Autobus 148 do Nowego Sącza

twojacena.pl 2 tygodni temu

Roman Fijałka prowadził tę trasę od jedenastu lat. Bielsko-Biała – Wadowice – Nowy Sącz, codziennie o szóstej dwadzieścia, ten sam zapach kawy z termosu, ta sama dziura koło Łodygowic, którą znał na pamięć i objeżdżał, choćby nie patrząc. Radio grało cicho stację z lat dziewięćdziesiątych, za oknem mgła leżała nisko nad polami, a on myślał tylko o tym, iż wieczorem trzeba odebrać wnuka z treningu.

Pasażerów było siedemnastu. Dwie pielęgniarki jadące na zmianę do szpitala, chłopak ze słuchawkami wielkości spodków, starsza pani z siatką pełną słoików, kilku mężczyzn w roboczych kurtkach – pewnie na budowę pod Wadowicami. Zwyczajny poranek, zwyczajni ludzie.

Za Łodygowicami droga zrobiła się pusta. Las po obu stronach, żadnych zabudowań aż do następnej wsi. Roman zerknął w lusterko, poprawił pas i wtedy zobaczył w tylnej szybie czarne bmw, które wyskoczyło zza zakrętu, wyprzedziło na podwójnej ciągłej i wcisnęło hamulec dosłownie metr przed przednim zderzakiem autobusu.

Autobus szarpnął. Ktoś krzyknął, siatka ze słoikami wypadła z rąk staruszki i potoczyła się między siedzeniami.

– Co on wyprawia?! – odezwał się głos z tyłu.

Roman nie odpowiedział. Patrzył na bmw stojące w poprzek drogi i czuł, jak coś w żołądku zaciska się w twardy węzeł. To nie był przypadek. Trzy tygodnie temu w lokalnej gazecie pisali o napadach na autokary dalekobieżne pod Krakowem – blokada drogi, kominiarki, łomy, telefony i portfele pasażerów, a jednego kierowcę zabrali do szpitala z pękniętą głową.

Z bmw wysiadło czterech mężczyzn. Dwóch w kominiarkach, dwóch choćby się nie kryło. W rękach mieli metalowe pręty i coś, co wyglądało jak młotek do rozbijania szyb – taki sam, jaki wisi na haczyku przy każdych drzwiach autobusu, tylko iż ten miał służyć w drugą stronę.

Roman zablokował drzwi, wyłączył silnik i powiedział, starając się, by głos nie zadrżał:

– Proszę zostać na miejscach. Drzwi są zamknięte.

– Długo to wytrzyma? – zapytał spokojnie mężczyzna w drugim rzędzie, w wypłowiałej kurtce od munduru, choć munduru na nim nie było.

– Wzmacniane, ale nie na wieczność.

Pierwszy cios spadł na przednią szybę. Pękła siatką rys, ktoś z tyłu jęknął. Kobieta przy oknie zasłoniła głowę torebką. Napastnik z prętem walnął w drzwi i wrzasnął:

– Otwieraj! Już!

Roman milczał.

– Otwieraj, bo sami się wpuścimy!

Zaczęli okładać boczne szyby po kolei. Odpadło lusterko, roztrzaskał się jeden reflektor, szkło sypało się na asfalt drobnym gradem. Działali sprawnie, jakby robili to nie pierwszy raz – jakby ktoś im wcześniej powiedział, którym autobusem jedzie dziś "towar".

I tu było najdziwniejsze. Roman patrzył w lusterko i widział, iż pasażerowie zachowują się tak, jakby ktoś im wcześniej zdążył wytłumaczyć, co robić. Nikt nie krzyczał histerycznie, nikt nie błagał, żeby otworzył drzwi. Mężczyźni w roboczych kurtkach siedzieli spokojnie, obserwując, jak ludzie liczący koperty w kasie sklepowej liczą utarg – rzeczowo, bez emocji. Tylko staruszka ze słoikami trzęsła się wyraźnie. Mężczyzna obok, ten w wyblakłej kurtce, pochylił się i powiedział cicho:

– Niech pani schowa głowę za oparcie. I nie patrzy w okno.

