Awaria systemu

newskey24.com 4 godzin temu

Awaria systemu

Jagoda, jesteś w domu?

Radek, przecież zawsze w niedzielny poranek jestem w domu. Dobrze o tym wiesz.

To otwórz drzwi.

Spojrzałem przez wizjer na Radka. Stał w korytarzu w rozpiętej kurtce, przy nogach dwie wielkie torby, z miną człowieka, co właśnie przegrał istotny zakład. Za nim majaczyły dwa dziecięce sylwetki, jedna większa, druga mniejsza. Zamknąłem powieki, potem otworzyłem. Sylwetki nie zniknęły.

Przekręciłem zamek.

Dzień dobry uśmiechnął się Radek tym swoim uśmiechem, który miał od dzieciństwa. Uśmiechem człowieka, który za chwilę poprosi o przysługę.

Nie odpowiedziałem.

Jeszcze się nie odezwałem.

Uśmiechasz się w ten sposób. To znaczy: nie.

Szymon przecisnął się obok ojca i spojrzał na mnie z dołu do góry sześcioletni, z kępką niesfornych blond włosów i sznurówką ciągnącą się po parkiecie. Obok niego Marysia trzymała w ręku pluszowego królika bez jednego ucha i wpatrywała się we mnie z tym dziecięcym spokojem, w którym nie ma cienia lęku.

Spojrzałem na parkiet jasny dąb, świeżo położony przez pana Staszka, którego umawiałem przez dobre półtora miesiąca. Sznurówka Szymona była… czymś brązowym. Nie sprawdzałem czym dokładnie.

Wejdźcie, tylko zdejmijcie buty zaraz przy drzwiach.

Mój apartament na ósmym piętrze świeżo oddanego do użytku osiedla Północna Korona był miejscem, które naprawdę uważałem za sukces. Nie stanowisko starszego specjalisty ds. sprzedaży w Domowo, nie samochód, nie konto w banku. Mieszkanie, sto cztery metry, trzy metry wysokości, okno od podłogi do samego sufitu z widokiem na park. Przez dwa lata dobierałem dodatki, szukałem zasłon w idealnym odcieniu szaroniebieskim, który wieczorem stawał się prawie szary. Kanapa z katalogu Estella szeroka, szara, z wysokim oparciem. Dębowy stolik z charakterystycznym spękaniem. Najpierw chciałem go zwrócić, potem uznałem, iż to taki charakter drewna. Żadnych niepotrzebnych rzeczy. Żadnych bibelotów na parapecie. Kosmetyki BelleVisage ustawione co do centymetra w łazience, ręczniki w jednym kolorze, drewniane wieszaki w szafie.

To była moja wypracowana codzienność. Każdy szczegół na miejscu. Cisza prawdziwa miejska cisza ósmego piętra, kiedy słychać tylko delikatny szum ekspresu Livingston w kuchni i od czasu do czasu deszcz na szybie.

Radek odstawił torby w przedpokoju. Dzieci zdjęły buty. Szymon natychmiast dotknął ręką białej ściany.

Szymon! upomniałem.

Co?

Ręce.

Spojrzał na dłoń, potem na ścianę, potem na mnie.

A co z nimi?

Wziąłem głęboki wdech. Trzy sekundy wdechu, trzy sekundy wydechu nauczyli mnie tego na szkoleniu z redukcji stresu.

Radek, mów, szybko.

Brat przeszedł do kuchni i usiadł na hokerze przy barze. Złożył ręce na blacie gest kapitulacji.

Jedziemy z Kasią do sanatorium. Na osiem dni. Musimy pogadać. Naprawdę musimy. Ale z dziećmi się nie da.

Nie macie innej opcji?

Mama w Ciechocinku do przyszłego piątku, wiesz. Rodzice Kasi na wsi, właśnie tam doszedł koronawirus, dzieci nie można wwozić. Jagoda proszę tylko o jedno. Osiem dni.

Osiem dni powtórzyłem.

Może dziewięć. Wrócimy w przyszłą niedzielę.

