Basen pani Magdy

newskey24.com 6 godzin temu

Tego lata upał przyszedł nagle. W połowie czerwca termometr za oknem pokazywał trzydzieści dwa stopnie, a beton na trzepaku parzył w dłonie. W kamienicy przy ulicy Miedzianej w Gdańsku nikt nie pamiętał takiego skwaru od lat, choćby pani Halina z drugiego piętra, która opowiadała wszystkim, iż pamięta jeszcze zimy bez prądu.

Magda mieszkała na parterze. Dwoje dzieci — sześcioletnia Hania i o rok młodszy Franek — całymi dniami marudzili, iż się roztapiają. W niedzielę rano, zanim miasto zdążyło się rozgrzać, Magda pojechała do marketu budowlanego na Przymorzu. Wróciła z wielkim kartonem: dmuchany basen o wymiarach dwa na metr dwadzieścia, w niebieskie pasy, za sto osiemdziesiąt dziewięć złotych. Napełniła go z kuchennego kranu. Nosiła wodę w garnku, potem w wiadrze, bo wąż nie sięgał. Trwało to bite pół godziny. Hania i Franek weszli do środka, zanim woda zdążyła się nagrzać, i piszczeli tak, iż gołębie zerwały się z parapetu.

Basen stał na trawniku przed klatką, tuż pod oknem Magdy. Widać go było z kuchni, to miało znaczenie — mogła pilnować dzieci, nie odchodząc od zlewu. Franek wylał na siebie pół kubka soku malinowego. Hania urządziła w basenie pojedynek plastikowych dinozaurów. Pachniało rozgrzaną trawą i kurzem z trzepaka.

Około południa podeszli obcy chłopcy. Trzech, z placu zabaw po drugiej stronie podwórka. Przez chwilę tylko stali i patrzyli na wodę. Najmłodszy, w zielonych klapkach, trzymał się siatki ogrodzenia.

— Możemy wejść? — spytał.

Magda podniosła głowę znad telefonu. Wyjęła z ust pestkę czereśni.

— Przepraszam, ale basen jest mały. I nie chcę odpowiadać za cudze dzieci.

Chłopcy odeszli, ale po piętnastu minutach wróciła matka tego w klapkach. Nazywała się Patrycja, Magda znała ją z widzenia — zawsze nosiła słuchawki na szyi, choćby na zakupy. Stanęła nad basenem, zasłaniając słońce, i powiedziała, iż dziwnie stawiać basen na wspólnym podwórku, na oczach wszystkich dzieci, a potem nikogo nie wpuszczać.

Magda odgarnęła mokry kosmyk z czoła.

— Przyniosłam swój basen i swoją wodę. To, iż stoi na trawie, nie znaczy, iż jest wspólny.

Patrycja westchnęła, jakby tłumaczyła coś dziecku:

— Trawa też wspólna. A za trzy dni w tym miejscu będzie bagno. Będą komary.

Za jej plecami zebrała się grupka sąsiadek. Jedna mówiła, iż prywatne to prywatne, choćby na podwórku. Druga — iż jak już stawiać basen, to pod blokiem, a nie na środku trawnika, gdzie biegają wszystkie dzieci. W końcu poszły. Patrycja ostatnia, choćby się nie obejrzała.

Wieczorem Magda spuściła wodę, jak robiła codziennie, żeby trawa nie zgniła. Wylała ją pod krzak dzikiej róży. Dzieci poszły spać z mokrymi włosami, Franek z dinozaurem pod poduszką. Magda nalała sobie zimnego piwa i usiadła na schodku przed klatką. W oknie naprzeciwko paliło się światło u Patrycji. Wydawało jej się, iż ktoś za firanką cofnął się w głąb pokoju.

Następnego dnia znów trzydzieści trzy stopnie. Magda napełniła basen o siódmej rano, zanim dzieci wstały. Hania weszła do wody w piżamie, Franek z pudełkiem płatków. O dziesiątej przyszła Patrycja z synem. Bez słowa postawiła na trawie składane krzesełko i rozłożyła parasol. Usiadła. Wyjęła telefon.

