Ania jest młoda, jeszcze urodzi! zapewniano we śnie, głosami nierzeczywistych istot, skrzących się wokół jak słone światełka. Ostatecznie jednak nikt nie chciał dziecka.
Ania i Robert wzrastali razem w małym polskim miasteczku z zatęchłym rynkiem i starym zegarem bijącym o nieznanych porach. Codziennie mijali się w tej samej klasie, w cieniu lipowych alei. Potem, jakby to było logiczne, padli sobie w ramiona i wyjechali do Warszawy metropolii zbudowanej z chmur i refleksów. Wynajęli ciasną kawalerkę, z której za oknem widać było wieżowce zmieniające się w powidoki. Zatrudnili się tam, gdzie przyjmowano nieznajomych bez nazwisk ani przeszłości. Nie byli małżeństwem. Gdy Ania zauważyła, iż rośnie w niej życie, Robert zsunął się z tego snu jak mgła nieplanowany, niechciany ojciec.
Zrozpaczona dziewczyna wróciła do rodzinnego miasta, aby tam wychowywać dziecko. Matka Roberta zajmowała ważne stanowisko w urzędzie miasta w świecie snu nosiła burzę siwych włosów i mówiła z echem innych czasów. Rozgłaszała wszystkim sąsiadom, iż dziecko nie jest jej wnuczką: To cudze dziecko, Ania przywiozła jakąś podrzutkę! Sytuację komplikował fakt, iż rodziny mieszkały drzwi w drzwi, a poranna mgła przynosiła głosy plotek aż do okien Ani.
Znajomi z dzieciństwa wiedzieli wszystko, a jednak rozpuszczali informacje jak barwione lody w upalny dzień. Ania urodziła dziewczynkę, Klarę, której buzia była oknem do innego wymiaru. Nie miała pretensji do rodziny Roberta, chciała tylko spokoju, karmiąc córkę domowym kompotem z porzeczek i szeptem kołysanek. Ale matka Roberta krążyła nad nimi jak upiorny bocian.
Popatrzcie! wołała przez ogrodzenie. Dziecko ma jasne włosy, a u nas wszyscy mają czarne! Nos nie taki, buzia nie nasza! Uparcie wciska się do naszego rodu. Sami kłamcy!
Ania była tym zmęczona jakby ktoś przeciągnął nad nią ścierkę z popiołem. Zaproponowała test na ojcostwo, by uspokoić matronę. Wynik pojawił się w snach natychmiast: potwierdził wszystko, matka Roberta nagle zaprosiła Anię do siebie, żeby poznać wnuczkę. Przyniosła piękne, kosztowne zabawki z porcelany, szeleszczące sukienki z sukna. Ania żyła bowiem tylko z emerytury swojej matki czuła ulgę i niepewność naraz.
Minęło trochę polskiego czasu raz świeciło słońce, raz śnieżyca zasypała drogi. Nowa babka zażądała, by wnuczka przyjechała do niej na kilka dni. Ania powiedziała, iż Klara ma dopiero rok, jeszcze zbyt mała. Babka się obraziła.
Ostrzegła: Pójdę do sądu, wywalczę widzenia z wnuczką! Klara powinna mieszkać u mnie, mam wszystko mieszkanie, pieniądze, warunki jak z reklamy z PRL-u. Sąd przyzna ją mnie, bo Ania to bezrobotna samotna matka, a Robert utrzymuje dziecko (mam dokument!). Ania jest młodziutka, jeszcze urodzi inne, lepsze. Lepiej oddaj mi ją dobrowolnie! Wszyscy sędziowie mnie znają łatwo się domyślić, po czyjej stronie staną. Ania uparła się bronić swojego dziecka.
Ciągnęła się latami surrealna batalia po sądach świadkowie wychodzili z mgły, ktoś ukradkiem robił zdjęcia przez firanki, inspektorzy śledzili oddechy członków rodziny, a plotki stołowały się na każdym podwórzu. Ania w końcu musiała wyjechać, a każda droga wydawała się prowadzić w głąb jej własnego snu. Robert się ożenił z inną i gwałtownie spłodził syna babcia przerzuciła się na nowego wnuczka. Klara poszła do pierwszej klasy, jej oczy odbijały łuny miasta. Ania wyprowadziła się do Warszawy; czasem wracała do matki i córki. W mieście poznała mężczyznę, mama namawiała: Ułóż sobie życie, ja popilnuję Klary. Miała zabrać córkę do siebie, kiedy wszystko się uspokoi.
Ania wyszła za mąż, wynajęli mieszkanie na Pradze i oczekiwali dziecka. Niby wszystko było dobrze, ale Anna ciągle nie zabierała Klary od matki. Mąż nie przejawiał entuzjazmu wobec czyjegoś dziecka. Ania uznała więc, iż dziecku lepiej z babcią tam szkoła, tam koleżanki. Po narodzinach drugiego dziecka nie będzie komu zająć się Klarą. Przynajmniej jej mama nie będzie samotna, a dziewczynka zaopiekowana.
Ale rzeczywistość śniła się dalej: stara kobieta zaczęła chorować, kilka razy karetka zabierała ją na SOR, czasem Klara zostawała u sąsiadów emerytowanych pielęgniarek. Teraz wpływowa babcia wcale nie interesowała się losem Klary. Gdy spotykała matkę Anny na bazarku, mówiła ironicznie, kręcąc koralami:
Trzeba było mnie słuchać! Oddałabyś mi dziecko, już by znała trzy języki, grałaby na fortepianie, chodziła do elitarnej szkoły. A tak matka ją porzuciła. Kim ona będzie? Ja już się zajmuję moim prawdziwym wnukiem! Jemu dam wszystko najlepszą szkołę, korepetycje, wyjazdy do Zakopanego!
Robert, ojciec, nigdy nie interesował się córką. I tak Klara dziecko, o które wszyscy walczyli, okazała się nikomu niepotrzebna, jak zaginiona karta z talii snów. Nikt nie wiedział, co ją spotka w przyszłości o ile przyszłość istnieje we śnie.











