Hanna Nowak otworzyła oczy w nieznanym pokoju.
Przypominał szpitalną salę.
Głowa pękała z bólu.
W pamięci była pustka.
Jak tu trafiła? Co się stało?
Zamknęła oczy, próbując odtworzyć wydarzenia.
W myślach pojawiło się jej mieszkanie.
Dwupokojowe, skromne, ale przytulne.
Dostała je od zakładu pracy, po śmierci męża.
Od lat mieszkała tam z synem Jackiem.
Panowała zgoda i ciepło.
Wszystko zmieniło się, gdy Jacek ożenił się z Kasią.
Od razu zaczęły się konflikty.
– To jest straszne – mówiła Kasia, rozglądając się po mieszkaniu.
– Meble jak z muzeum, firanki z PRL-u. Trzeba to wyrzucić!
Hanna zaciskała zęby.
Każdy przedmiot był pamięcią o mężu.
– To mój dom i ja decyduję, co zostaje – odparła ostro.
– jeżeli ci się nie podoba, drzwi są otwarte.
Dla Kasi to był policzek.
Postanowiła działać po swojemu.
Następnego dnia zażądała wyniesienia książek.
– Tu się nie da oddychać! Wszędzie kurz!
– A my, na marginesie, spodziewamy się dziecka!
Hanna wybuchnęła:
– Te książki to nie tylko papier.
– Chcesz oddychać? Odkurz. Ale biblioteki nie dotykaj.
– Remontu nie rób, poczekaj, aż mnie zabraknie.
Kłótnie stały się codziennością.
Jacek, zmęczony awanturami, wyprowadził się z żoną.
Matkę odwiedzał regularnie.
Pewnego dnia poprosił zawstydzony:
– Mamo, postaraj się dogadać z Kasią.
– To dla nas trudne, a ty jesteś nam potrzebna.
– Staram się. Ale mam wrażenie, iż ona lubi te konflikty.
– Jakoś to rozwiążemy – powiedział, choć sam nie wiedział jak.
Życie znów się zmieniło, gdy w parku poznała Władysława.
Starszego, samotnego wdowca.
Rozmowa była ciepła, prawdziwa.
Po raz pierwszy od lat poczuła ulgę.
Przy kolacji przedstawiła go synowi i synowej.
– Jacek, Kasiu, to Władysław Kowalski. Zamieszka ze mną.
– A wy – dodał Władysław z uśmiechem – możecie wziąć moje mieszkanie. Małe, ale za darmo.
Kasia wybuchła:
– Żartujecie?! My z dzieckiem w kawalerce, a wy jak królowie?!
Wyszła z hukiem.
Jacek, czerwony ze wstydu, pobiegł za nią.
Hanna została oszołomiona.
Wspomnienia przerwał ostry ból.
Gdzie ona jest teraz? Jak tu trafiła?
Drzwi się otworzyły, weszła młoda pielęgniarka.
W milczeniu sprawdziła puls i temperaturę.
– Proszę pani… gdzie ja jestem? Co się stało?
– Nie pamięta pani? Zaatakowała pani starszą kobietę.
– Ledwo ją uratowano. Miała pani szczęście.
– Co pani mówi?! Nikogo nie dotknęłam! To pomyłka!
Pielęgniarka nic nie odpowiedziała.
Zrobiła zastrzyk i wyszła, choćby nie patrząc.
Po chwili pojawiła się kobieta około sześćdziesiątki.
– Cześć. Jesteś Hanna? Ja – Ewa.
– Jestem tu od niedawna, ale już wiele zrozumiałam.
– To nie szpital. To dom opieki.
– Większość trafia tu przez rodzinne kłótnie, nie przez choroby.
Hanna była zdezorientowana:
– Ale ja mam wszystko – mieszkanie, emeryturę.
– Syn nigdy by czegoś takiego nie zrobił…
– Prawie wszyscy tu mieli „wszystko”. A jednak jesteśmy tu.
– U niektórych nagle demencja, u innych napady agresji.
– Łatwo to podrobić.
– Nie jestem chora! Mam jasny umysł! – krzyknęła Hanna.
– To przypomnij sobie, co było wcześniej. Coś dziwnego?
Zamilkła, myśląc.
Ostatnie dni były ciężkie.
Kasia zaczęła częściej przynosić jedzenie.
Zwłaszcza pierogi, od których nie można się było oderwać.
Po nich chciało się spać.
Myśli się plątały.
– To ona. To jej pomysł. Zawsze mnie nienawidziła.
– Ale Jacek… on by na to nie pozwolił.
– I Władysław… on mnie znajdzie.
Ewa pokręciła głową:
– Nie licz na to, Hanno.
– Tu nikt po ciebie nie przyjedzie.
Hanna poczuła, jak ziemia usuwa się jej spod nóg.
Zrozumiała, iż to nie koniec koszmaru.
To dopiero początek.