Z pokoju dobiegł typowy dźwięk przewracania czegoś na podłogę.

Marysia, nie dotykaj niczego! krzyknął Radek w stronę pokoju, choćby się nie odwracając. Słychać, iż powtarza to setki razy dziennie.

Radek pracuję zdalnie. W środę mam istotną prezentację dla klientów z trzech miast. Nie ogarniam dzieci. Nie wiem, co jedzą, co im mówić, o której kłaść spać.

Jedzą wszystko oprócz cebuli. Szymon nie je pomidorów. Możesz mówić cokolwiek, nie marudzą. Marysia śpi z królikiem, Szymonowi czytaj książkę wieczorem, jest w torbie.

Radek

Jagoda brat spojrzał na mnie w taki sposób, iż coś mi ścisnęło mostek. Nie litość. Coś innego, zmęczenie, z którym się nie dyskutuje. Jak nie wyjedziemy teraz, nie wiem co będzie z naszą rodziną. Po prostu nie wiem.

Za oknem płynęła spokojnie biała chmura. Bardzo biała, bardzo spokojna.

Osiem dni zgodziłem się w końcu.

Dziękuję ci.

Nie dziękuj jeszcze. Może zadzwonię za trzy godziny.

Będę pod telefonem. Kasia też.

Radek wyszedł szybko, za szybko, jak ktoś, kogo chce się powstrzymać. Ucałował dzieci w głowy, mówił coś o cioci Jagodzie, najlepszej na świecie, zostawił na barze kartkę z instrukcjami napisanymi swoim krzywym pismem, po czym zamknął za sobą drzwi.

Stałem w przedpokoju.

Szymon i Marysia patrzyli na mnie.

No odezwałem się.

No przyznał Szymon.

Jesteście głodni?

Ja chcę sok! zawołała Marysia.

Jaki?

Pomarańczowy.

Pomarańczowy czy taki pomarańczowy?

Pomarańczowy. Taki, co jest pomarańczowy.

Otworzyłem lodówkę. Były dwa rodzaje wody mineralnej, pojemnik z pokrojonymi warzywami, jogurt naturalny, napoczęta butelka białego wina. Soku brak. Nigdy choćby nie myślałem, żeby kupić sok dla dzieci.

Pójdziemy do sklepu zdecydowałem.

Super! wykrzyknął Szymon tak głośno, iż echo poniosło się po trzymetrowym suficie.

Skrzywiłem się.

Sklep był w sąsiednim bloku, pięć minut spacerem. W tym czasie Marysia czterokrotnie upuściła królika, Szymon pozciskał wszystkie możliwe guziki w windzie, łącznie z alarmem, i opowiedział mi długą historię o chłopcu z przedszkola, który umie splunąć przez zęby na dwa metry. Dowiedziałem się o nim więcej, niż chciałem.

W sklepie kupiłem cztery rodzaje soku, mleko, chleb, jogurty truskawkowe, makaron, panierowane kotlety z kurczaka, jabłka, banany i ciastka w kolorowym opakowaniu. Szymon sam wrzucił ciastka do koszyka, gdy patrzyłem na sery. Nie wyjąłem ich już choćby tydzień temu bym to uznał za kapitulację.

Pierwszy dzień minął względnie spokojnie. Poza tym, iż Marysia rozlała sok na stolik, a Szymon z impetem wpadł barkiem w futrynę i płakał przez pięć minut. Nie wiedziałem, jak uspokaja się dzieci. Dałem mu szklankę wody i powiedziałem, iż przejdzie. To zwykle mówiłem dorosłym i zadziałało. Szymon wypił, pociągnął nosem i poszedł oglądać bajki na tablecie z torby od Radka.

Zasnąć nie chcieli ani o dziewiątej, ani o dziesiątej, ani o wpół do jedenastej. W końcu przeczytałem Szymonowi książkę o misiu szukającym malin dwa razy, bo poprosił. Marysia zasnęła na kanapie z królikiem w objęciach. Przez dwadzieścia sekund patrzyłem na nią, potem ostrożnie podniosłem i zaniosłem do pokoju gościnnego. Była lekka i ciepła, jak małe słoneczko. Nie obudziła się.

