpowiedzieć u nas się o tym nie mówi. U nas albo się milczy, albo żartuje.

Latem byłam wychowawczynią na kolonii. Był chłopiec, który ciągle płakał i chciał wracać do domu. W końcu nakrzyczałam na niego tak, iż się przestraszył. Potem całą noc się gryzłam, iż jestem złym człowiekiem i matką nie powinnam zostać.

To co napisałeś, nie zmienia mojego stosunku do ciebie. Sprawia, iż naprawdę żyjesz.

Nie wiem, czy kiedyś umiałabym równie szczerze porozmawiać z własnym dzieckiem, jeżeli je będę miała. Ale może przynajmniej nie będę udawać, iż zawsze mam rację.

Dziękuję, iż wtedy nie wyszedłeś.

Zosia.

Wysłała i po raz pierwszy złapała się na tym, iż nie czeka na odpowiedź z obowiązku, tylko jakby na coś swojego.

Odpowiedź przyszła po dwóch dniach. Tym razem mama nie przysłała zdjęcia, tylko napisała: Dziadek nauczył się wysyłać nagrania na komunikatorze, ale prosił, żeby cię nie przestraszyć. Przepisałam.

Na ekranie pojawiło się nowe zdjęcie kartki w linie.

Zośka,

Przeczytałem i pomyślałem, iż jesteś odważniejsza niż ja w twoim wieku. Przynajmniej się przyznajesz, iż boisz. Ja wtedy udawałem twardziela, a potem tłukłem meble.

Nie wiem, czy będziesz dobrą matką. I ty nie wiesz. To się sprawdza dopiero w trakcie. Ale sam fakt, iż zadajesz sobie to pytanie, już wiele znaczy.

Napisałaś, iż dla ciebie jestem żywy. To chyba największy komplement, jaki mi dano. Zwykle mówią o mnie uparty, krnąbrny, wredny. A żywy nikt nie mówił już dawno.

Na koniec chcę o coś zapytać. Od dawna się wahałem. jeżeli kiedyś znudzi cię moje pisanie, daj znać. Mogę pisać rzadziej albo tylko na święta. Nie chcę cię przygnieść swoim życiem.

A jakbyś kiedyś chciała po prostu wpaść bez powodu będę w domu. Mam wolny stołek i czystą filiżankę. Czystą sprawdziłem.

Twój dziadek Staszek.

Zosia uśmiechnęła się przy słowach o filiżance. Wyobraziła sobie kuchnię, stołek, glukometr na stole, worek ziemniaków przy kaloryferze.

Otworzyła aparat, zrobiła zdjęcie swojej akademickiej kuchni. Na zdjęciu: zlew z naczyniami, straszna patelnia, paczka jajek, czajnik, dwa kubki, w tym jeden bez ucha. Słoik z widelcami na parapecie.

Wysłała zdjęcie dziadkowi i dopisała:

Dziadku, cześć.

To moja kuchnia. Stołki są dwa, kubków też nie brakuje. jeżeli kiedyś zechcesz wpaść po prostu tak, też będę na miejscu. No, prawie w domu.

Nie znudziłeś mi się. Czasem nie wiem, co odpisać, ale to nie znaczy, iż nie czytam.

Możesz opowiedzieć nie o pracy i jedzeniu. O czymś, czego nigdy nikomu nie mówiłeś, nie dlatego, iż wstyd, tylko po prostu nie było komu.

Z.

Wysłała i poczuła, iż właśnie zadała pytanie, którego nie postawiła nigdy żadnemu dorosłemu w rodzinie.

Telefon odłożyła, ekran zgasł. Na kuchence cicho skwierczała jajecznica. W pokoju obok ktoś się śmiał. Zosia przewróciła jajka, zgasiła gaz i usiadła na swoim stołku, wyobrażając sobie, jak kiedyś po drugiej stronie siada dziadek, z kubkiem w ręku, i tym razem opowiada historię na żywo, nie z kartki.

Nie wiedziała, czy dziadek faktycznie przyjedzie i co będzie dalej. Ale świadomość, iż jest ktoś, komu można wysłać zdjęcie bałaganu w kuchni i zapytać a co tam u ciebie?, była jak ciepły ścisk w piersi.

Spojrzała na czaty, wszystkie te zdjęcia w kratkę, w linię, swoje zwykłe Z. Potem odłożyła telefon ekranem do dołu, żeby nic nie przegapić, jeżeli przyjdzie powiadomienie.

Jajecznica wystygła, ale zjadła ją do końca, powoli, tak jakby dzieliła się nią z kimś jeszcze.

Słów kocham w tym wszystkim nie było. Ale między wierszami już coś się pojawiło, i to na razie obu wystarczało.

Idź do oryginalnego materiału