Bez rad, bez morałów. Sasza dostaje list w Messengerze – zdjęcie kartki w kratkę, niebieski długop…

polregion.pl 3 godzin temu

Bez wskazówek

Do Zosi przyszła wiadomość na Messengerze zdjęcie kartki z zeszytu w kratkę. Niebieski długopis, schludny pochylony charakter pisma, na dole podpis: Dziadek twój, Bronisław. Obok krótkie dopisanie od mamy: On teraz tak pisze. Jak nie chcesz, nie musisz odpowiadać.

Zosia przejrzała zdjęcie, powiększyła, żeby rozczytać linijki.

Zośka, cześć.

Piszę do ciebie z kuchni. Mam tu nowego kolegę glukometr. Od rana się czepia, jak chlebka zjem za dużo. Lekarz mówił, żeby więcej chodzić, ale gdzie ja mam chodzić, skoro wszyscy moi już leżą na cmentarzu, a ty w tym swoim Krakowie. No to chodzę sobie wspomnieniami.

Dzisiaj na przykład przypomniało mi się, jak w siedemdziesiątym dziewiątym z chłopakami rozładowywaliśmy wagony na dworcu. Płacili grosze, ale można było przy okazji zorganizować kilka skrzynek jabłek. Skrzynki były drewniane, z metalowymi uchwytami. Jabłka kwaśne, zielone, ale i tak święto. Jedliśmy je tam na miejscu, siedząc na workach z cementem. Ręce brudne, paznokcie w pyle, a zęby trzeszczą od piasku. A mimo to smakowało.

Piszę ci to bez powodu. Nic z tego nie wynika. Tak mi się po prostu przypomniało. I nie myśl sobie, nie będę cię uczył życia. Ty masz swoje sprawy, a ja swoje badania.

Jak zechcesz, opisz mi, jak u was z pogodą i z sesją.

Twój dziadek Bronisław.

Zosia uśmiechnęła się pod nosem. Glukometr, badania. Na dole notatka od Messengera: Wysłane godzinę temu. Dzwoniła już do mamy, nie odebrała. Czyli faktycznie teraz tak.

Przejrzała czat. Ostatnie wiadomości od dziadka sprzed roku: krótkie nagrane życzenia i jedno jak tam na studiach?. Wtedy Zosia odpisała emotką i zniknęła.

Teraz długo patrzyła na zdjęcie z kratkowaną kartką, potem otworzyła pole do odpowiedzi.

Dziadku, cześć. Pogoda: plus trzy, mokro. Sesja zaraz się zacznie. Jabłka teraz 15 złotych za kilo. Z jabłkami u nas bieda.

Zosia.

Zastanowiła się, wykasowała Zosia, napisała samo Wnuczka Zosia. I wysłała.

Po kilku dniach mama przekazała nowe zdjęcie.

Zośka, dzień dobry.

Twoją wiadomość dostałem, przeczytałem trzy razy. Postanowiłem odpisać porządnie. U nas pogoda taka sama jak u was, tylko bez twoich stylowych kałuż. Śnieg rano, w południe woda, wieczorem lód. Już raz czy dwa się poślizgnąłem, ale widać jeszcze nie mój czas.

Skoro już o jabłkach była mowa. Opowiem ci o mojej pierwszej, prawdziwej robocie. Miałem dwadzieścia lat, zatrudniłem się w zakładzie. Produkowaliśmy części do wind. Było głośno, coś wiecznie hałasowało, kurz wisiał w powietrzu. Miałem szare robocze spodnie, które nigdy nie dopierały się do końca, choćbyś nie wiem jak trzymała. Palce wiecznie poobijane, paznokcie w smarze. Ale byłem dumny, iż mam przepustkę i wchodzę przez bramę jak dorosły.

