Bez „musisz” — rodzinna rozmowa przy kuchennym stole: o zmęczeniu, strachu, szkolnych problemach Kacpra, samotności i niepewności Weroniki, oraz o tym, iż czasem dorosłym też jest trudno.

newsempire24.com 2 godzin temu

Bez trzeba

Kiedy wszedłem do mieszkania, od razu zobaczyłem na kuchennym stole trzy talerze z zaschniętym makaronem, przewrócony kubeczek po jogurcie i otwarty zeszyt w kratkę. Plecak Kostka leżał na środku korytarza, a Weronika siedziała na kanapie z nosem w telefonie.

Odłożyłem torbę, ściągnąłem buty. Chciałem już coś powiedzieć o tych talerzach, ale poczułem nagle taki ciężar w gardle, iż zamiast tego po prostu podszedłem, wziąłem jeden talerz i zaniosłem go do zlewu.

Tato, zaraz pozmywam powiedziała Weronika, choćby nie podnosząc wzroku.

Dobrze.

Odkręciłem kran i podstawiłem talerz pod wodę. Makaron zmiękł i popłynął do odpływu. Zakręciłem wodę, patrząc przez chwilę na mokre naczynia.

Werka, gdzie jest Kostiś?

U siebie. Robi matematykę.

A ty?

Wszystko już zrobiłam.

Wytarłem ręce w ściereczkę i poszedłem do pokoju Kostka. Leżał na dywanie podpierając głowę pięścią, w zeszycie miał zapisane półtora zadania.

Cześć powiedziałem.

Cześć.

Co słychać?

Wszystko okej.

Lekcje?

Robię.

Usiadłem na brzegu łóżka. Kostek zerknął na mnie, potem znowu zapatrzył się w zeszyt.

Tata, co jest?

Sam nie wiem odpowiedziałem. Chyba po prostu jestem zmęczony.

I rzeczywiście, nie wiedziałem. Od rana dzwoniła mama, prosiła, żebym przyjechał i pomógł jej z szafą, w pracy spotkanie przeciągnęło się do osiemnastej, a w metrze przeciskanie się przez tłum uczyniło ze mnie zupełną ścierkę. Teraz siedziałem w pokoju syna i nie miałem ochoty mówić ani o talerzach, ani o zadaniach, ani o sprzątaniu. Zupełnie nie miałem siły być ojcem na pilota, który po wejściu do domu od razu nadaje tryb obowiązki.

Słuchaj, chodźmy razem do kuchni zaproponowałem nareszcie. Wszyscy.

A po co?

Porozmawiać.

Kostek skrzywił się.

Co, znowu o tej dwójce z polskiego?

Nie. Po prostu pogadać.

Ale ja nie skończyłem jeszcze lekcji.

Zrobisz później. Pięć minut.

Wyszedłem i zawołałem Weronikę. Podniosła wzrok, westchnęła z lekką irytacją.

Naprawdę?

Naprawdę.

Odłożyła telefon na kanapę i poszła za mną. Kostek wyłonił się z pokoju i stanął w progu kuchni, jakby się wahał, czy wejść.

Usiadłem przy stole i przesunąłem zeszyt na bok. Weronika siadła naprzeciwko, Kostek przysiadł na rogu krzesła.

Coś się stało? zapytała Weronika.

Nic się nie stało.

To po co?

Spojrzałem na nią, potem na Kostka. Miał chłopak napięte spojrzenie, wyczekiwał czegoś niedobrego.

Chcę po prostu porozmawiać odezwałem się. Tak szczerze. Bez tego całego trzeba zrobić lekcje, trzeba posprzątać, i tak dalej.

Czyli naczyń można nie zmywać? dopytał ostrożnie Kostek.

Później pozmywamy. Mam na myśli coś innego.

Weronika skrzyżowała ramiona na piersi.

Jesteś dziś jakiś dziwny.

Dziwny przyznałem. Może dlatego, iż mam dość udawania, iż wszystko jest w porządku.

