A ty choćby nie próbuj siadać przy stole. Twoje zadanie to podawać! oznajmiła teściowa.
Stałam przy kuchence w ciszy poranka pognieciona piżama, włosy w byle jakim koku. Pachniało tostami i mocną kawą.
Na stołku obok stołu siedziała moja siedmioletnia córka, Klara, i z zapałem malowała kolorowe esy-floresy w swoim zeszycie.
Znowu te Twoje dietetyczne bułeczki? zabrzmiał za mną groźny głos.
Podskoczyłam jak przestraszona wróbelka.
W drzwiach stanęła teściowa kobieta o twarzy z granitu i głosie grożącym Komisją Etyki. Zawiązany na czubku kok, szlafrok, zaciśnięte usta cała ona.
Wczoraj na obiad jadłam, co było pod ręką! eksponowała swoje cierpienie, trzepocząc ścierką o bok stołu. Żadnej zupy, żadnej normalnej strawy. Umiesz zrobić jajka? Tak jak należy, nie jak w tych Twoich nowoczesnych wymysłach!
Wyłączyłam kuchenkę i otworzyłam lodówkę.
W sercu pojawiła się spirala gniewu, ale przełknęłam ją w milczeniu. Nie przy dziecku. I nie w miejscu, gdzie każdy centymetr przypominał: Tylko tymczasowo tu jesteś.
Już się robi wydusiłam, odwracając się, by nie widziała drżenia mojej szczęki.
Klara pozornie skupiona na flamastrach, kątem oka obserwowała babcię ostrożnie, na czujce.
Przeprowadzka do mamy
Kiedy mój mąż, Damian, zaproponował, żebyśmy zamieszkali chwilowo u jego mamy, brzmiało to choćby rozsądnie.
Pożyjemy trochę z mamą, dwa miesiące najwyżej. Praca blisko, kredyt lada moment, a ona się nie sprzeciwia.
Zawahałam się. Nie dlatego, iż nie znoszę teściowej o nie, trzymamy poziom grzeczności. Ale prawda była taka: dwie dorosłe kobiety w jednej kuchni to pole minowe.
A jego mama? Pedantka. Władza, kontrola, porządki, moralna inspekcja to jej żywioł.
Ale nie było wyjścia.
Sprzedaliśmy stary lokum ekspresowo, nowego jeszcze nie dało się wykończyć. I tak we troje wylądowaliśmy w dwupokojowym mieszkaniu teściowej.
Tylko tymczasowo.
Codzienny reżim
Pierwsze dni były choćby sympatyczne. Teściowa aż przesadnie miła postawiła dodatkowy stołek dla Klary, poczęstowała szarlotką.
Trzeciego dnia pojawiły się zasady.
W moim domu panuje porządek zakomunikowała przy śniadaniu. Wstaje się o ósmej. Buty tylko na stojaku. Zakupy po uzgodnieniu. I proszę ciszej z tym telewizorem, mam wrażliwe uszy.
Damian machnął ręką, uśmiechnął się:
Mamo, spokojnie, przecież to chwilowo. Przetrzymamy.
Skinęłam głową, milcząca jak typowa Polka przed świętami.
Tylko iż przetrzymamy brzmiało jak wyrok.
Coraz mniej mnie
Minął tydzień. Potem drugi.
Rygor coraz surowszy.
Teściowa usunęła Klarze rysunki ze stołu:
Przeszkadzają.
Schowała moją kraciastą serwetę:
Niepraktyczna.
Moje płatki? Przepadły:
Stały za długo. Pewnie spleśniały.
Szampony przeniesione:
Żeby mi się po łazience nie pałętały!
Czułam się nie jak gość, ale jak duch. Bez głosu, bez zdania.
Moje jedzenie było nieprawidłowe.
Moje nawyki zbędne.
Moje dziecko za głośne.
A Damian powtarzał swoje mantry:
Wytrzymaj, to mieszkanie mamy. Ona zawsze taka była.
A ja znikałam z dnia na dzień.
Coraz mniej zostawało ze spokojnej, pewnej siebie kobiety, którą byłam. Zostało dostosowywanie się i ciche przełykane frustracje.
Życie według cudzych zasad
Codziennie wstawałam o szóstej, żeby pierwsza zająć łazienkę, ugotować owsiankę, przygotować Klarę i nie dać się złapać w sidła teściowej.
Wieczorami gotowałam dwa obiady.
Jeden dla nas.
Jeden regulaminowy dla niej.
Bez cebuli.
