Anna Kowalska siedziała w szpitalnym parku na ławce i płakała. Dziś obchodziła swoje 80. urodziny, ale ani syn, ani córka nie przyjechali, nie złożyli jej życzeń.

newsempire24.com 3 dni temu

Ja, Jan Kowalski, wspominam, jak kiedyś siedziałam na ławce w ogródku przy domu opieki w KrynicyZdroju i łkałam. Właśnie skończyłam osiemdziesiąt lat, a ani syn, ani córka nie przyjechali, nie złożyli życzeń. Jedyną, która mnie odwiedziła, była współlokatorka, Ewelina Szczepaniak przywitała mnie serdecznie i wręczyła drobny upominek. choćby sanitariuszka Maria podarowała mi jabłko z okazji urodzin. Placówka była przyzwoita, ale personel w sumie obojętny.

Wszyscy wiedzieli, iż tu przywożą seniorów, by ich dzieci nie musiały już dłużej się nimi zajmować. Mojego ojca, pana Kowalskiego, przywiózł syn, mówiąc, iż ma odpocząć i się wyleczyć, a w rzeczywistości po prostu przeszkadzał jego teściowej. Mieszkanie należało do mnie, ale po jakimś czasie syn namówił mnie do spisania darowizny. Gdy prosił o podpis, obiecał, iż tak długo, jak będę mieszkała w domu, tak długo będę tam mieszkała. Okazało się, iż rodzina wprowadziła się do mnie i od razu wybuchła wojna z zięciem.

Zięć ciągle narzekał: nie sprzątał po sobie w łazience, zostawiał brud i mnóstwo innych drobnych niedoróbek. Na początku syn bronił go, potem przestał i sam zaczął krzyczeć. Kiedy zauważyłam, iż zaczęli szepnąć, a w moim pokoju zamilkowali, poczułam, iż coś jest nie tak.

Pewnego poranka syn zaczął rozmowę o tym, iż powinienem odpocząć i wyleczyć się. Spojrzała mi w oczy i z goryczą zapytała:
Sprzedajesz mnie do domu opieki, synku?
Zaczerwienił się, zakłócił się i z winy odpowiedział:
Co ty, mamo, to tylko sanatorium. Po miesiącu wrócę cię po domu.
Zabrał mnie, gwałtownie podpisał papiery i pośpiesznie odjechał, obiecując niedługo wrócić. Pojawił się tylko raz: przyniósł dwa jabłka, dwie pomarańcze, spytał jak się miewam i zanim zdążyłem dokończyć, już zniknął.

Tak żyję tu już drugi rok.

Kiedy minął miesiąc, a syn nie wrócił, zadzwoniłam pod domowy numer. Odpowiedzieli nieznajomi okazało się, iż syn sprzedał mieszkanie i nie wiadomo, gdzie go szukać. Popłakałam się kilka nocy, ale i tak wiedziałam, iż domu już nie wrócę, nie ma po co płakać. Najbardziej bolało, iż kiedyś obraziłam córkę, by uszczęśliwić syna.

Urodziłam się w małej wsi pod Krakowem. Tam poślubiłam swojego szkolnego kolegę, Piotra. Mieliśmy duży dom i gospodarstwo. Żyliśmy skromnie, ale nie brakowało nam jedzenia. Pewnego dnia przyjechał do rodziców nasz sąsiad z Warszawy i opowiadał Piotrowi, jak świetnie żyje się w mieście, dobre płace i od razu dostaje się mieszkanie. Piotr się rozgrzał, powiedział jedźmy, jedźmy. Sprzedaliśmy wszystko i wyjechaliśmy do Warszawy. Sąsiad nie kłamał od razu dostaliśmy mieszkanie, kupiliśmy meble i stary Zaporozec. Na tym samym Zaporozcu Piotr miał wypadek.

W szpitalu, po dwóch dniach, mąż zmarł. Po pogrzebie zostawiła mnie sama z dwójką dzieci na rękach. Żeby ich wyżywić i ubranić, musiałam wieczorami myć podłogi w klatkach schodowych. Myślałam, iż dzieci dorosną i pomogą, ale tak się nie stało. Syn wciągnął się w nieprzyjemną sprawę, musiałam pożyczać pieniądze, żeby nie trafił do więzienia, potem dwa lata spłacałam długi. Córka, Jadwiga, wyszła za mąż, urodziła dziecko. Przez rok wszystko było w porządku, po czym syn zaczął częściej chorować. Zrezygnowałam z pracy, żeby jeździć go do szpitali. Lekarze długo nie mogli postawić diagnozy. W końcu znaleźli mu rzadką chorobę, którą leczy tylko jeden ośrodek w Łodzi, ale kolejka jest długa. Gdy Jadwiga jeździła po szpitalach, mąż odszedł, zostawiając jedynie mieszkanie. W szpitalu poznałam wdowca, którego córka cierpiała na tę samą przypadłość. Zaiskrzyło między nami i zamieszkaliśmy razem. Po pięciu latach jego zdrowie się pogorszyło, potrzebował operacji. Miałam pieniądze i chciałam je przeznaczyć na wpłatę wstępną za mieszkanie dla syna.

Kiedy jednak córka poprosiła o środki, poczułam wstyd wydawać je na obcego człowieka, gdy mój własny syn potrzebował ich bardziej. Odrzuciłam ją. Jadwiga mocno się na mnie obraziła i przy pożegnaniu rzekła, iż już nie jest moją matką i nie ma do mnie wracać, gdy będzie jej ciężko. Od tamtej pory minęło dwadzieścia lat i nie mieliśmy ze sobą kontaktu.

Jadwiga wyleczyła męża, zabrali dzieci i wyjechali nad morze. Gdybym mogła cofnąć czas, zrobiłabym wszystko inaczej, ale przeszłość nie da się odwrócić.

Powoli wstałam z ławki i podszedłem do budynku domu opieki. Nagle usłyszałem:
Mamo!
Serce mi zabiło szybciej. Obróciłem się powoli. To była córka. Jadwiga. Jej noga się podkurczyła, prawie spadła, ale podbiegła i podniosła mnie.
W końcu cię znalazłam Brat nie chciał podać adresu. Ale groziłam mu sądem, iż nielegalnie sprzedał mieszkanie, więc ucichł

Z tymi słowami weszłyśmy do holu i usiadłyśmy na kanapie.
Przepraszam, mamo, iż tak długo się od ciebie odcinałam. Najpierw się gniewałam, potem odkładałam wszystko, wstyd mi. A tydzień temu śniłaś mi się. Widziałam cię w lesie, płaczącą.
Wstałam, a na sercu tak ciężko było. Opowiedziałam wszystko mężowi, a on kazał mi przyjechać i pogodzić się. Przyjechałam, a tam ludzie obcy, nic nie wiedzą.
Długo szukałam adresu brata, w końcu go znalazłam. I tu jestem. Zbieraj się, jedź ze mną. Wiesz, jaki mamy dom? Duży, nad morzem. Mąż kazał, iż jeżeli matce będzie źle, mam ją tu przywieźć.

Anna przytuliła się do córki i popłakała ale to były łzy radości. Niech Bóg błogosławi ojca twego i matkę twoją, aby przedłużył dni twoje na ziemi, którą Pan Bóg ci dał.

Idź do oryginalnego materiału