Wróciłem do kuchni, zaparzyłem sobie napar ziołowy w termokubku Livingston i włączyłem laptopa. Do prezentacji zostały trzy dni. Musiałem wykonać dwa slajdy, przećwiczyć wstęp.

Siedziałem w tej ciszy i piłem herbatę, ale nie mogłem się skupić.

Drugiego dnia rano dzieci obudziły mnie o szóstej trzydzieści siedem pamiętam dokładnie, bo spojrzałem na telefon Livingston wtedy, gdy dobiegał huk z salonu.

Szymon wstał pierwszy i postanowił zbudować fort z poduszek kanapy. Wszystkie na podłodze, koc też, sam Szymon w środku, jedząc ciastka wygrzebane z drugiej półki kuchennej szafki. Okruchy na podłodze.

Dzień dobry powiedział energicznie.

Dzień dobry odezwałem się.

Robisz naleśniki?

Placki?

Takie z syropem klonowym.

Nie mam syropu klonowego.

Szkoda.

Ugotowałem kaszę gryczaną. Zjadł bez marudzenia. Marysia obudziła się o ósmej, przyszła z królikiem, wgramoliła się na stołek i powiedziała:

Taką kaszę jak Szymon.

Pomyślałem, iż idzie nieźle.

Potop wydarzył się we wtorek o czternastej.

Pracowałem nad prezentacją dzieci bawiły się w wannie papierowymi statkami z wyrzuconych rachunków. To wydawało się bezpieczne, woda, dzieci się bawią, cisza.

Po dwudziestu minutach cisza się skończyła.

Źle poczułem od razu. Najpierw dokończyłem slajd, potem nalałem sobie wody i zauważyłem, iż coś błyszczącego rozlewa się pod drzwiami łazienki na kafle w korytarzu.

O nie powiedziałem tym tonem głosu, którym mówi się, kiedy już za późno.

Kran w łazience był odkręcony na maksa. Dzieci się zagalopowały, a potem według Szymona wyszły oglądać bajkę. Spust wanny był zatkany przez statek-admiralski, jakoś utknął. Woda lała się przez krawędź już od co najmniej dziesięciu minut.

Zakęciłem kurek. Spojrzałem na podłogę. Zamknąłem oczy.

Po dwudziestu minutach, właśnie gdy zbierałem wodę szmatką, zadzwonił dzwonek do drzwi.

Kto tam?

Sąsiad z dołu. Siódme piętro.

Otworzyłem. Przede mną facet koło czterdziestki, wysoki, lekko rozczochrany, w dżinsach i granatowym swetrze. Spokojna twarz, w ręku trzymał telefon, wyświetlając mi zdjęcie mokrego sufitu z powiększającą się plamą od żyrandola.

Andrzej. Mieszkanie siedemdziesiąt dwa.

Jagoda. Osiemdziesiąt cztery. Westchnąłem. Wiem, co się stało. Dzieci.

Rozumiem. Schował telefon do kieszeni. Pomóc?

Spoglądałem na niego, czekając, aż zacznie wywód, iż nie powinienem tak robić, iż zadzwoni na administrację, iż muszę zapłacić za remont. Umiałem prowadzić takie rozmowy, w końcu to była moja praca.

Powiedział pan pomóc? dopytałem.

Z dźwięków wynika, iż dalej dużo wody. Mam suszarkę do podłóg i dobrą ściera z wyciskaczem.

Za moimi plecami wychylił się Szymon.

To przez nas masz mokro? zapytał z ciekawością.

Przez was zgodził się Andrzej. I tyle. Pochylił lekko głowę i zapytał: Pływały dobrze?

Super! ucieszył się Szymon. Zbudowałem lotniskowiec!

Imponujące.

Proszę wejść rzuciłem, bo nie miało sensu trzymać go w korytarzu.