Najlepszy nie był przelew, tylko obiad. W stołówce lało się barszcz do ciężkich talerzy, a jak się przyszło szybciej, można było dostać dodatkową kromkę chleba. Siedzieliśmy z chłopakami przy jednym stole i milczeliśmy. Nie dlatego, iż nie ma o czym gadać, tylko siły już brakowało. Łyżka wydawała się cięższa niż klucz francuski.

Ty pewnie siedzisz teraz przy laptopie i myślisz, iż to archeologia. A ja czasem zapytam sam siebie: byłem wtedy szczęśliwy, czy po prostu nie miałem kiedy się nad tym zastanowić.

Czym ty się tam zajmujesz, poza sesją? Pracujesz może gdzieś? Czy teraz to się już tylko startupy wymyśla?

Dziadek Bronisław.

Zosia czytała w kolejce po kebaba. Ktoś obok klął, ktoś się wykłócał, z głośnika przy kasie darła się reklama. Złapała się na tym, iż znowu czyta fragmenty o barszczu i ciężkich talerzach.

Odpisała od razu, oparta o blat.

Dziadku, cześć.

Dorabiam jako kurierka. Noszę jedzenie, czasem papiery. Przepustki nie mam, tylko aplikację, która się wiecznie zacina. Ale też czasem jem w pracy. Nie kradnę, po prostu nie mam czasu wrócić do domu. Biorę co tańsze, jem albo na klatce, albo w aucie kolegi. Też po cichu.

A co do szczęścia nie wiem. Też się nie zastanawiam.

Ale barszcz w stołówce brzmi fajnie.

Wnuczka Zosia.

Chciała jeszcze napisać o startupach, ale uznała, iż nie będzie tłumaczyć. Dziadek sam sobie dopowie.

Kolejna wiadomość była krótka.

Zośka, cześć.

Kurierka to poważna rzecz. Zupełnie inaczej cię teraz widzę. Nie jako dziewczynę przy komputerze, tylko jako kogoś w adidasach, kto wszędzie się spieszy.

Jak już mówisz o pracy, opowiem ci, jak dorabiałem na budowie. Między zmianami w zakładzie, jak pieniędzy brakowało. Nosiliśmy cegły na piąte piętro po drewnianych schodkach. Kurz w nosie, oczach, uszach. Wieczorem przychodziłem do domu, zdejmowałem buty, a z nich wysypywał się piasek. Babcia twoja klęła, iż jej linoleum porysowałem.

Najdziwniejsze, iż pamiętam nie zmęczenie, tylko jeden szczegół. Na budowie był facet zwany Stasiem. Zawsze przychodził pierwszy, siadał na odwróconym wiadrze i nożem obierał ziemniaki. Wrzucał je do starego garnka, który przyniósł z domu. W południe stawiał garnek na kuchence i po całym piętrze pachniało gotowanymi ziemniakami. Jedliśmy rękami, posypując solą z papierowej torebki. I wydawało mi się, iż nic nigdy nie smakowało lepiej.

Teraz siedzę w kuchni, patrzę na worek ziemniaków z Biedronki i myślę, iż to już nie to. Może nie w ziemniakach problem, tylko w wieku.

Co ty jesz, kiedy jesteś naprawdę padnięta? Nie z dowozu, tylko tak serio?

Dziadek Bronisław.

Zosia nie odpisała od razu. Zastanawiała się, jak odpowiedzieć na tak serio. Przypomniała sobie, jak poprzedniej zimy po dwunastogodzinnej zmianie kupiła w nocnym pierogi, wrzuciła je do starego garnka w kuchni w akademiku, gdzie ktoś wcześniej gotował parówki. Pierogi się rozpadły, woda zrobiła się mętna, ale zjadła wszystko, stojąc przy oknie, bo nie miała stołu.

Dwa dni potem napisała.

Dziadku, cześć.

Kiedy padam, najczęściej smażę jajecznicę. Dwie, trzy jajka, czasem z kiełbasą. Patelnia u nas okropna, ale jeszcze działa. W akademiku nie mamy Stasia, za to jest koleżanka, która wiecznie coś przypala i bluzga na całą kuchnię.

