Bez pouczania
Do Sary przyszła wiadomość na Messengerze zdjęcie kartki w kratkę. Niebieski długopis, równy pochyły charakter pisma, na dole podpis: Twój dziadek, Włodek. Obok krótka notatka od mamy: On teraz tak. jeżeli nie chcesz, nie musisz odpisywać.
Sara przewinęła zdjęcie, powiększyła, żeby rozczytać rzędy liter.
Cześć, Sareńko.
Piszę do Ciebie z kuchni. Mam tu nowego kumpla glukometr. Od rana burczy, jak za dużo chleba. Lekarz nakazał więcej spacerować, ale gdzie ja będę chodził, jak moi znajomi już tylko na cmentarzu, a Ty daleko w tym swoim Poznaniu. Więc chodzę sobie we wspomnieniach.
Dziś, na przykład, przypomniało mi się, jak w siedemdziesiątym dziewiątym razem z chłopakami rozładowywaliśmy wagony na dworcu. Płacili grosze, ale można było podwędzić kilka skrzynek jabłek. Skrzynki drewniane, z metalowymi uchwytami. Jabłka kwaśne, zielone, ale i tak święto. Jadło się na miejscu, na hałdzie cementu, ręce szare, paznokcie w kurzu, zęby zgrzytały od piachu. A i tak smakowało jak najlepsze.
Po co to piszę? adekwatnie do niczego. Po prostu się przypomniało. Nie zamierzam Cię uczyć życia. Ty masz swoje, ja swoje badania krwi.
Jak chcesz, napisz, jak tam u Was z pogodą i studiami.
Twój dziadek Włodek.
Sara uśmiechnęła się. Glukometr, analizy. Na dole Messenger: Wysłane godzinę temu. Zdołała już zadzwonić do mamy, nie odebrała. Więc to naprawdę już teraz tak.
Przewinęła czat. Ostatnie wiadomości od dziadka pochodziły sprzed roku: krótkie nagrania z życzeniami, jedno jak nauka. Wtedy Sara odpowiedziała buźką i zamilkła.
Teraz długo patrzyła na zdjęcie kratkowanej kartki, w końcu otworzyła okno odpowiedzi.
Cześć, Dziadku. Pogoda plus trzy i plucha. Koło się zbliża. Jabłka dzisiaj kosztują sto czterdzieści za kilo. Z jabłkami u nas kiepściutko.
Sara.
Zastanowiła się, skasowała Sara, napisała po prostu: Wnuczka Sara. i wysłała.
Kilka dni później mama przesłała nowe zdjęcie.
Cześć, Sareńko.
Przeczytałem Twój list trzy razy. Postanowiłem odpowiedzieć porządnie. U nas pogoda taka jak u Ciebie, tylko bez tych Twoich modnych kałuż. Rano śnieg, w południe woda, wieczorem skorupa lodu. Już dwa razy omal się nie wywaliłem, ale chyba jeszcze nie mój czas.
A skoro wspomniałaś o jabłkach, opowiem Ci o mojej pierwszej prawdziwej pracy. Miałem dwadzieścia lat, zatrudniłem się w warsztacie. Robiliśmy części do wind. Hałas, wiecznie coś wali, w powietrzu kurz. Noszę szare spodnie robocze, których domyć się nie dało, choćbyś nie wiem jak trzymał. Palce pełne zadrapań, paznokcie w smarze. Ale dumny byłem, iż mam przepustkę, iż przechodzę przez bramę jak dorosły.
Najlepszy jednak był nie zarobek, ale obiad. W stołówce nalewali barszcz do ciężkich talerzy, a jak przyszedłeś wcześnie, można było dorwać dodatkowy kawałek chleba. Siadaliśmy z chłopakami przy stole i milczeliśmy. Nie dlatego, iż nie było o czym rozmawiać. Nie mieliśmy siły. Łyżka w ręce cięższa niż klucz francuski.
Teraz pewnie siedzisz przy laptopie i myślisz, iż to archeologia. A ja sobie przypominam i zastanawiam się: byłem wtedy szczęśliwy, czy po prostu nie miałem czasu się zastanowić.
A Ty co tam robisz, poza studiami? Pracujesz gdzieś? Czy teraz to już tylko start-upy i freelancing?