— Chyba nie zamierzasz tu zostać — powiedziała Magda.

— Zamierzam. Skoro to wspólne podwórko, to mogę tu siedzieć.

Siedziała do południa. Jej syn bawił się obok w piasku, udając, iż go nie obchodzi basen, ale co chwila zerkał. Magda polewała dzieci wodą z konewki, robiła kanapki, odbierała telefon od męża z pracy. Patrycja nie odzywała się, tylko co jakiś czas robiła zdjęcia. Tego Magda nie mogła znieść.

— Dlaczego robisz zdjęcia?

— Dokumentuję, iż trawnik jest niszczony. Zgłoszę do spółdzielni.

Magda podeszła bliżej. Kosiarka sąsiada z naprzeciwka chodziła na pełnych obrotach, więc musiała podnieść głos:

— Zgłaszaj. Tylko powiedz im, iż codziennie spuszczam wodę i iż dzieci nie siedzą tam po nocy.

Patrycja wstała, złożyła krzesełko, wzięła syna za rękę.

— Zobaczysz, jak przyjdzie zarząd.

Przyszła nie zarząd, tylko deszcz. W czwartek wieczorem. Lało całą noc, rano trawnik wyglądał, jakby ktoś wylał na niego wiadro szlamu. Basen Magdy leżał złożony w piwnicy, więc nie miała z tym nic wspólnego, ale Patrycja i tak zdążyła rzucić, iż to z powodu basenu ziemia się zapadła. Magda nie odpowiedziała. Stała w oknie i patrzyła, jak deszcz kurz po szybie, i myślała o tym, iż nigdy nie lubiła tego podwórka, odkąd się wprowadzili, ale teraz miała go dość w zupełnie nowy sposób.

W piątek przyszedł list ze spółdzielni. Było w nim zdjęcie basenu, wydruk z regulaminu i prośba o zaprzestanie „samowolnego zajmowania terenów zielonych”. Magda zmięła kartkę, potem ją wyprostowała. Przeczytała drugi raz. W kuchni Franek płakał, bo rozlał mleko, a Hania śpiewała piosenkę z przedszkola, fałszując przy każdej zwrotce. Magda włożyła list do szuflady z dokumentami. Obok dowodu osobistego i karty rowerowej Hani.

Wieczorem, kiedy dzieci zasnęły, wyszła na podwórko. Było chłodniej, po deszczu pachniało mokrym tynkiem. Na ławce siedział pan Mirek, emeryt z trzeciego piętra, i karmił gołębie resztką bułki. Obok niego stała Patrycja. Magda zatrzymała się kilka kroków przed nimi.

— Ty wysłałaś to zdjęcie? — spytała.

Patrycja uniosła podbródek.

— Ja. Bo nie umiesz żyć z ludźmi.

Pan Mirek rzucił ptakom kolejny kawałek bułki.

— Dziewczyny, dajcie spokój. Upał wam mózgi przepalił.

Ale one na siebie patrzyły, jakby pana Mirka nie było. Magda wsunęła ręce do kieszeni bluzy. Poczuła w palcach pognieciony paragon z marketu — ten od basenu.

— Jutro znowu będzie gorąco — powiedziała cicho. — I basen znowu będzie stał.

Patrycja prychnęła, odwróciła się i poszła. Pan Mirek pokręcił głową i rzucił resztę bułki. Gołębie podeszły bliżej, jakby też chciały posłuchać.

W sobotę temperatura skoczyła do trzydziestu pięciu. Magda wstała o szóstej. Napełniła basen, tym razem po brzegi. Kiedy woda sięgała najwyższego paska, wyszła na trawnik i poprawiła go, żeby stał idealnie na środku. Z kuchni wyniosła kilka słoików po ogórkach, napełniła wodą, zakręciła. Ustawiła je rzędem obok basenu — jak granicę.

