Zastałam babcię w letniej kuchni, jak siedziała na taborecie i skubała pierze z poduszki. W radiu grało disco polo, babcia podśpiewywała pod nosem, a na stole stała jej ulubiona emaliowana miska z ogórkami małosolnymi. Od progu poczułam ten zapach — koperek, czosnek, chrzan. Pachniało latem i dzieciństwem.
— Musisz, Jolka, męża swojego porządnie przywitać — powiedziała babcia, nie przerywając skubania. — Tak jak w kinie pokazują.
Zamarłam z siatką pomidorów w ręku. Babcia Wanda miała osiemdziesiąt trzy lata. Całe życie przepracowała w polu, najpierw w PGR-ze, potem na swoim gospodarstwie. Nie pamiętam, żeby kiedykolwiek mnie przytuliła. Nie dlatego, iż nie chciała — po prostu w naszym domu czułości nie były w zwyczaju. A tu nagle takie słowa.
— Usmaż naleśników, postaw świeczki, wyciągnij tę naleweczkę z malin, co ją zeszłej jesieni robiłaś — ciągnęła babcia, jakby tłumaczyła mi, jak się kapustę kisi. — No wiesz, romantyczna kolacja. Jak świeczek nie masz, to ja z kościoła przyniosę, po dwa złote sztuka.
Poczułam, jak serce mi przyspiesza. Otworzyłam usta i zamknęłam z powrotem. „No to się zaczęło" — pomyślałam. Stara Stefanowa spod czwórki, co jej Pan Bóg do dziewięćdziesiątki dociągnął, to najpierw zaczęła do gołębi mówić, a potem po wsi w jednej hali biegała, aż ją syn zamknął. A teraz moja babcia…
— Babciu, co ty opowiadasz? — przeniosłam siatkę z pomidorami na stół, żeby zająć ręce. — U nas w domu to choćby słowa „biustonosz" się nie wymawiało! Jak mi pierwszy raz podpaski kupowałaś, toś je w gazetę trzy razy owinęła, żeby nikt w sklepie nie zobaczył. A teraz mi każesz męża uwodzić?
— Bo wstyd o takich rzeczach głośno mówić — burknęła babcia. — To nie znaczy, iż trzeba żyć jak mniszka.
— Ty z dziadkiem przez czterdzieści lat na jednym łóżku spaliście i w życiu nie widziałam, żebyś mu kanapki do roboty zrobiła! Zawsze sam brał, co mu zostawiłaś na blasze. A teraz mi o świeczkach?
Babcia odłożyła poduszkę. W kuchni zrobiło się cicho, tylko radio grało — akurat leciała jakaś stara składanka z lat dziewięćdziesiątych, bo babcia innej stacji nie uznawała. Spojrzałam na nią i nagle zobaczyłam, ile ma drobnych zmarszczek wokół oczu. Za oknem wiatr szarpał firankę, która kiedyś była biała, a teraz miała kolor jesiennej herbaty.
— Swoich błędów już nie naprawię — powiedziała babcia. — To chociaż ciebie nauczę. Patrzeć nie mogę, jak z tym swoim Sławkiem co wieczór na noże. Może jak mu kolację zrobisz, to i awantur dokońca przestaniecie.
Zabrałam ogórka z miski, ugryzłam. Był zimny i chrupiący. Nie chciało mi się o tym gadać.
— Babciu, ja wstaję o piątej, bo kury czekają. Mam dwadzieścia trzy kury, cztery kaczki, dwie świnie. W ogrodzie sama wszystko pieli, bo Sławek po robocie pada na kanapę i mówi: „Na kasę ci daję, to se radź". Wieczorem ledwo do prysznica dolezę. Jaka romantyczna kolacja, jak mi się oczy same zamykają?
— Właśnie „na kasę ci daję" — powtórzyła babcia. — I myślisz, iż mu o kasę chodzi? Ty zobacz, jak teraz kobiety wyglądają. Włosy z pasemkami, paznokcie zrobione, sukienki kolorowe. A ty co? Stary dres.