Godzinę zbieraliśmy wodę. Andrzej pracował bez mruknięcia, bez pretensji, czasem pozwalał Szymonowi pomagać. Marysia obserwowała z progu, królika trzymała pod brodą i precyzyjnie wskazywała miejsca, gdzie jeszcze jest mokro.

Bardzo zniszczyło sufit? zapytałem, kiedy skończyliśmy.

Trochę. Stara farba, odpryśnie i tak. Plama wyschnie.

Zwrócę za malowanie.

Zobaczymy wzruszył ramionami. Brzmiało to jak spokojna refleksja, nie groźba. Długo jesteś z dziećmi?

Drugi dzień.

Twoje?

Siostrzeńcy. Ja nie mam dzieci.

Skinął głową. Rzucił okiem na Szymona, który już zapomniał o potopie i majstrował pilotem od telewizora.

Rada: zabezpiecz odpływ nakładką z gumy, kupisz w każdym markecie. I zawsze zakręcaj wodę.

Zapamiętam.

Powodzenia. Wziął mop, już w drzwiach dodał: Mieszkam na siódmym. Dzwońcie, jakby co.

Dlaczego jest pan taki spokojny? wyrwało mi się.

Andrzej pomyślał chwilę.

A miałbym krzyczeć? Sufit nie wyschnie szybciej.

Wyszedł. Zamknąłem drzwi i oparłem się o nie plecami. Za oknem zachodziło słońce. Marysia domagała się od Szymona połowy ostatnich ciastek, Szymon nie chciał oddać.

Podszedłem i podzieliłem po równo, w milczeniu.

Dzieci spojrzały z szacunkiem.

W środę rano przygotowywałem się do prezentacji. Dzieci oglądały bajki w salonie, na stole miseczki z jabłkami i krakersami. Wszystko pod kontrolą.

Prezentacja ruszyła o jedenastej. Siedziałem przy biurku, laptop z kamerą, słuchawki, marynarka na domowej koszulce. Połączyło się siedem osób z trzech miast dyrektor oddziału z Gdańska, dwaj partnerzy z Warszawy, regionalny z Poznania.

Pierwsze piętnaście minut idealnie. Oprowadziłem po nowej kolekcji Estella, wytłumaczyłem politykę cenową, odpowiedziałem na dwa pytania.

W szesnastej minucie otworzyły się drzwi gabinetu.

Ciociu Jagodo! Marysi głos chyba słychać było na siódmym piętrze choćby bez mikrofonu. Szymon zabrał mi królika!

Marysia, teraz pracuję.

On mówi, iż królik jest brzydki!

Jest brzydki! zza drzwi.

Przepraszam, chwileczkę powiedziałem do kamery z uśmiechem.

Wcisnąłem pauzę. Wyszedłem do salonu. Szymon trzymał królika za ucho, Marysia za tułów, ciągnęli w dwie strony.

Puścić rzuciłem. Oboje puścili. Królik padł. Marysia zgarnęła i przytuliła.

Szymon, umiesz oglądać bajki w ciszy?

Bajkę już skończyli.

Włącz kolejną.

Jaką?

Następną z kolejki.

Tam reklamy.

Spojrzałem na niego. On na mnie. Podszedłem, znalazłem odpowiedni kanał. Wróciłem do gabinetu.

Przez osiem minut był spokój. Wreszcie Szymon wszedł sam.

Muszę do łazienki oświadczył prosto do kamery.

Szef z Gdańska parsknął śmiechem pierwszy, potem rozbawili się pozostali. Poczułem, iż się rumienię pierwszy raz od lat.

Przecież wiesz, gdzie łazienka.

Wiem. Chciałem powiedzieć.

Idź, proszę.

Prezentacja rozpadła się w sensie atmosfery, ale zyskała na autentyczności. Partner z Warszawy przyznał, iż sam ma troje dzieci i doskonale rozumie. Regionalny z Poznania zainteresował się kolekcją. Umówiliśmy się na rozmowę w przyszłym tygodniu.

Zamknąłem laptopa i przez chwilę po prostu siedziałem.