Po czym, z cebulą.
Potem tylko w jej garnku.
Potem tylko na jej patelni.
Nie proszę o wiele mówiła z wyrzutem teściowa. Po ludzku, jak trzeba.
Dzień, w którym upokorzenie stało się publiczne
Pewnego ranka ledwo umyłam twarz i włączyłam czajnik, teściowa wpadła do kuchni jak komornik po zaległość.
Dzisiaj przychodzą moje koleżanki. O czternastej. Ty jesteś w domu, więc przygotujesz stół. Ogórki, sałatkę, coś do herbaty zwyczajnie.
Zwyczajnie znaczy u niej jak święta Bożego Narodzenia.
O nie wiedziałam. Nie mam wszystkiego
Listę już ci napisałam. Nic trudnego.
Ubrawszy się, poszłam do sklepu.
Wydałam 120 złotych na: kurczaka, ziemniaki, koperek, jabłka na szarlotkę, herbatniki
Po powrocie gotowałam ciurkiem.
O drugiej wszystko gotowe:
Stół zastawiony, kurczak rumiany, sałatka świeża, szarlotka złocista.
Przybyły trzy emerytki wizytowe loki, zapachy z poprzedniej epoki.
Od razu wiedziałam, iż nie jestem w towarzystwie.
Jestem obsługą.
No chodź, usiądź tu, ale podawaj nam uśmiechnęła się teściowa.
Podawać? dopytałam.
Co w tym trudnego? My starsze, Tobie łatwiej.
I tak znowu:
z tacą, z łyżkami, z chlebem.
Podaj herbatkę.
Daj mi cukier.
Sałatka się skończyła.
Kurczak za suchy kręciła nosem jedna.
Szarlotka przypieczona dorzuciła druga.
Ściskałam zęby. Uśmiechałam się. Sprzątałam talerze. Dolewałam herbatę.
Nikt nie spytał, czy chcę usiąść.
Choćby głęboko odetchnąć.
Jak miło, gdy młoda gospodyni jest w domu! zaśmiała się fałszywie teściowa. Wszystko na niej się trzyma!
I wtedy coś się we mnie złamało.
Wieczorem powiedziałam prawdę
Gdy babcie wyszły, pozmywałam gary, schowałam resztki, wyprałam obrus.
Usiadłam na skraju sofy z pustą szklanką w dłoni.
Za oknem zapadał zmierzch.
Klara spała zwinięta w kłębek.
Damian obok, zapatrzony w telefon.
Słuchaj odezwałam się cicho, ale stanowczo. Ja już więcej nie dam rady.
Podniósł wzrok, zdziwiony.
My tu żyjemy obco. Jakbym była pracownicą obsługi. Ty w ogóle to widzisz?
Milczał.
To nie dom. To życie, gdzie cały czas się dopasowuję i milczę. Ja tu jestem z dzieckiem. Nie chcę czekać kolejnych miesięcy. Mam już dość bycia dyżurną i niewidzialną.
Kiwnął głową powoli.
Rozumiem Przepraszam, iż wcześniej nie zauważyłem. Zaczniemy szukać mieszkania. Wynajmiemy cokolwiek, ale nasze.
I tak też zrobiliśmy od razu tego wieczoru.
Nasz dom choćby malutki
Mieszkanie było nieduże. Właściciel zostawił starą meblościankę, linoleum piszczało jak mysz pod szafą.
Ale gdy tylko weszłam na próg poczułam lekkość. Jakbym odzyskała głos.
To tutaj westchnął Damian, odstawiając torby.
Teściowa nie powiedziała ani słowa. choćby nie próbowała nas zatrzymać.
Nie wiem, czy się obraziła, czy wreszcie zrozumiała.
Minął tydzień.
Poranki z muzyką.
Klara rysowała na podłodze.
Damian parzył kawę.
A ja patrzyłam na nich i uśmiechałam się.
Bez stresu.
Bez pośpiechu.
Bez wytrzymaj.
Dziękuję Ci powiedział któregoś ranka, obejmując mnie. iż nie przemilczałaś.
Spojrzałam mu w oczy:
Dziękuję, iż usłyszałeś.
Teraz nasze życie wcale nie jest idealne.
Ale to nasz dom.
Nasze zasady.
Nasz hałas.
Nasze życie.
I to było prawdziwe.
A Ty co byś zrobiła na moim miejscu wytrzymałabyś na chwilę, czy spakowała walizki już po pierwszym tygodniu?