Dziadek Włodek
Sara przeczytała, stojąc w kolejce po zapiekankę. Wokół ktoś się kłócił, ktoś przeklinał, z głośnika kasowego jazgotała reklama. Złapała się na tym, iż wraca do fragmentu o barszczu i ciężkich talerzach.
Od razu odpisała, oparta o ladę.
Dziadku, cześć.
Pracuję jako kurierka. Noszę jedzenie, czasem dokumenty. Przepustki nie mam, tylko aplikację, która się ciągle zacina. Ale i ja jem czasem na robocie, nie to, iż kradnę, po prostu nie zdążam do domu. Biorę coś taniego, jem w klatce albo w aucie u znajomego. Też po cichu.
Czy szczęśliwa nie wiem. Też nie mam czasu się zastanawiać.
Ale barszcz w stołówce brzmi dobrze.
Wnuczka Sara.
Chciała jeszcze dopisać o start-upach, ale uznała, iż to za dużo tłumaczenia. Niech dziadek sobie sam wyobrazi.
Następny list przyszedł niespodziewanie krótki.
Cześć, Sareńko.
Kurierka to poważna sprawa. Od razu inaczej sobie Ciebie wyobraziłem. Nie jak dziewczynę za kompem, tylko człowieka w trampkach, który wciąż gdzieś goni.
Jak już mówisz o pracy, to opowiem Ci, jak dorabiałem na budowie. To było między zmianami w warsztacie, kiedy brakowało kasy. Tachaliśmy cegły na piąte piętro po drewnianych schodach. Kurz w nosie, oczach, uszach. Wieczorem wracałem, zdejmowałem buty, a z nich wysypywał się piasek. Babcia się złościła, iż cały linoleum jej porysowałem.
Najdziwniejsze, iż z tamtych lat pamiętam nie zmęczenie, ale jedną rzecz. Na budowie pracował facet Woźniak. Każdy mówił na niego po prostu Stasiek. Zawsze przychodził wcześniej, siadał na odwróconym wiadrze i nożem obierał ziemniaki. Wrzucał je do starego gara, który przynosił z domu. W południe stawiał ten garnek na farelce i zapach gotowanych kartofli rozchodził się po całym piętrze. Jadło się rękami, solą z papierowego rożka. I wydawało mi się, iż nie ma na świecie nic lepszego.
Siedzę teraz w kuchni, patrzę na worek ziemniaków ze sklepu i myślę, iż już nie te ziemniaki. Może to nie kwestia ziemniaków, a wieku?
A Ty? Co jesz, gdy Cię naprawdę zmęczy? Nie z dostawy tak naprawdę.
Dziadek Włodek.
Sara nie odpisała od razu. Myślała, co napisać o prawdziwym jedzeniu. Przypomniała sobie, jak ostatniej zimy, po dwunastu godzinach, kupiła pierogi w nocnym sklepie, ugotowała je w starej kuchennej garnku, w którym ktoś wcześniej gotował parówki. Pierogi się rozpadły, woda była szara, ale zjadła wszystko, stojąc przy oknie, bo nie było stołu.
Dwa dni później napisała.
Dziadku, cześć.
Jak padam robię jajecznicę. Dwa-trzy jaja, czasem z kiełbasą. Patelnia tragiczna, ale działa. W akademiku nie mamy Staśka, za to jest sąsiad, który co chwila coś przypala i klnie jak szewc.
Piszesz dużo o jedzeniu. Byłeś głodny wtedy czy jesteś teraz?
Wnuczka Sara.
Zaraz po wysłaniu pożałowała ostatniego zdania. Wydawało się zbyt ostre. Ale za późno na poprawki.
Odpowiedź przyszła szybciej niż zwykle.
Sareńko.
Z tym głodem zapytałaś celnie. Byłem młody, ciągle głodny. I nie tylko zupy i ziemniaków. Chciałem motorynki, nowych trampek, własnego pokoju, żeby nie słyszeć, jak tata kaszle po nocach. Chciałem szacunku. Żeby wejść do sklepu i nie liczyć drobnych w kieszeni. Żeby dziewczyny patrzyły, a nie mijały.
Teraz jem normalnie. Lekarz wciąż burczy, iż choćby za dużo. Piszę często o jedzeniu, bo tego można się dotknąć, łatwiej zapamiętać smak zupy niż wstyd.
Skoro pytasz, opowiem Ci coś. Bez komentarza, jak lubisz.