Nie byłem zły. Spodziewałem się, ale tego akurat nie czułem.

Zrobiłem dzieciom kanapki z żółtym serem. Szymon powiedział, iż dobre, Marysia zjadła pół, bo gadała z królikiem.

O czwartej zadzwonił dzwonek.

Przyniosłem nakładkę do wanny powiedział Andrzej. Podał przezroczysty woreczek z gumową zatyczką.

Specjalnie był pan w markecie?

I tak musiałem kupić chleb.

Proszę wejść.

Nie planowałem go zapraszać. Po prostu tak wyszło. W przedpokoju Szymon pojawił się z okrzykiem:

O, pan od wody!

Ten sam odpowiedział Andrzej.

Już sucho u pana?

Prawie. Jeszcze dwa dni.

To dobrze. A umie pan grać w Jengę? Mam w torbie.

Umem.

To chodźmy!

I Andrzej wylądował przy dębowym stoliku z Szymonem i Marysią. Marysia nie ogarniała Jengi, ale pilnowała królika jako kibica. Andrzej grał poważnie, z szacunkiem, co jak potem pomyślałem dzieci wyczuwały bez słów.

Udałem, iż szykuję kolację, choć tylko ich obserwowałem.

Ostrożnie, tu z boku łatwiej wysunąć tłumaczył Szymonowi Andrzej.

Skąd pan wie?

Wieże mają słabe miejsca. Trzeba znaleźć.

W życiu też?

Andrzej zamyślił się.

Podobnie.

Jedliśmy wszyscy razem. Andrzej został nieoczekiwanie, pomógł podsmażyć kotlety, pokroił chleb prościej ode mnie.

Długo tu pan mieszka?

Trzy lata. Wiem, jak się wprowadzała pani z tymi meblami.

Ma pan oko.

Po prostu trafiłem akurat szedłem do pracy.

Gdzie pan pracuje?

Biuro projektowe. Konstruktor zajmuję się nośnymi.

Nudne?

Nikt nie pyta, czy ładnie. Czy trzyma.

Ale to jest ważniejsze powiedziałem.

Spojrzał na mnie jakby z zaskoczeniem, pozytywnym.

Tak. To prawda.

Dzieci poszły spać, Andrzej dopił herbatę i wyszedł.

Dobranoc powiedział w przedpokoju.

Dobranoc. Dziękuję… za spokój we wtorek.

Spojrzał chwilę dłużej.

Bardzo dobrze pan sobie radzi powiedział. Jak na pierwszy raz.

Skąd pan wie, iż pierwszy?

Inaczej nie wyglądałby pan, jakby niósł wazon z kryształu i bał się go upuścić.

Roześmiałem się, tak prawdziwie.

Zamknąłem drzwi. Na wieszaku dziecięcy płaszczyk Marysi z misiową naszywką. Obok kurtka Szymona. Moje płaszcz z boku, jakby odsunęło się lekko.

Czwartek i piątek były już inne. Przestałem podskakiwać na każdy nagły hałas. Poranny rytuał z kaszą i sokiem stał się prawie naturalny. Marysia usiadła przy mnie z blokiem i rysowała rodziny królików.

To mama-królik. Tata-królik. A to malutki Krągulek tłumaczyła, nie odrywając się od kreślenia.

Czemu Krągulek?

Bo jest mały i okrągły.

Logiczne przyznałem.

W piątek wieczorem Andrzej znów przyniósł grę. Miasta świata, stary zestaw. Dzieci nie znały nazw, ale to nie przeszkadzało.

Skąd to pan ma?

Z dzieciństwa. Przeprowadzałem się, to spakowałem kilka gier. Nie wiadomo po co.

Dobrze, iż pan spakował.

Siedzieliśmy na podłodze, bo przy stoliku miejsca brakowało. Parkiet Nordic chłodny, gładki. Marysia zasnęła przy mnie podczas gry, nie zauważyłem kiedy objąłem ją ramieniem, trzymając.

Andrzej to zauważył. Nic nie skomentował.