Ty dużo piszesz o jedzeniu. Byłeś wtedy głodny, czy teraz?

Wnuczka Zosia.

Od razu po wysłaniu pożałowała tego ostatniego pytania. Wydawało jej się zbyt ostre. Ale było za późno.

Odpowiedź przyszła szybciej niż zwykle.

Zośka.

Pytanie o głód dobre. Byłem wtedy młody i cały czas chciałem jeść. I nie tylko zupy i ziemniaków. Marzyłem o motocyklu, nowych butach, osobnym pokoju, żeby nie słuchać jak ojciec kaszle nocami. Chciałem, żeby mnie szanowano. Żeby iść do sklepu i nie liczyć drobnych. Żeby dziewczyny patrzyły, a nie odwracały głowę.

Teraz jem normalnie. Lekarz narzeka, choćby za dużo. Piszę o jedzeniu, bo to łatwo opisać i sobie przypomnieć. Smak zupy opisać prosto, a poczucie wstydu już trudniej.

No to skoro już pytasz, opowiem coś. Bez puent, jak lubisz.

Miałem dwadzieścia trzy lata. Chodziłem już z twoją przyszłą babcią, ale nie było pewne, co z tego wyjdzie. W zakładzie powiedzieli, iż szukają kogoś do ekipy wyjeżdżającej na północ Polski. Tam płacili dobrze, można było w dwa lata odłożyć na malucha. Od razu się zapaliłem. Wyobrażałem sobie, jak wrócę, kupię samochód, będę wozić ją po mieście.

Ale był haczyk. Babcia powiedziała, iż nie pojedzie. Jej mama była ciężko chora, praca, koleżanki… Powiedziała, iż nie da rady znieść tamtej ciemności i mrozu. Odpowiedziałem, iż mnie hamuje. Że jak mnie kocha, to powinna mnie wesprzeć. Powiedziałem choćby ostrzej, ale nie będę cytował.

Pojechałem sam. Po pół roku przestaliśmy sobie pisać. Wróciłem po dwóch latach z pieniędzmi i z maluchem. A ona już miała męża. Potem wszystkim opowiadałem, iż mnie zdradziła. Że ja dla niej, a ona…

A tak naprawdę wybrałem pieniądze i blachę, nie człowieka. I przez lata udawałem, iż to jedyny słuszny wybór.

Taki miałem wtedy apetyt.

Pytałaś, co czułem. Chyba wtedy czułem się istotny i miałem rację. A potem przez lata udawałem, iż nic nie czuję.

Nie musisz odpowiadać. Rozumiem, iż nie masz głowy do dziadkowych historii.

Dziadek Bronisław.

Zosia czytała raz za razem. Słowo wstyd zahaczyło o coś w środku, jak haczyk. Złapała się na tym, iż szuka między linijkami wymówki, ale dziadek jej nie dawał.

Napisała Żałujesz?, skasowała. A gdybyś został? skasowała. W końcu wysłała coś zupełnie innego.

Dziadku, cześć.

Dzięki za szczerość. Nie wiem nawet, co napisać. U nas w rodzinie o babci mówi się tak, jakby zawsze była po prostu babcią, bez jakiejkolwiek przeszłości.

Nie osądzam cię. Sama niedawno wybrałam pracę zamiast człowieka. Miałam chłopaka. Zaczęłam wtedy dorabiać jako kurierka, łapałam dobre zmiany. Ciągle byłam w pracy. On mówił, iż się nie widujemy, iż cały czas jestem w telefonie, iż jestem zmęczona i wredna. Ja odpowiadałam, iż trzeba zacisnąć zęby, potem będzie lepiej.

Powiedział, iż ma dość czekania. Ja odpaliłam, iż to jego problem. Też powiedziałam ostrzej, ale nie będę cytować.