Miałem dwadzieścia trzy lata. Wtedy już byłem z Twoją niedoszłą babcią, ale wszystko było niepewne. W warsztacie ogłosili nabór do brygady na Północ. Płacili dobre pieniądze, można było odłożyć na malucha. Już widziałem siebie, jak wracam i wożę ją po mieście.
Tylko iż babcia nie chciała wyjeżdżać. Miała tu chorą matkę, robotę, koleżanki. Powiedziała, iż nie wytrzyma tam ciemności, zimna. A ja wypaliłem jej, iż mnie trzyma w miejscu. Że jak kocha, powinna mnie wspierać. Powiedziałem gorzej, ale nie będę cytował.
Wyjechałem sam. Po pół roku przestaliśmy do siebie pisać. Wróciłem po dwóch latach z pieniędzmi, z maluchem. Ona była już za mąż. Opowiadałem potem wszystkim, iż mnie zdradziła. Że dla niej, a ona
Ale prawda jest taka, iż sam wybrałem pieniądze i metal, zamiast człowieka. I długo udawałem, iż to jedyny słuszny wybór.
Taki miałem apetyt.
Pytałaś, co czułem. Chyba wtedy ważność i słuszność. Potem przez lata udawałem, iż nie czuję nic.
Nie musisz odpisywać, jeżeli nie chcesz. Wiem, iż masz teraz inne sprawy niż starcze historie.
Dziadek Włodek.
Sara czytała to kilka razy. Słowo wstyd zaczepiło ją jak haczyk. Złapała się na tym, iż szuka usprawiedliwienia między wierszami, ale dziadek żadnego nie dawał.
Otworzyła nowe okno rozmowy, wpisała Żałujesz?, skasowała. Napisała A gdybyś został?, znów wykasowała. W końcu wysłała coś zupełnie innego.
Dziadku, cześć.
Dzięki, iż to napisałeś. Nie wiem, co powiedzieć. W rodzinie o babci zawsze mówili tak, jakby od zawsze była tylko babcią, bez innych wersji.
Nie oceniam Cię. Ja ostatnio też zamieniłam człowieka na zarobek. Miałam chłopaka. Akurat zaczęłam pracę jako kurierka, dostawałam coraz lepsze zmiany. Cały czas tylko robota. Mówił, iż się nie widujemy, iż ciągle jestem w telefonie, iż się złoszczę, bo jestem zmęczona. Mówiłam, żeby wytrzymał, bo później będzie łatwiej.
W końcu powiedział, iż się poddaje. Ja odpowiedziałam, iż to jego problem. Też, przyznam, mocniej, niż wypada.
Teraz, jak wracam do akademika o jedenastej, smażę jajka i myślę, iż znów wybrałam kasę i robotę zamiast kogoś. I też udaję, iż to w porządku.
Może to rodzinne.
Sara.
List od dziadka przyszedł tym razem nie na kratkowanej, a na liniowanej kartce. Mama nagrała notatkę głosową: Notatnik mu się skończył.
Sareńko.
Dobrze napisałaś o tym rodzinnym. U nas w ogóle wszystko się zrzuca na rodzinę. Pije bo dziadek pił. Krzyczy bo babka ostra. A za każdym razem i tak się wybiera samemu. Po prostu łatwiej mówić, iż dziedziczne, niż przyznać się do strachu.
Wracając z Północy, byłem pewien, iż teraz zacznę żyć. Maluch, pokój w akademiku, trochę kasy. Wieczorami siadałem na łóżku i nie wiedziałem, co ze sobą zrobić. Koledzy rozjechani, majster zmieniony, w domu czekał tylko kurz i stary radioodbiornik.
Raz podjechałem pod blok Twojej niedoszłej babci. Stałem po drugiej stronie ulicy, patrzyłem na okna. Tu światło, tam ciemno. Stałem, aż zmarzłem. W końcu zobaczyłem, jak wyszła z wózkiem, obok facet, trzymał ją pod ramię. O czymś rozmawiali, śmiali się. Schowałem się za drzewem jak dzieciak. Patrzyłem, aż zniknęli za rogiem.
Wtedy po raz pierwszy zrozumiałem, iż mnie nikt nie zdradził. Sam wybrałem, a ona wybrała swoje. Tylko przez lata nie chciałem się do tego przyznać.
