Anna Kowalska siedziała na ławce w ogródku przy domu opieki i łkała. Dziś skończyła 80 lat, a ani syn, ani córka nie przyjechali, nie złożyli życzeń. Jedynie współlokatorka, Eugeniuszka Nowak, przywitała ją i podarowała mały upominek. choćby opiekunka Magda w prezencie podała jabłko z okazji urodzin. Samo sanatorium było przyzwoite, ale personel raczej obojętny.
Wszyscy wiedzieli, iż starszych przywożą tu ich własne dzieci, które stają się dla nich ciężarem. Anię przywieźć chciał syn Jan, mówiąc, iż ma się odetchnąć i trochę się wyleczyć, a w rzeczywistości przeszkadzała mu zięcia. Bo to był jej własny dom, dopiero potem Jan namówił ją, by napisała darowiznę. Gdy prosił o podpisanie dokumentów, obiecał, iż tak, jak mieszkała w domu, tak będzie mieszkać dalej. Jednak w praktyce cała rodzina wprowadziła się pod jej dach i wybuchła wojna z synową.
Synowa była wiecznie niezadowolona, nie dbała o porządek, w łazience zostawiała brud i mnóstwo innych niedociągnięć. Jan początkowo się bronił, potem przestał i sam zaczął krzyczeć. Anna zauważyła, iż rodzeństwo szepcze, a gdy tylko weszła do pokoju, milczeli.
Pewnego poranka Jan podjął rozmowę, iż trzeba odpocząć i poddać się leczeniu. Matka, patrząc mu w oczy, zapytała gorzko:
Czy to mnie sprzedajesz do domu seniora, synu?
On się zarumienił, zamieszany i winny odpowiedział:
Nie, mamo, to tylko sanatorium. Po miesiącu wrócisz do domu.
Zabrał ją, gwałtownie podpisał papiery i pośpiesznie odjechał, obiecując, iż niedługo wróci. Pojawił się raz: przyniósł dwa jabłka, dwie pomarańcze, zapytał, jak się ma, i zaraz potem odleciał.
Tak mieszka już drugi rok.
Kiedy minął miesiąc i Jan nie przyjechał, Anna zadzwoniła na domowy telefon. Odpowiedzieli obcy, bo syn sprzedał mieszkanie i nie wiadomo, gdzie go szukać. Anna popłakała kilka nocy, wiedząc, iż nie zabiorą jej do domu, iż łzy już nie mają sensu. Najgorsze było to, iż kiedyś obraziła córkę dla dobra syna.
Anna urodziła się w małej wsi. Tam też wyszła za mąż za kolegę ze szkoły, Piotra Kowalskiego. Mieli duży dom i małe gospodarstwo. Żyli skromnie, ale nie brakowało im jedzenia. Pewnego dnia przyjechał do rodziców sąsiad z Krakowa i opowiadał Piotrowi, jak dobrze żyje się w mieście: dobre wynagrodzenie, mieszkanie od razu w zestawie. Piotr zachwycił się, wziął się za pakowanie i z rodziną wyjechał do miasta. Mieszkanie w Warszawie dostał natychmiast, kupili meble i stary Złotą Kaczkę. Na tym samochodzie Piotr miał wypadek.
Na drugim dniu w szpitalu zmarł mąż. Po pogrzebie Anna została sama z dwójką dzieci. Aby wyżywić i ubrać rodzinę, musiała wieczorami myć podwórka w blokach. Myślała, iż dzieci wyrosną i pomogą, ale tak się nie stało. Syn wpadł w tarapaty, trzeba było pożyczać pieniądze, by nie wpadł do aresztu. Długo spłacała długi. Córka Danuta wyszła za mąż, urodziła dziecko. Rok minął spokojnie, potem syn zaczął często chorować. Anna musiała odejść z pracy, by chodzić po szpitalach. Lekarze długo nie potrafili postawić diagnozę. W końcu znaleźli rzadką chorobę, ale leczono ją tylko w jednym ośrodku, a tam kolejki. Gdy Danuta jeździła po szpitalach, jej mąż odszedł, zostawiając tylko mieszkanie. W szpitalu poznała wdowca, którego córka cierpiała na tę samą przypadłość. Zakochali się i zamieszkali razem. Po pięciu latach on zachorował; potrzebował pieniędzy na operację. Anna miała oszczędności i chciała je przeznaczyć na wkład własny za mieszkanie dla syna.
Gdy Danuta poprosiła o te środki, Anna poczuła, iż nie chce ich wydawać na obcą rodzinę, bo własnemu synowi potrzeba ich bardziej. Odrzuciła prośbę. Córka bardzo się na nią obraziła i pożegnała się, mówiąc, iż już nie jest jej matką i nie powinna jej wzywać, gdy będzie potrzebna pomoc. Od tamtej chwili nie rozmawiają dwadzieścia lat.
Danuta wyleczyła męża i razem z dziećmi wyjechali nad morze. Gdyby dało się cofnąć czas, Anna zrobiłaby wszystko inaczej, ale przeszłość nie da się odwrócić.
Anna powoli wstała z ławki i szła w stronę domu opieki. Nagle usłyszała:
Mamo!
Serce zabiło mocniej. Obróciła się powoli. To była córka, Danuta. Jej noga zawiodła, prawie upadła, ale podbiegła dziewczynka i podtrzymała ją.
W końcu cię odnalazłam Brat nie chciał podać adresu, ale groziłam mu sądownie, iż sprzedał mieszkanie nielegalnie, więc zamilkł
Weszły do budynku i usiadły na kanapie w holu.
Wybacz, mamo, iż tak długo się nie odzywałam. Najpierw się obraziłam, potem odkładałam wszystko, wstyd mi było. Tydzień temu śniłaś mi się, iż wędrujesz po lesie i płaczesz.
Wstałam, a na duszy tak ciężko. Opowiedziałam wszystko mężowi, a on kazał mi przyjechać i pogodzić się. Przyjechałam, ale tam byli obcy ludzie, nic nie wiedzieli.
Długo szukałam adresu brata, w końcu go znalazłam. I tu jestem. Pakuj się, jedź ze mną. Wiesz, jaki mamy dom? Duży, nad morzem. Mąż kazał, iż jeżeli matka choruje, trzeba ją zabrać do nas.
Anna przytuliła się do córki i zapłakała, ale łzy były łzami radości. Niech Bóg błogosławi ojca twego i matkę twoją, aby dni twoje na ziemi, którą Pan, Bóg twój, ci dał, były długie.




![Czarny koń oscarowego wyścigu. „Tajny agent” [w kinach od 27 marca]](https://www.gazetasenior.pl/wp-content/uploads/2026/02/TAJNY-AGENT_10.jpg)