W sobotę wybraliśmy się do parku to była inicjatywa Andrzeja. Szymon złapał największą kałużę, mimo moich próśb, by ominął. Niosłem buty w reklamówce, on w przemoczonych skarpetkach.

Nie przeszkadza ci? zapytałem.

A czym?

Buty zamoczone.

Wyschną.

Mówisz jak Andrzej powiedziałem, niechcący na głos.

Andrzej jest fajny przyznał Szymon. Ciociu Jagodo, to twój kolega?

Sąsiad.

To to samo?

Nie.

Czemu?

Nie wiedziałem, co odpowiedzieć. Za nami Andrzej niósł Marysię na barana, coś jej tłumaczył, a ona słuchała poważnie, jak na wykładzie.

W niedzielę zadzwonił Radek. Miał inny głos, cieplejszy niż wtedy, gdy zostawiał dzieci.

Jak się mają?

Żyją. Szymon przedefilował przez kałużę, Marysia narysowała czterdzieści siedem królików.

Radek się zaśmiał.

Dobrze sobie radzisz.

Nieźle. Radek a u was?

Cisza.

Lepiej powiedział. Znacznie lepiej. Dziękuję.

Dobrze. Cieszę się.

Drugi tydzień minął spokojniej. Wiedziałem już, iż Szymon nie je pomidorów, ale zje zupę z przecieru, jeżeli nie wie, co to. Marysia przed spaniem musiała mieć uchylone okno. Oboje w okolicach wpół do ósmej byli zmęczeni, co wyglądało jak marudzenie wtedy nie warto było dyskutować.

Andrzej wpadał codziennie. Raz przyniósł książkę; czytał dużo, ja przez ostatni rok prawie nic.

Co pan ostatnio czyta?

Nic, tylko materiały do pracy.

To się nie liczy.

Wiem.

Mam przynieść coś ciekawego?

Przynieś.

Przyniósł powieść Japończyka kobieta porządkuje rzeczy po matce i uświadamia sobie, jak słabo ją znała. Czytałem pół godziny wieczorem to były najlepsze pół godziny dnia.

W czwartek Szymon wprosił się do mojego gabinetu.

Pokaż mi swoje miejsce pracy.

Tu, w gabinecie.

Pokaż.

Pokazałem: laptop, stos katalogów Estella, mały kaktus na parapecie.

A czy pan jest szczęśliwy?

W pracy?

No.

Lubię swoją pracę.

Tata mówi, trzeba pracować, żeby być szczęśliwym. Inaczej bez sensu.

Mądry tata.

No. Ciociu, a czemu mieszka pan samotnie?

Tak się złożyło.

Nie chciał pan, by ktoś z panem mieszkał?

Przyzwyczaiłem się być sam. Dobrze mi było.

Było?

Było.

Ostatni dzień nadszedł nieoczekiwanie. Radek przyszedł w niedzielę o trzynastej, z Kasią, spokojniejszą niż kiedyś. Uściskała długo dzieci, Marysia nie odklejała się przez trzy minuty.

Jagoda, nie wiem, jak ci dziękować.

Nie dziękuj.

Były grzeczne?

Były dzieciakami. I tyle.

Kasia spojrzała na mnie lekko zaskoczona, jakby czekała innej odpowiedzi.

Pakowanie godzinę. Marysia trochę płakała. Objąłem ją, obiecałem, iż przyjedzie znowu. Szymon pożegnał się niczym dorosły uściskiem dłoni, aż się śmiałem. Potem wrócił się i objął mnie naprawdę, krótko, mocno; wybiegł do ojca.

Zamknąłem drzwi.

Płaszczyka Marysi już nie było na wieszaku. Moje wisiało samo.

Cisza.

Zajrzałem do salonu. Na kanapie zmięta poduszka Szymon rano tam siedział z tabletem. Przy stoliku na ziemi rysunek Marysi, zapomniany: rodzina królików mama, tata, mały Krągulek, a obok postać podpisana dziecięcym pismem: ciocia Jagoda.

