Nieźle, tato, to cię witają. Po co ci był ten cały sanatorium, skoro w domu masz prawdziwe „wszystko w cenie”?
Gdy Łukasz wręczył jej klucze do swojego mieszkania, Agnieszka zrozumiała: warownia zdobyta. Żaden Leonardo DiCaprio tak nie wyczekiwał Oscara, jak Agnieszka czekała na swojego Łukasza, i do tego z własną twierdzą.
Zrezygnowana, trzydziestopięcioletnia, coraz częściej rzucała współczujące spojrzenia w stronę bezdomnych kotów i na witryny Wszystko do rękodzieła.
Aż tu nagle pojawił się on samotny, który zmarnował młodość na karierę, zdrową dietę, siłownię i inne bzdury typu poszukiwania siebie na tym świecie, do tego bezdzietny.
Agnieszka marzyła o takim prezencie od dwudziestki, chyba wreszcie tam na górze uznali, iż nie żartowała.
Mam ostatnią delegację w tym roku i później cały jestem Twój, powiedział Łukasz, przekazując jej wymarzone klucze. Tylko się nie przeraz mojego mieszkania. zwykle wpadałem tu tylko po to, żeby się przespać, dodał, po czym poleciał do innej strefy czasowej na cały weekend.
Agnieszka chwyciła szczoteczkę do zębów, krem i ruszyła sprawdzić, co tam za jaskinia. Problemy zaczęły się już przy wejściu. Łukasz od razu uprzedził, iż zamek czasem szwankuje, ale Agnieszka nie spodziewała się, iż tak bardzo.
Przez czterdzieści minut szturmowała drzwi: pchała, ciągnęła, wciskała klucz, delikatnie próbowała kręcić, ale ewidentnie wejście nie miało ochoty poddać się nowemu lokatorowi.
Agnieszka zaczęła wywierać presję psychiczną, jak nauczyli ją kiedyś koledzy spod bloków. Na hałas sąsiadka otworzyła drzwi.
Czemu pani się dobija do cudzej klatki? spytał zaniepokojony kobiecy głos.
Nie dobijam się, mam klucze, syknęła w odpowiedzi rozgrzana Agnieszka, ocierając pot z czoła.
A kim w ogóle pani jest? Nigdy tu pani nie widziałam, dopytywała sąsiadka.
Jestem jego dziewczyną! rzuciła Agnieszka wyzywająco, stając z rękami na biodrach, ale zobaczyła tylko szparę, przez którą prowadzono negocjacje.
Pani? autentycznie zdziwiła się kobieta.
Tak, ja. Jakiś problem?
Nie, skądże. Po prostu on nigdy nikogo tu nie sprowadzał (w tym momencie Agnieszka pokochała Łukasza jeszcze bardziej), a tu nagle taka
Jaka taka? nie pojęła Agnieszka.
Wie pani co, w sumie to nie moja sprawa. Przepraszam, zamknęła drzwi sąsiadka.
Czując, iż to ona albo drzwi, Agnieszka wcisnęła klucz i docisnęła z całych sił, w rezultacie niemal naruszając futrynę. Drzwi ustąpiły.
Cały wewnętrzny świat Łukasza stanął przed Agnieszką, a jej dusza pokryła się lodem. Samotny mężczyzna żyje oszczędnie, ale to była wręcz cela.
Biedaku, twoje serce chyba nigdy nie poznało domowego ciepła, wyrwało się Agnieszce podczas oglądania skromnej przestrzeni, gdzie teraz miała bywać częściej.
Z drugiej strony, cieszyła się. Sąsiadka nie kłamała: kobieca ręka nigdy nie dotknęła tych ścian, tej podłogi, tej kuchni, tych szarych okien. Agnieszka była tu pierwsza.
Nie mogąc wytrzymać, założyła buty i pobiegła do najbliższego sklepu po ładną zasłonkę i dywanik do łazienki, przy okazji chwytając łapki i ręczniki kuchenne.
W sklepie oczywiście ją poniosło Do dywanika i zasłonki doszły zapachy do domu, mydło manualnie robione i wygodne pojemniki na kosmetyki.
Dodać takie drobiazgi do cudzego mieszkania to przecież nie bezczelność, uspokajała się Agnieszka, doczepiając do pierwszego koszyka kolejny.
Zamek Agnieszce więcej nie sprawiał kłopotów. W zasadzie przestał pełnić swoją funkcję i przypominał hokejowego bramkarza bez maski.
Zorientowawszy się w sytuacji, Agnieszka dzięki noża kuchennego do północy wykręcała stary zamek, a rano poleciała po nowy. Noże nota bene też wymagały wymiany, podobnie jak widelce, łyżki, obrus, deski do krojenia i podkładki pod gorące. Od nowych firanek dzielił ją już tylko krok.
W niedzielę w południe zadzwonił Łukasz i powiedział, iż musi zostać w delegacji jeszcze dwa dni.
Ucieszę się, jeżeli wniesiesz do mojego mieszkania trochę ciepła i przytulności, uśmiechał się przez telefon, gdy Agnieszka wyznała, iż pozwoliła sobie na pewne zmiany.
Zresztą, przytulność już wwoziła ciężarówkami i rozkładała według projektu i odpowiedniej dokumentacji. Wszystko to przez lata gromadziła samotna kobieta, a teraz, gdy dostała wolną rękę, nie umiała się zatrzymać.
Po powrocie Łukasza ze starego mieszkania został tylko pająk przy kratce wentylacyjnej. Agnieszka chciała go wygnać, ale widząc osiem zdezorientowanych oczu, uznała, iż warto zostawić biedactwo w roli symbolu nietykalności cudzej własności.