Piszesz, iż wybrałaś pracę zamiast chłopaka. Może wybrałaś siebie. Może ważniejsze dla Ciebie teraz jest wyjść z długów niż kino we dwoje. To nie jest ani dobre, ani złe. To po prostu fakt.
Wiesz, co najtrudniejsze? Że rzadko potrafimy powiedzieć wprost: teraz to dla mnie ważniejsze niż Ty. Zamiast tego krążymy po pięknych słówkach, a potem wszyscy się obrażają.
To nie po to, żebyś leciała go odzyskiwać. Nie wiem, czy warto. Może kiedyś, jak staniesz pod czyimś oknem, zrozumiesz, iż można było powiedzieć prosto.
Stary Twój dziadek Włodek.
Sara siedziała na parapecie w akademiku, telefon rozgrzewał dłonie. Za oknem auta rozbijały się na kałużach, ktoś palił na schodach. Z drugiego pokoju waliły basy.
Długo myślała nad odpowiedzią. Przypomniało jej się, jak kiedyś stała pod oknem byłego, gdy już nie odbierał telefonu. Patrzyła na firankę, na światło, liczyła, iż podejdzie do okna. Nie podszedł.
Napisała.
Dziadku, cześć.
Też stałam pod oknem. Też się chowałam, jak wyszedł z jakąś dziewczyną. On z plecakiem, ona z torbą zakupów. Śmiali się. Wtedy myślałam, iż mnie wykreślono z życia. Dziś czytam i myślę, iż może to ja się wykreśliłam.
Ty zrozumiałeś po dziesięciu latach. Może mi szybciej pójdzie.
Nie pobiegnę już go szukać. Ale może przestanę udawać, iż mi wszystko jedno.
Wnuczka Sara.
Następny list był już o czym innym.
Sareńko.
Pytałaś kiedyś o pieniądze. Nie odpowiedziałem, bo nie wiedziałem, z której strony. Spróbuję teraz.
U nas o pieniądzach mówiono tylko wtedy, jak było źle, albo nieoczekiwanie dobrze. Twój tata, jak był mały, kiedyś zapytał, ile zarabiam. Właśnie dorobiłem inną robotą, wyszło więcej. Powiedziałem z dumą kwotę. On się zdziwił: Ty jesteś bogaty. Parsknąłem śmiechem, iż co to za bogactwo.
Minęły dwa lata, zredukowali mnie. Wypłata mniejsza o połowę. Tata znów zapytał: A ile teraz?. Rzuciłem liczbę, on: Dlaczego tak mało? Przecież nie umiesz pracować?. Krzyknąłem na niego, iż nie wie, co mówi, iż jest niewdzięczny. On tylko chciał zrozumieć cyfry.
Jeszcze długo wspominałem tę rozmowę i wiedziałem, iż nauczyłem go nie pytać o pieniądze. Urósł, nie pytał. Sam dorabiał, nosił kartony, naprawiał sprzęty. A ja wciąż zakładałem, iż musi domyśleć się, jak mi ciężko.
Tobie nie chcę tego powtórzyć. Więc powiem wprost. Emerytura marna, ale na leki i jedzenie wystarcza. Na auto już nie uzbieram, nie trzeba. Teraz odkładam tylko na zęby, bo stare się sypią.
A Ty? Radzisz sobie? Nie pytam po to, by przelewać Ci kasę czy kupować skarpety, tylko żeby wiedzieć, czy nie chodzisz głodna i czy nie śpisz na podłodze.
Jak wolisz nie odpowiadać, napisz ok, zrozumiem.
Dziadek Włodek.
Sara poczuła ścisk w środku. Przypomniała sobie, jak jako dziecko pytała taty, ile zarabia, a w odpowiedzi słyszała tylko żarty albo zirytowane kiedyś się dowiesz. Wyrastała z przekonaniem, iż pieniądze są czymś wstydliwym.
Długo patrzyła na ekran, w końcu napisała:
Dziadku, cześć.
Nie chodzę głodna, nie śpię na podłodze. Mam łóżko, choćby z materacem, nie najlepszym, ale jest. Sama płacę za akademik, bo się z tatą tak umówiliśmy. Czasem się spóźniam z czynszem, ale nikt mnie jeszcze nie wyrzucił.