O jedenastej pod blokiem zebrało się więcej ludzi niż zwykle. Matki z wózkami, para emerytów z przenośnym radiem, Patrycja z synem. Magda siedziała na schodku i obierała młode ziemniaki do miski. Nożyk w jej dłoni pracował szybko, obierki spadały do foliowej torby.

— Co to za słoiki? — spytała jedna z sąsiadek.

— Granica mojego przydziału — odparła Magda, nie podnosząc głowy.

Patrycja podeszła do skraju trawnika.

— To nie jest twój przydział.

— Dwa na metr dwadzieścia. Tyle kupiłam. Reszta jest wspólna.

Zapadła cisza, ale nie na długo. Franek wybiegł z klatki w samych slipkach i wpadł do basenu, rozpryskując wodę. Hania za nim. Rozbryzgi poleciały aż na słoiki, kilka się przewróciło. Patrycja odskoczyła.

— Widzisz? Woda leci na innych!

Magda wstała. Wyjęła telefon z kieszeni, otworzyła stronę spółdzielni i pokazała Patrycji. Na ekranie regulamin, paragraf o swobodnym korzystaniu z terenów zielonych.

— Przeczytałam to po twoim liście. Nigdzie nie ma zakazu stawiania basenu. Jest za to zakaz wyrzucania śmieci. Dlatego wieczorem znowu spuszczę wodę. Tylko nie pod krzak, skoro przeszkadza.

Patrycja zbladła. Sięgnęła po telefon, jakby chciała znaleźć odpowiedź, ale palec zawisł jej nad ekranem. Wtedy z klatki wyszła pani Halina z drugiego piętra, w kapeluszu ze słomy i z kabla od starej suszarki.

— Magda, skarbie — powiedziała. — Ja już nie mogę patrzeć na te wasze awantury. Opłaciłam wodę za miesiąc z góry. Ile ci wyszło na ten basen? Osiem wiader?

— Sześć — podała Magda.

Pani Halina podała jej dziesięć złotych, cała w uśmiechu.

— To masz. Za trzy dni. I niech już będzie spokój.

Magda przez chwilę trzymała banknot dziesięciozłotowy, jakby nie wiedziała, co z nim zrobić. Potem podeszła do Patrycji i wcisnęła go jej do dłoni.

— Weź. Pani Halina chce spokoju. Ja też. Basen zostaje.

Patrycja zacisnęła palce na banknocie. Syn pociągnął ją za sukienkę.

— Mamo, czy mogę chociaż nogi pomoczyć?

Nie odpowiedziała. Stała z dziesięcioma złotymi w garści, a za jej plecami słoiki odbijały słońce. Chłopiec patrzył to na nią, to na wodę. W końcu Patrycja odwróciła się gwałtownie i pociągnęła go w stronę placu zabaw.

Magda nie poszła za nimi. Usiadła z powrotem na schodku, wzięła miskę z ziemniakami. Pani Halina zniknęła w klatce, zanim zdążyła podziękować. Gołąb zszedł z dachu, podszedł do krawędzi basenu i napił się wody. Magda nie odgoniła go. Siedziała, obierała ziemniaki i patrzyła, jak ptak odbija się niebieskimi pasami basenu w mokrej trawie.

Tego wieczoru, zanim zgasiła światło w kuchni, wylała wodę pod krzak dzikiej róży, tak jak robiła zawsze. Sześć wiader. Wokół leżały puste słoiki. Jeden z nich został na środku trawnika, zapomniany, z napisem „ogórki kiszone” na ściance. Nazajutrz ktoś zabrał go i postawił na parapecie w klatce, a obok położył zapałki. Magda widziała to, wracając z biedronki, i pomyślała, iż to pewnie pan Mirek. Tyle iż pan Mirek nie miał już nic do spalenia poza resztką bułki.

Idź do oryginalnego materiału