Zamilkliśmy. Szukałem słów, ale w głowie miałem pustkę.

Nie bardzo umiem to powiedzieć zacząłem niepewnie. Ale mam wrażenie, iż wszyscy tu coś udajemy. Wracam z pracy, wy udajecie, iż wszystko gra, ja udaję, iż wierzę. Mówimy o szkole, o jedzeniu, a tak naprawdę wcale nie rozmawiamy.

Tato, zamęczasz nas odezwała się cicho Weronika. Po co?

Sam nie wiem. Może dlatego, iż nie radzę sobie, a boję się, iż wy też macie trudno, i choćby nie wiem z czym.

Kostek zmarszczył brwi.

Ja daję radę.

Naprawdę? spojrzałem na niego. To czemu ostatnie dwa tygodnie zasypiasz po północy?

Kostek zamilkł, patrzył w blat.

Słyszę, jak się przewracasz z boku na bok powiedziałem. A rano wstajesz jak zombie.

Po prostu nie chce mi się spać.

Kostiś.

No co Kostiś?

Powiedz, jak jest naprawdę.

Wzruszył ramionami, odwrócił się.

W szkole wszystko w porządku. Lekcje robię. Czego jeszcze chcesz?

Weronika się wtrąciła:

Tato, po co go cisnąć?

Nie cisnę, chcę zrozumieć.

A on nie chce mówić. Ma do tego prawo.

Spojrzałem więc na nią.

Dobrze. To ty powiedz, jak u ciebie.

Parsknęła półuśmiechem.

U mnie? Super. Uczę się, gadam z koleżankami, wszystko jest, jak trzeba.

Werka.

Zamilkła na moment, spuściła wzrok.

Co?

Od miesiąca prawie nie wychodzisz z domu. Dziewczyny dwa razy cię wołały i nie poszłaś.

I co z tego? Nie miałam ochoty.

A czemu?

Zacisnęła usta.

Bo mam dosyć ich gadania o chłopakach i innych bzdurach, dobrze?

Dobrze odpowiedziałem. Po prostu widzę, iż jesteś przygaszona.

Potrząsnęła głową, jakby chciała z siebie coś strząsnąć.

Nie jestem smutna.

Okej.

Zaległa cisza, lodówka buczała za plecami.

Słuchajcie zacząłem wolno nie chcę was wychowywać w tej chwili. I nie chcę, żebyście mnie teraz uspokajali. Powiem wprost: boję się. Każdego dnia. Boję się, iż zabraknie pieniędzy, iż mama zachoruje i nic nie powie, boję się zwolnienia w pracy. Boję się, iż wy coś przeżywacie, a ja choćby tego nie dostrzegę, bo latam w swoim świecie. I mam już dosyć udawania, iż mam wszystko pod kontrolą.

Weronika spojrzała na mnie uważnie, zamrugała.

Ale przecież jesteś dorosły powiedziała cicho. Powinieneś umieć sobie radzić.

Wiem. Ale nie zawsze mi wychodzi.

Kostek podniósł głowę.

A co się stanie, jeżeli nie dasz rady?

Nie wiem odpowiedziałem szczerze. Może będę musiał prosić o pomoc.

Kogo?

Was, chociażby.

Kostek zmarszczył się mocniej.

Ale my przecież jesteśmy dziećmi.

Jesteście dziećmi, tak. Ale jesteście też częścią tej rodziny. I czasem naprawdę potrzebuję, żebyście powiedzieli mi prawdę. Nie wszystko dobrze, tylko jak jest naprawdę.

Weronika przesunęła ręką po stole, jakby zmiatała niewidzialne okruszki.

Po co ci to wiedzieć?

Żeby nie być samemu.

Podniosła na mnie wzrok, i zobaczyłem w jej oczach coś jakby zrozumienie.

Boję się iść do szkoły wypalił nagle Kostek. Jeden chłopak codziennie mówi mi, iż jestem głupi. I wszyscy się śmieją.