Teraz, jak wracam do akademika o jedenastej i robię sobie jajka, myślę, iż wybrałam kasę i dowóz zamiast człowieka. I też udaję, iż to było konieczne.

Chyba to rodzinne.

Zosia.

List od dziadka tym razem był już nie na kartce w kratkę, tylko w linie. Mama wyjaśniła głosówką, iż skończył zeszyt.

Zośka.

Dobre to o tym rodzinnym. U nas w ogóle wszystko się zwala na rodzinę. Pije bo dziadek pił. Krzyczy bo babcia była surowa. A tak naprawdę zawsze sam wybierasz. Czasem tylko łatwiej wmówić sobie, iż to dziedziczne.

Jak wróciłem z północnej Polski, wydawało mi się, iż mam nowe życie. Samochód, pokój w internacie, kasa w portfelu. Ale wieczorami siadałem na łóżku i nie wiedziałem, co ze sobą począć. Koledzy się porozjeżdżali, w zakładzie nowy majster, w domu czekał tylko kurz i stary radioodbiornik.

Któregoś dnia pojechałem pod dom twojej nie-zostanej babci. Stałem po drugiej stronie ulicy, patrzyłem na okna. W jednym światło, w drugim ciemno. Stałem, aż zmarzłem. W końcu zobaczyłem, jak wychodzi z wózkiem. Obok facet, trzymał ją za łokieć. Gadali o czymś, śmiali się. Schowałem się za drzewo, jak dzieciak. Patrzyłem, aż nie zniknęli za rogiem.

Wtedy pierwszy raz zrozumiałem, iż nikt mnie nie zdradził. Po prostu każdy wybrał swoje. Ale do pogodzenia się z tym musiało minąć z dziesięć lat.

Piszesz, iż wybrałaś pracę zamiast chłopaka. Może wybrałaś nie pracę, tylko siebie. Może ważniejsze było teraz wygrzebać się z długów niż chodzić do kina. Ani dobrze, ani źle. Po prostu fakt.

Wiesz, co jest najgorsze? Że rzadko potrafimy sobie powiedzieć wprost: teraz to ważniejsze niż ty. Wymyślamy ładne słowa, a potem wszyscy czują się skrzywdzeni.

Nie piszę tego, żebyś za nim biegła. Nie wiem nawet, czy warto. Może za jakiś czas ty też będziesz stała pod czyimś oknem i pomyślisz, iż można było powiedzieć szczerzej.

Twój stary dziadek Bronisław.

Zosia siedziała na parapecie w korytarzu akademika, telefon grzał dłonie. Za oknem auta rozpryskiwały wodę, ktoś palił na schodach. W sąsiednim pokoju dudniła muzyka.

Długo zastanawiała się, jak odpisać. Przypomniała sobie, jak stała pod oknem byłego, kiedy już nie odbierał. Patrzyła na zasłony i światło w pokoju, myślała, iż może zaraz on wyjdzie, odchyli firankę, zobaczy ją. Nie wyszedł.

Odpisała.

Dziadku, cześć.

Ja też stałam pod oknem. Też się schowałam, jak zobaczyłam, iż wychodzi z jakąś dziewczyną. On miał plecak, ona siatkę z bułkami. Śmiali się. Myślałam wtedy, iż mnie wykreślili z życia. A teraz, jak cię czytam, to może sama się wypisałam.

Piszesz, iż to zrozumiałeś po dziesięciu latach. Mam nadzieję, iż mnie się uda szybciej.

Nie pobiegnę odzyskiwać. Chyba po prostu przestanę udawać, iż mi wszystko jedno.

Wnuczka Zosia.

Kolejny list był już o czym innym.

Zośka.

Pytałaś kiedyś o pieniądze. Nie odpisałem, bo nie wiedziałem, z której strony zacząć. Spróbuję teraz.