Mieszkanie Łukasza wyglądało od teraz, jakby od ośmiu lat był szczęśliwy w małżeństwie, potem się nim rozczarował, by w ostateczności być szczęśliwym na przekór.
Agnieszka nie tylko zorganizowała mieszkanie, ale sprawiła, iż cały blok wiedział, kto jest nową gospodynią i wszelkie sprawy można kierować do niej. Obrączki może jeszcze nie nosiła, ale to już tylko kwestia formalności.
Sąsiedzi początkowo patrzyli z podejrzliwością, później tylko wzruszali ramionami: No jak pani mówi, nam wszystko jedno, nie nasza sprawa.
***
W dzień powrotu Łukasza, Agnieszka przygotowała prawdziwą domową kolację, upakowała swoje wciąż jędrne pośladki w szykowną i nieco wyzywającą kreację, poustawiała wszędzie zapachy i, przyciemnając nowe światło, zaczęła czekać.
Łukasz się spóźniał. Kiedy Agnieszka zaczęła czuć, iż sukienka wrzyna się jej w miejsce, dla którego pół roku ćwiczyła na siłowni, w zamku zakręcił się klucz.
Zamek nowy, popchnij, nie zamknięte! rzuciła lekko zawstydzona, jednak uwodzicielsko. Nie obawiała się oceny. Mieszkanie wyglądało świetnie. Wybaczą jej wszystko.
W chwili, gdy drzwi się otworzyły, dostała SMS od Łukasza: Gdzie jesteś? Jestem już w domu. Widzę, iż mieszkanie wcale się nie zmieniło. Znajomi mnie straszyli, iż wszystko obstawisz kosmetykami.
Tak czy siak, Agnieszka przeczytała tę wiadomość dopiero później. Tymczasem do mieszkania weszli całkiem obcy ludzie pięć osób: dwóch młodych facetów, dwoje nastolatków i sędziwy dziadek, który na widok Agnieszki natychmiast się wyprostował i poprawił resztki siwych włosów.
No proszę, tato, takie powitanie! Po co ci sanatorium, skoro w domu masz wszystko w pakiecie? zagadał pierwszy z młodych, zaraz dostając po głowie od swojej (pewnie) żony za gapienie się.
Agnieszka stała w progu z dwoma pełnymi kieliszkami, niezdolna się ruszyć. Miała ochotę krzyknąć, ale ogarnął ją paraliż.
W kącie radośnie zachichotał pająk.
Przepraszam, kim pani jest? zapiszczała Agnieszka.
Właściciel tej klatki. A pani to chyba z przychodni, przyszła zmienić opatrunek? Mówiłem, iż dam sobie radę, odpowiedział dziadek, patrząc na jej medyczny strój.
Eee, Adam Matwiejczuk, u pana tu dopiero przytulnie się zrobiło, zajrzała przez ramię Agnieszki żona młodego. Zupełnie inna bajka, bo wcześniej to jak w grobowcu. A pani jak się nazywa? Czy nasz Adam Matwiejczuk nie za stary dla pani? Chociaż, wiadomo, swoje mieszkanie ma
Agn… Agnieszka…
No proszę! Sprytne te pana wybory, Adam Matwiejczuk, nie ma co!
Dziadek, patrząc na jej młode oczy, też wydawał się zadowolony z losu.
A gdzie Łukasz? wyszeptała Agnieszka, jednym haustem opróżniając oba kieliszki.
Ja jestem Łukasz! podniósł rękę ośmioletni chłopiec.
Spokojnie synek, jeszcze ci za wcześnie być Łukaszem, matka opuściła mu rękę i wysłała dzieci z ojcem do samochodu.
Przepraszam, chyba pomyliłam mieszkanie, zaczęła wracać do siebie Agnieszka, przypominając sobie walkę z zamkiem. To tu jest Fiołkowa osiemnaście, mieszkanie dwadzieścia sześć?
Nie, to Bukowa, osiemnaście, radośnie zacierał ręce dziadek, gotów rozpakowywać niespodziewany prezent.
Tak… westchnęła tragicznie Agnieszka, pomyłka. Proszę, częstujcie się, a ja muszę zadzwonić.
Chwyciła telefon i wpadła do łazienki, barykadując się ręcznikiem. Dopiero tam doczytała SMS od Łukasza.
Łukaszu, zaraz wracam, po prostu trochę zeszło mi w sklepie, odpisała.
OK, czekam. Jak dasz radę, weź czerwone wino, nagrał Łukasz na głosówkę.
Czerwone miała zamiar przynieść, ale już w sobie. Chwyciwszy dywanik pod pachę i zdejmując zasłonkę, poczekała aż obcy przeniosą się do kuchni, po czym wymknęła się z łazienki.
Pozbierała pospiesznie rzeczy do reklamówki i wyskoczyła z mieszkania.
***
Opowiem, ale później, wyjaśniła swój wygląd, gdy Łukasz otworzył jej drzwi.
Idąc jak w mgle, minęła go bez słowa. Od razu weszła do łazienki, założyła zasłonkę i rozłożyła dywanik, po czym przeszła do pokoju, padła na kanapę i przespała do rana, aż stres i czerwone wino odpłynęły.
Budząc się, zobaczyła przed sobą nieznanego młodego mężczyznę, który czekał na wyjaśnienia.
Przepraszam, jaki tu jest adres?..
Butowa, osiemnaście…