Podniosłem rysunek, trzymałem chwilę, potem poszedłem do kuchni, wstawiłem czajnik filtrem Livingston, wyciągnąłem ulubiony kubek. Wszystko było na miejscu czyste, ciche. Tak jak lubiłem.

Czekałem na ulgę, która zwykle przychodziła po wyjazdach, korporacyjnych imprezach i wszystkim, co burzyło mój tryb życia.

Nie przyszła.

Był rysunek w rękach i cisza, co brzmiała jak pauza po muzyce kiedy nie wiesz, czy to już koniec, czy może jeszcze wróci.

Siedziałem przy oknie i patrzyłem w park. Myślałem o Szymonie, który zapytał o szczęście, o Marysi, która zasnęła w piątek wtulona we mnie na parkiecie Nordic, o tym, jak zmienił się mój gabinet odkąd do niego zaglądali.

I myślałem o Andrzeju.

O tym, jak kroił chleb, o jego spokoju, który nie był obojętnością tylko odpornością nośnej konstrukcji. Przychodził każdego wieczoru, ani razu nie oczekując niczego w zamian. Był po prostu.

Po raz pierwszy od lat nie obudziłem się w nocy martwiąc pracą. To było dziwne.

O szóstej podniosłem się, umyłem, założyłem ciemnoniebieski sweter podobno mi pasuje. Wziąłem telefon. Odłożyłem. Wziąłem ponownie.

Nie zadzwoniłem. Pojechałem windą na siódme piętro i zadzwoniłem do mieszkania siedemdziesiąt dwa.

Andrzej otworzył szybko. Wpatrywał się uważnie nie zaskoczony, raczej obecny.

Wyjechali powiedziałem.

Słyszałem trzask drzwi.

Jest cicho.

Pewnie.

Chce pan na herbatę? Parzę właśnie, najwyżej zrobię nową.

Zastanowił się sekundę.

Chcę.

Pojechaliśmy windą. Postawiłem czajnik. Usiadł na tym samym hokerze, gdzie pierwszego dnia siedział Radek. Inny człowiek, inna rozmowa.

Wie pan, po raz pierwszy od dziewięciu dni nie musiałem z niczego się tłumaczyć. I nie wiem, co z tym zrobić.

To dobrze czy źle?

Po prostu. Szukałem słów. Nietypowo.

Przywyknie pan do nowego nietypowego.

Nowego nietypowego?

Samotność też była kiedyś nowa. Potem normalna. Teraz nowe znów jest inne.

Pan mówi, jakby sam przez to przeszedł.

Podniósł wzrok.

Byłem żonaty przyznał. Sześć lat. Trzy lata po rozwodzie.

Przykro mi.

Niepotrzebnie. I tak ku temu zmierzało. Byliśmy dobrymi ludźmi, ale nie dla siebie. Najtrudniejsza była nie sama rozłąka. Najtrudniejsza była późniejsza cisza. Bo cisza z kimś i cisza bez kogoś to coś innego.

Patrzyłem w kubek.

Myślałem zawsze, iż cisza to wolność. Samotność to wybór.

Może i wybór. Ale wybory się zmieniają.

Zmienił pan wybór?

W trakcie zmiany. Dzieci sąsiadów, co robią potop, pomagają.

Zaśmiałem się szczerze.

Andrzeju.

Tak?

Chciałbym, by pan wiedział, iż mi się pan podoba.

Patrzył chwilę.

To dobrze odpowiedział, ciepło bo pan mi też. Od dnia, kiedy zapytano czemu jestem spokojny. Nikt wcześniej nie pytał.

Dziwna przyczyna.

Mam nietypowe powody.

Piliśmy herbatę i rozmawialiśmy do późna. O mojej pracy, jego, o widoku z ósmego i siódmego piętra, o dzieciach i zajęciach po których w mieszkaniu zostaje ślad i rysunek na stoliku. Nie spieszył się wychodzić, nie spieszyłem z żegnaniem.

Na pożegnanie ujął moją dłoń, na sekundę.