U nas w rodzinie pieniądze były jak pogoda. Mówiło się o nich tylko, jak było bardzo źle albo wyjątkowo dobrze. Twój tata, jak był dzieciakiem, pytał mnie kiedyś, ile zarabiam. Miałem wtedy dodatkową fuchę, było więcej niż zwykle. Powiedziałem mu z dumą sumę. Zrobił oczy jak pięć złotych i powiedział: Ale jesteś bogaty!. Zaśmiałem się, iż to grosze.

Minęły dwa lata, mnie zredukowali. Zarobki spadły o połowę. Twój tata znów zapytał, ile zarabiam. Podałem kwotę, a on: Czemu tak mało? Gorzej pracujesz?. Wtedy na niego nakrzyczałem. Powiedziałem, iż nie rozumie nic, iż jest niewdzięczny. A on po prostu próbował ogarnąć liczby.

Potem przez lata pamiętałem tę rozmowę i zrozumiałem, iż wtedy nauczyłem go nigdy nie pytać mnie o pieniądze. Wyrósł i rzeczywiście nie pytał. Po prostu łapał dorywcze, nosił kartony, naprawiał komuś komputer. A ja cały czas myślałem, iż sam się powinien domyślić, co mi ciężko.

Przy tobie nie chcę popełnić tego samego błędu. Powiem wprost. Emeryturka mam niewielką, ale na leki i jedzenie starcza. Na auto już raczej nie uzbieram i nie trzeba mi. Odkładam tylko na nowe zęby, stare już nie ogarniają.

Ty dajesz radę? Nie chodzi mi o to, bym ci miał teraz słać kasę i podkładki pod stopy. Po prostu czy nie chodzisz głodna i nie śpisz na podłodze.

Jak się wstydzisz, możesz napisać spoko, zrozumiem.

Dziadek Bronisław.

Zosia poczuła, jak coś ściska jej w środku. Przypomniała sobie, jak kiedyś pytała ojca, ile zarabia, a słyszała w odpowiedzi żarty albo dowiesz się jak dorośniesz. Wyrosła z poczuciem, iż o pieniądzach w rodzinie się nie mówi.

Długo patrzyła w ekran, po czym odpisała.

Dziadku, cześć.

Nie chodzę głodna ani nie śpię na podłodze. Mam łóżko, choćby z materacem nie najlepszym, ale w porządku. Sama płacę za akademik, tak się umówiłam z tatą. Czasem się spóźniam z opłatą, ale na razie nikt mnie nie wyrzucił.

Na jedzenie starcza, o ile nie szaleję. Gdy jest naprawdę krucho, biorę więcej zmian i potem chodzę jak zombi. Ale to mój wybór.

Trochę mi głupio, iż pytasz, a ja ciebie nie zapytam wprost: dziadku, a tobie starcza?. Ale sam już napisałeś.

Przyznam, łatwiej by mi było, jakbyś napisał po prostu jest dobrze i już. Ale rozumiem, iż to ja jestem przyzwyczajona, iż dorośli nic nie mówią.

Dzięki, iż napisałeś o pieniądzach.

Zosia.

Długo obracała telefon w rękach, potem dosłała drugą wiadomość:

Jak kiedyś będziesz czegoś chciał, a emerytura nie wystarczy, napisz. Nie obiecuję, iż dam radę, ale przynajmniej będę wiedzieć.

I wysłała, zanim zdążyła się rozmyślić.

Odpowiedź dziadka była najbardziej roztrzęsiona. Litery tańczyły, linijki zjeżdżały w bok.

Zośka.

Przeczytałem o tym, żeby pisać, jakby czegoś zabrakło. Najpierw chciałem odpisać, iż nic mi nie trzeba. Że mam wszystko, iż jestem stary i tylko leki mi w głowie. Potem chciałem żartować, iż jakbym naprawdę zapragnął, poproszę cię o nową Yamahę.

A potem pomyślałem, iż całe życie udawałem, iż jestem twardy chłop, co wszystko sam potrafi. No i zostałem starym samotnikiem, który boi się poprosić wnuczkę o drobnostkę.

