Babcia faworyzowała jednego wnuka
A mi, babciu? szeptała cicho.
A ty, Weroniko, i tak sobie radzisz. Popatrz, jakie masz rumiane policzki.
Orzechy one są na rozum, Jarkowi trzeba się uczyć, on przecież chłopak, podpora rodziny.
A ty idź, wytarz kurz na półkach. Dziewczyna musi się przyzwyczajać do pracy.
Werka, ty na serio? Przecież ona odchodzi. Lekarze mówią góra kilka dni, może i godzin
Jarek stał w drzwiach kuchni, ściskając w dłoni kluczyki do samochodu. Wyglądał jak zbity pies.
Jestem całkiem poważna, Jarek. Napijesz się herbaty? Weronika choćby się nie odwróciła, tylko spokojnie kroiła jabłko dla córki. Usiądź, zaparzę świeżą.
Jaka herbata, Werka? Brat wszedł głębiej do pokoju. Ona tam leży, te rurki wszędzie, charczy…
Dzisiaj cię wołała rano. Weronika mówi, gdzie moja Weronika?. Normalnie aż serce stanęło. To naprawdę nie przyjdziesz?
To przecież babcia! Ostatnia szansa, rozumiesz?
Weronika starannie ułożyła jabłka na talerzyku i wtedy dopiero spojrzała na brata.
Dla ciebie babcia. A ty dla niej jesteś Jareczek, oczko w głowie, jedyny dziedzic i nadzieja rodu.
A ja… ja dla niej nigdy nie istniałam.
Naprawdę myślisz, iż potrzebuję tego pożegnania?
O czym mamy rozmawiać, Jarek? Że co, powinnam jej przebaczyć? Albo ona mnie?
Daj spokój, Werka, z tymi dziecięcymi żalami! Jarek rzucił kluczami o stół. No, nie kochała cię tak jak mnie. No i co?
Starszy człowiek, swoje dziwactwa miała. Ale odchodzi! Nie można być aż tak… okrutną.
Ja nie jestem okrutna, Jarek. Po prostu nic do niej nie czuję. Idź sam. Posiedź z nią, potrzymaj za rękę dla niej twoja obecność sto razy ważniejsza niż moja.
Ty jesteś jej złotko, słoneczko. To świeć jej do samego końca!
Jarek rzucił na siostrę spojrzenie, odwrócił się i wyszedł, trzaskając drzwiami.
Weronika westchnęła, wzięła talerz z jabłkami i poszła do pokoju dziecka.
***
W ich rodzinie wszystko zawsze było dokładnie podzielone. Rodzice kochali oboje i Weronikę, i Jarka.
W domu zawsze było gwarno, śmiesznie, pachniało szarlotką i wiecznym biegiem.
Ale Apolonia, babcia, miała zupełnie inną naturę.
Jareczku, chodź tu, mój sokole szeleściła babcia, gdy przyjeżdżali do niej na weekendy. Patrz, co ci przygotowałam.
Orzechy włoskie, sama łupałam! I krówki świeżutkie z cukierni!
Weronika, która miała wtedy siedem lat, stała obok i patrzyła, jak babcia wyciąga z komody ukochany woreczek.
A mi, babciu? pytała cicho.
Apolonia obdarzała wnuczkę krótkim, kłującym spojrzeniem.
A ty, Weroniko, i tak zdrowo wyglądasz. Widzisz, jakie masz policzki.
Orzechy są na rozum, Jarek potrzebuje, chłopak, oparcie naszego rodu.
A ty marsz, wytarz kurz. Dziewczyna musi się przyuczyć do pracy.
Jarek, czerwony ze wstydu, zgarniał woreczek i chyłkiem wycofywał się z kuchni, a Weronika szła machać ścierką.
Nie była zła. Dziwne, ale mała Werka traktowała to jak pogodę raz deszcz, raz słońce, raz babcia kocha Jarka, trudno.
W korytarzu zwykle czekał na nią brat.
Masz wciskał jej połowę krówek i garść orzechów. Tylko nie jedz przy niej, bo znów będzie marudzić.
Tobie bardziej trzeba śmiała się Werka. Na rozum.
Daj spokój z tym rozumem krzywił się Jarek. Ona przecież niepoważna. Żuj, szybko!
Siedzieli potem razem na schodach na strych i zajadali nielegalne słodycze. Jarek zawsze się dzielił.