Dobranoc, Jagodo.

Dobranoc.

Zamknąłem drzwi i oparłem się o nie. Ale to była inna cisza ciepła.

Poszedłem do salonu, podniosłem rysunek Marysi i ustawiłem go przy wazonie. Rodzina królików zaglądała do mnie małymi oczami. I ciocia Jagoda żółte włosy, lekko krzywo, ale rozpoznawalnie.

Minął rok.

Mieszkanie się zmieniło. Na dolnej półce regału kolorowe książki, dziecięce po ostatniej wizycie siostrzeńców. Na parapecie do kaktusa doszły trzy inne doniczki, jedna przekrzywiona Marysia podlewała z zapałem. Na wieszaku dwa płaszcze. Moje, granatowe. Męskie, szare.

Na stoliku katalog Andrzeja otwarty na stronie z rysunkami. Obok kubek z niedopitą kawą i książka z zakładką.

Stałem przy oknie i patrzyłem na park rudą, nierówną jesień. Lubiłem ją jesienią.

Brzuch już był widoczny, chociaż nieduży. Piąty miesiąc. Przyzwyczajałem się do tej myśli stopniowo, trochę każdego dnia jak do czegoś, co najpierw wydaje się niemożliwe, a potem staje się najzwyklejszą i najważniejszą rzeczą.

Drzwi się otworzyły.

Jadą już powiedział Andrzej, wchodząc do kuchni. Radek napisał, iż są w aucie.

Za pół godziny będą.

Szymon dzwonił do ciebie?

Trzy razy. Pytał, czy może oglądać bajki na tablecie, czy idziemy do parku.

Jedno i drugie można.

Też tak mu powiedziałem.

Andrzej wstawił wodę. Spojrzał na mnie.

Jak się czujesz?

Dobrze. Nogi trochę… ale dobrze.

Usiądź.

Stoję.

Jagoda.

Dobrze, już. Usiadłem na kanapie. Myślałem dziś, iż rok temu też była niedziela i stałem przy czajniku, czekając na ulgę od ciszy.

I…?

Nie było jej.

Pamiętam, przyszedł pan.

Czekał pan?

Zamyślił się.

Nie wiem. Raczej miałem nadzieję.

Zadzwonił dzwonek, natarczywie, jak dzwonią tylko dzieci.

To Szymon powiedziałem.

Na pewno.

Otwórz, mnie trudno wstać.

Andrzej poszedł do drzwi.

Ciociu Jagodo! Szymon był pierwszy. Jesteśmy! Idziemy do parku? Są liście? Urosło ci brzuszko?

Szymonie zawołał Radek daj ludziom wejść.

Już wszedłem.

Marysia pojawiła się cicho, rozejrzała uważnie, podeszła i objęła mnie mocno, jak dorosła. Potem spojrzała poważnie.

Ciociu Jagodo, królik jest tu?

Jest. Na półce w gościnnym.

Dobrze. Wiedziałam.

W przedpokoju zrobiło się gwarno. Radek ściskał Andrzeja, Kasia mówiła o drodze, Szymon biegał po mieszkaniu, coś upadło. Wrócił z książką o misiu i malinach.

Ciociu, zostawiłeś naszą książkę!

Zostawiłem.

Przeczytasz maluchowi?

Przeczytam.

Dobrze. Kiwnał jak ktoś przekonany o sensie świata. Andrzej, idziemy do parku? Są liście?

Są liście przytaknął Andrzej.

To idziemy.

Najpierw herbata zaproponowałem. Potem park.

Zawsze tak mówisz.

I będę.

Dobra Szymon spojrzał na mnie tą swoją szczerością, która od roku się nie zmieniła. Ciociu Jagodo, jesteś teraz szczęśliwa?

W mieszkaniu był gwar: śmiech Kasi, głos Marysi wołającej królika, czajnik w kuchni, miasto za oknem, park w jesieni, brzuch, który już dawał znaki nowym życiem.

Spojrzałem na Szymona.

Tak powiedziałem.

Idź do oryginalnego materiału