Żarcia wystarcza, byle nie szaleć na zakupach. Jak krucho, biorę więcej zmian i potem chodzę jak zombie. To moja decyzja.
Jest mi głupio, iż Ty pytasz wprost, a ja Tobie nie. Ale już odpisałeś.
Wolałabym, żebyś po prostu napisał wszystko w porządku, bez tłumaczeń. Ale rozumiem, iż ja tak wyrosłam, iż dorośli nic nie mówią.
Dzięki, iż napisałeś o pieniądzach.
Sara.
Długo obracała telefon w dłoniach, w końcu dopisała jeszcze:
Jakby Ci kiedyś czegoś brakowało, a emerytura nie starczy napisz. Nie obiecuję, iż dam radę, ale przynajmniej będę wiedzieć.
I wysłała, zanim zmieniła zdanie.
List dziadka przyszedł najbardziej koślawy ze wszystkich. Litery tańczyły, linijki schodziły na bok.
Sareńko.
Przeczytałem o tym jakby brakowało. Chciałem napisać, iż niczego mi nie potrzeba, iż mam wszystko, iż jestem stary i tylko tabletki mi w głowie. Potem miałem zażartować, iż tylko motorynki mi potrzeba.
Ale pomyślałem, iż całe życie grałem twardziela, co sam wszystko załatwi. A na koniec zostałem starym dziadem, który boi się poprosić wnuczkę o drobnostkę.
Więc tak: jak będzie coś naprawdę nie do przeskoczenia, nie będę udawał, iż to nic. Ale na razie mam herbatę, chleb, tabletki i Twoje listy. To nie patos, to lista.
Wiesz, zawsze myślałem, iż jesteśmy zupełnie inni. Ty z tymi swoimi aplikacjami, ja ze swoim radiem. Teraz czytam Ciebie i widzę, iż mamy sporo wspólnego. Też nie lubimy prosić. Też udajemy, iż nam nic nie jest, choć jest.
Jak jesteśmy już w szczerości, powiem jeszcze jedno. W rodzinie się nie mówi o takich rzeczach. Nie wiem, co z tym zrobisz.
Kiedy urodził się Twój tata, byłem zupełnie niegotowy. Praca, przydział na pokój w akademiku, myślałem, iż w końcu będzie lepiej. A tu dziecko. Krzyk, pieluchy, nieprzespane noce. Wracałem z nocnej zmiany, a on wrzeszczał. Wkurzałem się. Raz, gdy nie przestawał, rzuciłem butelką o ścianę tak, iż się rozbiła. Mleko rozlało się po podłodze. Babcia płakała, dziecko wrzeszczało, a ja myślałem, żeby wyjść i nie wracać.
Nie odszedłem. Ale przez lata udawałem, iż to był tylko nerw. A tak naprawdę byłem blisko, by uciec. Gdybym uciekł, nie czytałabyś tych listów.
Nie wiem, po co to Ci. Może, żebyś wiedziała, iż Twój dziadek to nie wzór. Jestem zwykłym człowiekiem, czasem miałem ochotę wszystko rzucić.
Jak po tym stwierdzisz, iż nie chcesz już pisać, zrozumiem.
Dziadek Włodek.
Czytając, czuła na zmianę zimny pot i gorąco. Dziadek, który w jej pamięci był czymś jak ciepły koc i zapach mandarynek w Wigilię, nagle stał się żywym człowiekiem. Zmęczony facet w akademiku, dziecko, rozpacz, mleko na panelach.
Przypomniała sobie, jak zeszłego lata, pracując na koloniach, ochrzaniła chłopaka, który ciągle płakał. Ścisnęła go zbyt mocno za ramię, wystraszył się i popłakał. Całą noc nie mogła zasnąć, myślała, iż byłaby beznadziejną matką.
Długo siedziała nad pustym oknem czatu. Palce same wpisały: Nie jesteś potworem. Skasowała. I tak cię kocham. Usunęła, zawstydzona takimi wielkimi słowami.
W końcu napisała:
Dziadku, cześć.
Nie przestanę do Ciebie pisać. Nie wiem, jak odpowiada się na coś takiego. U nas się o tym nie mówi o gniewie, o chęci odejścia. Albo żart, albo cisza.
Latem pracowałam na koloniach. Był chłopak, co ciągle płakał, chciał do domu. W końcu go opieprzyłam tak, iż sama się siebie przestraszyłam. Noc nie spałam, myślałam, iż nie powinnam mieć dzieci.