Powiedział to takim tonem, iż kobieta posłuchała bez słowa.

Na zewnątrz szef bandy wdrapał się na zderzak i uderzył młotkiem prosto w środek przedniej szyby. Za trzecim razem powstała dziura wielkości piłki, do środka posypało się szkło.

– Ostatni raz mówię! – wrzasnął. – Otwieraj, bo wyciągniemy cię przez okno!

Roman wiedział, iż dłużej czekać się nie da – ktoś z pasażerów mógł oberwać odłamkiem szkła prosto w twarz. Sięgnął do przycisku i drzwi z sykiem się rozsunęły.

Napastnicy wpadli do środka, przepychając się między sobą, krzycząc, żeby wszyscy siedzieli i pokazywali ręce. Pierwszy, ten z młotkiem, zrobił dwa kroki w głąb i nagle zamarł.

Bo mężczyzna w wyblakłej kurtce już stał. A za nim, bez pośpiechu, podnieśli się jeszcze trzej "robotnicy w kurtkach". I dwie pielęgniarki, które okazały się mieć w torbach coś zupełnie innego niż strzykawki. Chłopak ze słuchawkami wyjął je z uszu dopiero teraz, patrząc na napastnika spokojnie, jak na kogoś, kto się pomylił adresem.

– Aspirant Marek Ostrowski, wydział kryminalny – powiedział mężczyzna w kurtce cicho, pokazując odznakę schowaną dotąd pod klapą. – Pilnujecie tej trasy od trzech tygodni, chłopaki. Skończyliście się dzisiaj.

Bandyta z młotkiem cofnął się o krok, uderzył plecami o poręcz fotela i upuścił narzędzie na podłogę z hukiem, który w nagłej ciszy autobusu zabrzmiał absurdalnie głośno. Za oknem drugi napastnik, ten przy drzwiach, próbował wycofać się do bmw, ale drogę zajechał mu nieoznakowany szary passat, który od Łodygowic jechał dyskretnie za autobusem – dokładnie tak, jak zaplanowano na odprawie w komendzie o piątej rano.

Roman siedział za kierownicą z ręką wciąż zaciśniętą na kluczyku i patrzył, jak jego pasażerowie – funkcjonariusze przebrani za zwykłych ludzi – zakładają kajdanki czterem mężczyznom, którzy jeszcze minutę temu czuli się panami sytuacji. Staruszka ze słoikami przestała się trząść i zaczęła zbierać rozsypane ogórki kiszone do siatki, mrucząc coś pod nosem o zmarnowanym occie.

Później, na komisariacie w Wadowicach, Roman podpisywał protokół i dowiedział się, iż banda działała od dwóch miesięcy, obrobiła siedem autokarów na trasie Bielsko–Kraków–Nowy Sącz i ukradła łącznie ponad sto dziewięćdziesiąt tysięcy złotych w gotówce, telefonach i biżuterii. Ostatnim razem złamali żebra kierowcy spod Suchej Beskidzkiej, który nie chciał otworzyć drzwi wystarczająco szybko.

Aspirant Ostrowski podał mu rękę przy wyjściu.

– Bez pana spokoju by nie wyszło. Gdyby pan otworzył za wcześnie albo za późno, ktoś mógł oberwać.

– Ja tylko robiłem to, co zawsze – odpowiedział Roman. – Jeździłem tą trasą.

Firma przewozowa wystawiła nowy przedni pas i trzy boczne szyby w ciągu tygodnia. Roman wrócił na trasę w poniedziałek, o szóstej dwadzieścia, z tym samym termosem kawy i tą samą dziurą do objechania koło Łodygowic. Jedyna różnica – teraz, mijając miejsce, gdzie stało tamto bmw, zerkał w lusterko odrobinę dłużej niż kiedyś, zanim znów spokojnie skupiał wzrok na drodze przed sobą.

Idź do oryginalnego materiału