To zabolało. Też mnie irytował ten dres. Ale to był jedyny, w którym nie przeszkadzało mi się schylać do chlewika.
— Ty, babciu, kolorowej telewizji się najadłaś — mruknęłam, sięgając po drugiego ogórka. — Trzeba ci było nie montować tej anteny. Kupiłam kablową, żebyś miała programy rolnicze, a ty mi tu jakieś romanse.
Babcia machnęła ręką i wróciła do pierza. A ja wyszłam z jej kuchni i poszłam ścieżką między jeżynami do swojego gospodarstwa. Nogi miałam ciężkie od upału, muchy latały nad kalużą przy studni. Przez całą drogę myślałam o ogórkach, które trzeba zebrać wieczorem, o tym, iż piec trzeba oporządzić, o rachunku za prąd — trzysta dwadzieścia złotych za dwa miesiące, żeby to cholera wzięła. I o tym, iż Sławek choćby „dziękuję" za obiad nie mówił, odkąd się wprowadziliśmy do domu po jego matce. Dziesięć lat już.
Wieczorem, zamiast zbierać ogórki, usiadłam na ławce pod orzechem i wyciągnęłam telefon. Długo tam siedziałam, patrząc na zdjęcie Sławka w kurtce, którą mu kupiłam na imieniny. Nie wiem, co we mnie wstąpiło. Może ten upał, może babci gadanie. Ale zrobiłam mu kolację.
Naleśniki. Świeczki. Butelkę nalewki babci Wandy. Włosy upięłam, usta pomalowałam szminką, którą schowałam trzy lata temu do szuflady, bo „gdzie będę z tym chodziła". Sławek wrócił po dwudziestej. Stanął w progu, popatrzył na stół, na mnie, na świeczki.
— A co to, święto jakieś? — zapytał.
— Nie. Kolacja.
— Ja już jadłem. Marek stawiał kebaba, bo mu pomogłem z tą skrzynią.
Wyjął telefon, usiadł na kanapie, zdjął buty i włożył dłoń do paczki czipsów, która od wczoraj tam leżała. Świeczki paliły się dalej. Wianek poszedł się myć. Kaczki darły się na podwórku, jakby im ktoś zabrał miskę z zielonką.
Potem się zastanawiałam, co ze mną jest nie tak. Ale nie, to nie to.
Trzy dni później poszłam do urzędu gminy. Układałam dokumenty chyba z tydzień, ale udało się. Okazało się, iż przy podziale majątku nie muszę oddawać tego, co mi po babci przepisała. Sławek myślał, iż jak wszystko jest wspólne, to mnie ma w garści. Nie miałam już siły na romantyczne kolacje. Poszłam do prawniczki, spisałyśmy intercyzę z podziałem nieruchomości. Traktor pojechał na sprzedaż, bo nie było komu jeździć. Sławek zażądał połowę. Dostał dwadzieścia dwa tysiące. Nie czterdzieści, które wyceniał, bo prowizja dla komisu była.
Babci Wandzie na koniec powiedziałam:
— Ta twoja kolacja mi pomogła, wiesz?
— Widziałam, iż coś w kobiety wstąpiło — pokiwała głową. — I dobrze. Ja z dziadkiem całe życie nie umiałam. Ty to inaczej pójdziesz.
— I to tak zostanie?
— A widzisz, Jola. Ty się nie bój niczego.
I nie bałam się. Pojechałam do Kazimierza Dolnego na targ staroci. Kupiłam stary emaliowany młynek do kawy. Stoi na parapecie w mojej kuchni. Nieużywany. Ale za każdym razem, gdy do niego podchodzę, to wiem, co robię dalej.
Sławek czasem dzwoni. Niedawno zapytał, czy nie sprzedałam jego wędki. Zabrał swoje rzeczy, ale wędki zapomniał. Powiedziałam, iż oddam za sto pięćdziesiąt złotych, bo tyle mnie kosztował serwis. Wkurzył się i trzasnął słuchawką. Wędka dalej stoi za szafą. I niech stoi.