To, co napisałeś, nie sprawia, iż gorzej się czuję. Zrobiło się prawdziwie.
Nie wiem, czy kiedyś będę umiała tak szczerze opowiedzieć swojemu dziecku, jeżeli je będę miała. Ale może chociaż nie będę udawać, iż zawsze wiem lepiej.
Dzięki, iż wtedy nie wyszedłeś.
Sara.
Kliknęła wyślij i pierwszy raz przyłapała się na tym, iż naprawdę czeka na odpowiedź.
Po dwóch dniach mama przysłała nie zdjęcie, tylko wiadomość: Ogarnał nagrywanie, ale prosił, by Cię nie straszyć. Przepisałam.
Na ekranie nowa, świeża linijka.
Sareńko.
Czytałem Twój list i myślałem, iż jesteś już odważniejsza niż ja w Twoim wieku. Ty przynajmniej przyznajesz, iż się boisz. Ja wtedy twardziel, co rozwala meble.
Nie wiem, czy będziesz dobrą matką. Ty tego też nie wiesz. Tego się nie zgaduje, to się okazuje. Ale to, iż w ogóle się zastanawiasz, już o czymś świadczy.
Napisałaś, iż jestem dla Ciebie prawdziwy. To chyba największy komplement, jaki mi powiedziano. Przeważnie słyszę: uparty, dziwny, złośliwy. A tak prawdziwy nie mówił nikt.
Skoro już takie słowa padły, chciałem Cię od dawna o coś zapytać, ale się wstydziłem. Teraz pytam. Jak Cię kiedyś zmęczą moje historie, powiedz. Mogę pisać rzadziej, tylko w święta. Ważne dla mnie, by Cię nie przygnieść moją przeszłością.
Jeszcze jedno. Jak kiedyś będziesz chciała wpaść, bez powodu, ja będę w domu. Mam wolny taboret i czysty kubek. Sprawdziłem, jest czysty.
Twój dziadek Włodek.
Sara uśmiechnęła się przy tych słowach o kubku. Zobaczyła tę kuchnię, taboret, glukometr na stole, worek ziemniaków pod kaloryferem.
Włączyła aparat, sfotografowała swoją kuchnię w akademiku. Na zdjęciu: zlew pełen naczyń, jej straszna patelnia, pudełko jajek, czajnik, dwa kubki, jeden obity. Na parapecie słoik z widelcami.
Wysłała zdjęcie dziadkowi i dopisała:
Dziadku, cześć.
To moja kuchnia. Taborety dwa, kubków nie brakuje. jeżeli kiedyś będziesz chciał wpaść ja też będę. No, prawie w domu.
Nie nudzą mnie Twoje historie. Czasem nie wiem, co odpisać, ale zawsze czytam.
Jak chcesz, napisz nie o pracy, nie o jedzeniu. O czymś, czego nigdy nie mówiłeś, nie dlatego, iż wstyd, tylko jakoś nie było komu.
S.
Wysłała, nagle uświadamiając sobie, iż pierwszy raz spytała dorosłego w rodzinie o coś takiego.
Telefon położyła na stole, ekran zgasł. Na kuchence cicho skwierczała jajecznica. Za ścianą słychać było śmiech. Sara przewróciła jajka, wyłączyła gaz, usiadła na swoim taborecie, wyobrażając sobie, jak kiedyś na drugim końcu jej stołu siedzi dziadek, trzyma kubek i już nie pisze, tylko opowiada.
Nie wiedziała, czy naprawdę przyjedzie, czy coś się zmieni. Ale świadomość, iż ma do kogo wysłać zdjęcie brudnej kuchni i pytanie a Ty jak?, sprawiał, iż w środku czuła się spokojna i trochę przejęta.
Podniosła telefon, przejrzała całą rozmowę. Te kratki, te linie, krótkie S.. W końcu położyła go ekranem w dół, na wypadek gdyby przyszło nowe powiadomienie.
Jajecznica już ostygła, ale zjadła ją do końca, niespiesznie, jakby dzieląc ją z kimś jeszcze.
Słowa kocham nie padły nigdy wprost. Ale między liniami już coś było. I póki co obojgu to wystarczało.