Nawet jak babcia dawała mu po kryjomu dwadzieścia złotych na lody, leciał od razu do Weroniki:
Chyba na dwa Bambino wystarczy, a jeszcze na gumę z obrazkiem zostanie. Lecimy?
Brat był dla niej podporą, jego miłość skutecznie zastępowała babciną oziębłość Weronika choćby nie czuła braku.
Lata mijały. Apolonia starzała się. Gdy Jarek skończył osiemnaście, babcia z dumą oznajmiła na rodzinnym zebraniu, iż zapisuje na niego swoje drugie, dwupokojowe mieszkanie w centrum Poznania.
Podpora rodu musi mieć swój kąt ogłosiła uroczyście. Żeby sprowadził panią do swego domu, a nie wegetował po kątach.
Mama tylko westchnęła. Doskonale znała charakter matki i nie miała siły kłócić się, ale gdy wszyscy się rozeszli, weszła do pokoju Weroniki.
Córeczko, posłuchaj My z tatą wszystko widzimy. Ustaliliśmy: te pieniądze, co odkładaliśmy na samochód i powiększenie mieszkania, oddamy tobie.
To będzie twój wkład na własne M. Żeby było sprawiedliwie.
Mamo, daj spokój Weronika ją objęła. Jarkowi mieszkanie bardziej się przyda, on zaraz z Anką się hajta. A ja sobie jeszcze na stancji pomieszkam.
Nie, Werka, tak nie może być. Babcia ma swoje dziwactwa, ale my, rodzice, nie będziemy jednej wyróżniać, drugiego pomijać. Bierz i nie dyskutuj.
Weronika nie przyjęła.
Jarek wprowadził się do babcinego M po ślubie i duże mieszkanie rodziców opustoszało.
Werka zajęła dawny pokój brata, poustawiała książki, sztalugę i pierwszy raz poczuła, jak to jest: mieć miejsce, gdzie nikt nie dzieli miłości na istotną i nieważną.
Z bratem ich relacje przez ten majątkowy podział ani trochę nie ucierpiały. Wręcz przeciwnie Jarek czuł niejasną winę.
Wpadnij do nas mówił, zaglądając z wizytą. Anka napiekła placków. A babcia cóż, znasz ją. Wczoraj dzwoniła, pytała, czy jej pieniądze nie poszły na twoje fanaberie.
I co powiedziałeś?
Że wszystko przepuściłem w jednorękich bandytach i na drogi koniak zaśmiał się Jarek. Przez trzy minuty tylko ciężko dyszała w słuchawkę, a potem parsknęła: To przez Weronikę to ona cię źle nauczyła!
No oczywiście uśmiechnęła się Werka. Kto by inny?
***
Gdy Weronika wyszła za Łukasza i urodziła się córka, sprawa mieszkania zrobiła się pilna. Mama znów popisała się dyplomacją.
Słuchajcie dzieciaki powiedziała mamy wielką trójkę. Jarek ma swoje dwa pokoje, Werka z Łukaszem są na wynajmie.
Może podzielimy trójkę na kawalerkę i dwa pokoje? Kawalerka dla nas z tatą, Werka z rodziną do dwójki.
Mamo wtrącił Jarek. Ja z mojej części w rodzinnym M się zrzekam. Mam mieszkanie po babci, to mi wystarczy.
Niech Werka bierze wszystko, i tyle mają córeczkę, im bardziej potrzeba.
Jarek, zwariowałeś? Łukasz aż zaniemówił To przecież sporo pieniędzy. Jesteś pewny?
Pewny. Przecież z Wercją od zawsze wszystko na pół. Po babci i tak nie dostała czułości, chociażby za to. Nie ma dyskusji.
Weronika wtedy popłakała się nie ze szczęścia z powodu metrażu, tylko z wdzięczności bo jej brat to naprawdę najlepszy facet na świecie.
Rozmienili mieszkanie rodziców i każdy został przy swoim.
Mama często wpadała pomóc z wnuczką, Jarek z żoną i synami bywali w każdy weekend.
A Apolonia mieszkała sama. Jarek woził jej zakupy, naprawiał krany, słuchał narzekań na zdrowie i niewdzięczną Weronikę.
Choć raz zadzwoniła? pytała babcia, zaciskając wargi. Chociaż raz zapytała, jak ciśnienie?