Więc powiem tak. jeżeli kiedyś naprawdę będzie mi czegoś bardzo brakowało, postaram się nie udawać, iż to błahostka. Teraz mam herbatę, chleb, leki i twoje listy. Nie dla patosu, po prostu wyliczam.

Wiesz, kiedyś myślałem, iż jesteśmy zupełnie inni. Ty z tymi swoimi… aplikacjami, ja z radiem. A teraz cię czytam i widzę, iż sporo nas łączy. Oboje nie lubimy prosić. Oboje udajemy, iż nam wszystko jedno, choć nie jest.

Skoro już się zrobiło szczerze, wyznać jeszcze jedną rodzinną tajemnicę. Nie wiem, co o tym pomyślisz.

Jak urodził się twój tata, nie byłem gotowy. Dopiero co zaczynałem nową robotę, dostaliśmy pokój w akademiku, byłem pewien, iż teraz to się ustawię. A tu dziecko. Krzyk, pieluchy, noce bez snu. Wracałem ze zmiany nocnej, a on wył. Złościłem się. Raz, jak nie przestawał, cisnąłem butelką o ścianę, aż się roztrzaskała. Mleko wylało się na podłogę. Babcia twoja płakała, dziecko wyło, a ja tylko myślałem, żeby wyjść i nie wracać.

Nie wyszedłem. Ale latami udawałem, iż to tylko nerwy. A naprawdę to był moment, w którym byłem blisko, żeby zniknąć. I gdybym zniknął, tych listów byś nie czytała.

Nie wiem, po co ci to wiedzieć. Może, żebyś pamiętała, iż dziadek nie jest bohaterem, tylko zwykłym człowiekiem, który czasem chciał wszystko rzucić.

Jak po tym nie będziesz chciała już pisać, zrozumiem.

Dziadek Bronisław.

Zosia czytała i robiło się jej w środku na zmianę chłodno i ciepło. Dziadek, który w jej głowie był do tej pory czymś w rodzaju ciepłego pledzika i zapachu mandarynek na Boże Narodzenie, nagle okazał się kimś zupełnie innym. Zmęczony facet w akademikowym pokoju, dziecko, krzyk, rozlane mleko.

Przypomniała sobie, jak ostatniego lata, pracując na kolonii, nawrzeszczała na chłopca, który ciągle płakał. Złapała go za ramię za mocno, przestraszył się i rozpłakał. Potem całą noc nie mogła zasnąć, myślała, iż będzie beznadziejną matką.

Długo wpatrywała się w puste pole odpowiedzi. Ręce same napisały: Nie jesteś potworem. Skasowała. Kocham cię i tak. Skasowała, speszyła się tym słowem.

W końcu posłała:

Dziadku, cześć.

Nie przestanę ci pisać. Nie wiem, co się mówi na takie rzeczy. U nas w rodzinie się o tym milczy albo żartuje.

Ja też tego lata pracowałam na kolonii. Był taki chłopak, ciągle ryczał i chciał do domu. Raz się wściekłam i wydarłam się na niego tak, iż aż się sama siebie przestraszyłam. Całą noc myślałam, iż chyba jestem złą osobą, iż nie powinnam mieć dzieci.

To, co napisałeś, nie sprawia, iż cię mniej lubię. Sprawia tylko, iż jesteś bardziej prawdziwy.

Nie wiem, czy dam radę być kiedyś taka szczera wobec własnego dziecka, jeżeli je będę mieć. Ale może chociaż spróbuję nie udawać, iż zawsze mam rację.

Dzięki, iż nie wyszedłeś wtedy.

Zosia.

Kliknęła wyślij i pierwszy raz poczuła, iż czeka na odpowiedź nie z grzeczności, tylko jak na coś swojego.