Poczułem, jak coś mnie ścisnęło w środku.

Jak on się nazywa?

Nie powiem. Bo jak pójdziesz gadać, to tylko gorzej będzie.

Nie pójdę. Obiecuję.

Spojrzał na mnie nieufnie.

Serio?

Serio. Ale chcę, żebyś wiedział, iż nie jesteś sam.

Kostek przytaknął, spuścił głowę.

Nie jestem sam. Mam Dimę. Siedzimy razem.

To dobrze.

Weronika westchnęła.

Ja nie chcę iść na studia powiedziała po chwili cicho. Wszyscy pytają, gdzie pójdę, a ja nie mam pojęcia. Wydaje mi się, iż nigdzie, bo nic nie potrafię.

Wera, masz czternaście lat.

No i co z tego? Wszyscy już wiedzą. Ja nie.

Nie wszyscy.

Wszyscy, których znam.

Zastanowiłem się chwilę.

Ja w twoim wieku chciałem być geologiem. Zmieniłem zdanie, potem znów. Teraz robię coś zupełnie innego, niż wtedy myślałem.

I co, da się przeżyć?

Bywa różnie. Czasem dobrze, czasem ciężko. Tak wygląda życie. Wcale nie musi być wszystko zaplanowane z góry.

Weronika kiwnęła głową, ale nie była przekonana.

Wszyscy powtarzają, iż trzeba się zastanowić.

Mówią, ale to ich życie, nie twoje.

Spojrzała na mnie prawie z uśmiechem.

Ale dziś jesteś inny.

Zmęczyło mnie bycie poprawnym ojcem.

Kostek westchnął z ulgą.

Tato, a mogę zapytać?

Jasne.

Ty się naprawdę boisz?

Naprawdę.

A co robisz, jak się boisz?

Zamyśliłem się.

Wstaję rano i robię cokolwiek trzeba. choćby jeżeli nie jestem pewien, czy dobrze robię. Po prostu coś robię.

Kostek przytaknął.

Rozumiem.

Siedzieliśmy tak jeszcze chwilę w milczeniu. Patrzyłem na moje dzieci i wiedziałem, iż nie rozwiązałem żadnego problemu, nie dałem odpowiedzi, nie zabrałem niepokoju. Ale coś się zmieniło: nie byłem już funkcją, tylko człowiekiem. I oni to zobaczyli, odpowiedzieli tym samym.

Dobra powiedziała Weronika podnosząc się z krzesła. Trzeba zmyć te naczynia.

Pomogę oznajmił Kostek.

Ja też dodałem.

Wstaliśmy, Weronika odkręciła kran, Kostek podał gąbkę, chwyciłem ręcznik. Pracowaliśmy w ciszy, ale była to zupełnie inna cisza niż zawsze nie pusta, tylko pełna.

Kiedy ostatni talerz stanął na suszarce, Weronika wytarła dłonie i spojrzała na mnie:

Tato, możemy jeszcze czasem pogadać tak po prostu?

Możemy, kiedy tylko chcesz odparłem.

Kiwnęła głową i poszła do siebie. Kostek został chwilę blisko.

Dzięki, iż nie będziesz nic robił z tamtym chłopakiem powiedział.

Ale jeżeli będzie naprawdę źle, powiesz mi?

Powiem.

No to chodź, skończymy matematykę.

Poszliśmy razem do jego pokoju, usiedliśmy na dywanie. Wziąłem zeszyt, spojrzałem na zadania. Kostek przysunął się bliżej, zaczęliśmy liczyć razem spokojnie, tak jak nigdy wcześniej. Ale już wiedziałem, iż za tymi zadaniami jest chłopiec, który się boi, i iż mogę być obok nie tylko jako sprawdzający zadania, ale jako człowiek, który też się czasem boi, a i tak wstaje rano.

Może to niewiele, ale dla mnie to był początek.

Idź do oryginalnego materiału