Babciu, sama jej nie chciałaś znać odpowiadał łagodnie Jarek. Nigdy dobrego słowa nie powiedziałaś przez dwadzieścia lat. Czemu miałaby dzwonić?
Skoro chciałam ją wychować! ostrzegawczo oburzała się staruszka. Kobieta powinna znać swoje miejsce! A ona Gdzieś tam mieszkanie zagarnęła, matkę z domu wygryzła.
Jarek tylko wzdychał. Tłumaczyć nie było sensu.
***
Weronika siedziała w kuchni, a w głowie pojawiały się obrazy.
Babcia odpycha jej rękę od słoika z dżemem. Babcia chwali Jarkowego bazgroła, a jej dyplom z olimpiady pomija milczeniem.
Babcia króluje na weselu Jarka. Na ślub Weroniki nie przyszła jestem chora.
Mamo, czemu nie jedziemy do babci Poli? córka wygląda zza drzwi kuchni. Wujek Jarek mówił, iż mocno chora.
Bo babcia Pola chce widzieć tylko wujka Jarka, skarbie głaszcze ją Weronika po głowie. Tak jej wygodniej.
Jest niedobra? córka mruży oczy.
Nie Werka zamyśliła się. Po prostu nie potrafiła kochać wszystkich naraz. Miała w sercu miejsce dla jednej osoby. Trudno. Tak bywa.
Wieczorem zadzwonił brat.
Koniec, Werka. Godzinę temu.
Przyjmij wyrazy współczucia, Jarek. Ciężko ci, wiem.
Do końca o ciebie pytała skłamał brat. Weronika wiedziała, iż skłamał z dobroci, by ich pogodzić choć na finiszu. Powiedziała: Niech Weronika ma dobrze.
Dzięki, Jarek… Przyjedź jutro do nas. Posiedzimy, wspomnimy ją. Upiekę placek.
Przyjadę Werka, nie żałujesz? Że nie poszłaś?
Werka nie skłamała.
Nie, Jarek. Nie żałuję. Po co ta hipokryzja? Ani ona mnie, ani ja jej nie chciałyśmy widzieć
Brat zamilkł na chwilę.
Chyba masz rację odetchnął wreszcie. Zawsze byłaś tą rozsądniejszą. Do jutra.
Pogrzeb był cichy, Werka przyszła dla mamy i brata. Stała z boku w czarnym płaszczu, gapiąc się na to polskie, szare niebo, które zawsze zwisa nad cmentarzem w takich okolicznościach. Gdy trumnę opuszczali do grobu, nie płakała.
Brat podszedł, objął ją za ramiona.
Jak się trzymasz?
W porządku, Jarek. Naprawdę.
Wiesz przerwał ostatnio coś sprzątałem w jej mieszkaniu Znalazłem szkatułkę. Tam były stare zdjęcia.
Twoje też. Pełno ich. Wszystkie powycinane z rodzinnych, trzymała je osobno.
Werka uniosła brwi ze zdziwienia.
Po co?
Nie wiem. Może jednak coś czuła, tylko nie umiała okazać? Może bała się, iż jak przyzna uczucie do ciebie, to mnie mniej zostanie? Starzy ludzie są dziwni.
Może Werka wzruszyła ramionami. Już to bez znaczenia.
Szli do wyjścia z cmentarza pod jednym parasolem wysoki, muskularny Jarek i filigranowa Weronika.
Wiesz co zaczął Jarek, gdy doszli do samochodów mieszkanie będę sprzedawać.
Kupię sobie trójkę, chłopakom po kawalerce na przyszłość, a resztę Może załóżmy jakiś fundusz? Albo wspomożemy oddział dziecięcy? Niech te babciowe pieniądze dadzą komuś trochę szczęścia.
Werka spojrzała na brata i po raz pierwszy od kilku dni naprawdę się do niego szeroko uśmiechnęła.
Wiesz, Jarek… To byłaby najlepsza zemsta na Apolonii. Najbardziej szlachetna zemsta świata.
Czyli ustalone?
Ustalone.
Odjechali każde w swoją stronę. Weronika jechała przez miasto, słuchała radia i czuła, jak w końcu w jej wnętrzu zapada prawdziwy spokój.
Chyba brat miał rację. Niech część pieniędzy pójdzie na leczenie jakiegoś dziecka. Tak będzie sprawiedliwie.