Odpowiedź przyszła po dwóch dniach. Tym razem mama już nie przesłała zdjęcia, tylko napisała: Nauczył się nagrywać audio, ale prosił, żeby cię nie wystraszyć. Przepisałam.

Na ekranie nowe zdjęcie, już kartka w linie.

Zośka.

Czytałem twoją wiadomość i myślałem, iż jesteś odważniejsza niż ja w twoim wieku. Przynajmniej się przyznajesz, iż się boisz. Ja udawałem twardziela, a potem waliłem w szafę.

Nie wiem, czy będziesz świetną mamą. Ty też nie wiesz. To się okazuje dopiero, gdy przyjdzie co do czego. Ale fakt, iż w ogóle zadajesz sobie to pytanie, już wiele mówi.

Napisałaś, iż jestem dla ciebie prawdziwy. To chyba najfajniejsze, co mi ktoś powiedział. Zwykle mówią uparciuch, dziwak, złośliwy. Nikt mnie dawno nie nazwał prawdziwym.

Jak już tak się zrobiło szczerze, chciałem coś zapytać, ale zawsze się krępowałem. Teraz pytam. Jak się znudzisz moimi historiami, powiedz. Mogę pisać rzadziej albo tylko na święta. Ważne, żebym cię nie przytłoczył swoim przeszłym życiem.

No i jeszcze. Jak kiedyś będziesz chciała przyjechać bez okazji, po prostu tak, będę w domu. Taboret mam wolny i czysty kubek. Czysty sprawdzałem.

Twój dziadek Bronisław.

Zosia uśmiechnęła się na wzmiankę o kubku. Wyobraziła sobie tę kuchnię, taboret, glukometr na stole, worek kartofli przy kaloryferze.

Zrobiła zdjęcie swojej akademikowej kuchni. Widać było: zlew z naczyniami, straszną patelnię, paczkę jajek, czajnik, dwa kubki, jeden z wyszczerbionym uchem. Na parapecie szklankę z widelcami.

Wysłała dziadkowi fotkę i dopisała tekst:

Dziadku, cześć.

Oto moja kuchnia. Taborety są dwa, kubków też nie zabraknie. Jakbyś kiedyś chciał wpaść ot tak, też będę w domu. No, prawie w domu.

Nie nudzisz mnie. Czasem nie wiem, co odpisać, ale zawsze czytam.

A jakbyś miał ochotę opowiedzieć coś nie o pracy czy jedzeniu, tylko coś, czego nigdy nikomu nie opowiadałeś nie z wstydu, tylko bo nie było komu to możesz.

Zośka.

Kliknęła wyślij i uświadomiła sobie, iż właśnie zadała pytanie, jakiego nigdy nie zadała żadnemu dorosłemu w rodzinie.

Odłożyła telefon na stół, ekran zgasł. Na kuchence cicho syczała jajecznica. W pokoju ktoś się śmiał. Zośka przewróciła jajka, wyłączyła gaz i usiadła na taborecie, wyobrażając sobie, jak kiedyś naprzeciw niej siedzi dziadek i opowiada swoją kolejną historię już nie na papierze, tylko na głos.

Nie wiedziała, czy dziadek w końcu naprawdę przyjedzie ani jak to będzie dalej. Ale świadomość, iż ma kogoś, komu może wysłać zdjęcie własnej suchej kuchni z pytaniem a ty jak tam?, sprawiła, iż zrobiło jej się ciepło i spokojnie w środku.

Wzięła telefon, otworzyła czat i po prostu patrzyła na listę wiadomości. Na kratkę, na linie, na swoje krótkie Zośka. Potem położyła go ekranem do dołu, żeby niczego nie przeoczyć, jeżeli coś jeszcze przyjdzie.

Jajecznica już wystygła, ale zjadła ją do końca, powoli, jakby dzieliła się z kimś jeszcze.

Słowa kocham nie pojawiły się w wiadomościach. Ale między linijkami już było coś i każdemu z nich na razie to wystarczało.

Idź do oryginalnego materiału