Agnieszko, wybieramy się do was w odwiedziny! Już choćby bilety kupiliśmy! tymi słowami rozpoczęła rozmowę daleka krewna Agnieszki. Tak daleka iż Agnieszka z miejsca nie mogła sobie skojarzyć, kim ta osoba w ogóle jest.
Zszokowana Agnieszka patrzyła przez chwilę na telefon, próbując przypomnieć sobie, skąd tej kobiecie znane jest jej imię.
Kto mówi? Jakie odwiedziny?
Agnieszko! kobiecy głos zachichotał No jak to? To przecież ja, ciocia Łucja!
Agnieszka, choć wytężała pamięć, nie mogła sobie przypomnieć żadnej cioci o imieniu Łucja. Jednak na wszelki wypadek zapytała:
Po co dzwonisz?
Chcemy was odwiedzić! Mieszkasz przecież nad morzem, prawda? Przyjedziemy tylko na dwa dni, bo Zbyszek mój syn bardzo tego potrzebuje…
Po krótkiej wymianie zdań Agnieszka dowiedziała się, iż Zbyszek, syn Łucji, musi się podreperować nad morzem, bo lekarz zalecił mu morskie powietrze. Przynajmniej tak twierdziła ciocia. Zapewniała też, iż nie będzie kłopotu, będzie sprzątać po sobie i pomagać jak tylko się da. Agnieszka zgodziła się z wahaniem, przeczuwając, iż popełnia błąd.
Dziękuję, Agnieszko! kobieta aż zaświergotała z radości. W takim razie przyjedziemy w piątek!
Szybko się pożegnała i odłożyła słuchawkę. Agnieszka westchnęła i spojrzała na swojego dwunastoletniego syna, Artura.
Znowu ktoś do nas przyjeżdża, mamo? spytał podejrzliwie Artur.
Tak, podobno jakaś ciocia Łucja wzruszyła ramionami Agnieszka.
Zadzwoń do babci i się dowiedz, kto to! Artur krzywił się na samą myśl o takich gościach, bo zwykle co innego obiecywali, a co innego robili.
Ostatnio Agnieszka odmawiała wszystkim tego typu wizyt, ale skoro chodziło o dziecko, w końcu ustąpiła. Zwłaszcza iż miał to być TYLKO weekend.
Kupiła przed trzema laty niewielki domek nad morzem, w Międzyzdrojach po rozwodzie i podziale majątku. Przeprowadziła się z synem i nagle okazało się, iż ma dziesiątki kuzynów i kuzynek, o których istnieniu nie miała zielonego pojęcia.
Początkowo cieszyła się z nowych znajomości, ale gwałtownie odkryła, iż wielu z tych krewnych przyjeżdża tylko po to, by mieć wikt i opierunek za darmo. Nie zamierzali choćby po sobie posprzątać. Najlepiej, żeby gospodyni gotowała, zmywała i jeszcze ich obsługiwała.
Agnieszka gwałtownie ucięła takie zachowania i jasno stawiała sprawę, iż nie prowadzi hotelu. Kto nie rozumiał, ten więcej do niej nie przyjeżdżał. Byli i tacy, którzy chcieli się wprosić na siłę z takimi radziła sobie stanowczo.
Byli jednak normalni ludzie, którzy sami pomagali i fajnie się razem spędzało czas. Niestety, takich było jak na lekarstwo.
Zgodnie z radą Artura Agnieszka zadzwoniła do mamy. Jej mama mieszkała w Krakowie, ale odwiedzała ją raz czy dwa razy w roku.
Cześć, Agnieszko odebrała mama.
Cześć, mamo, jak tam?
Chwilę rozmawiały o bieżących sprawach, po czym Agnieszka zeszła na temat cioci Łucji i jej syna.
Nie kojarzę, kto to mruknęła mama. Może jakaś bardzo daleka rodzina? Spytam ojca, ale on raczej też nie pamięta.
Rozmowa nie wyjaśniła niczego nie pozostało nic innego jak czekać na rodzinę.
Przyjechali dwa dni później, tak jak obiecali. Ciocia Łucja okazała się postawną kobietą o chytrym spojrzeniu, a jej syn nie był wcale małym chłopcem, ale rosłym piętnastolatkiem. Później Agnieszka dowiedziała się, iż leczenie miało być tylko pretekstem. Łucji po prostu zachciało się darmowego urlopu. Standard…
Czemu nas nie odebrałaś z dworca? to były pierwsze słowa Łucji. choćby tata nie rozpoznał tej kobiety na zdjęciu.
Mama nie ma obowiązku was odbierać burknął Artur, stojąc przy niej.
Łucja udawała, iż nie zauważyła tej uwagi, ale spojrzała na niego z ukosa.
Agnieszka, gdzie można rzucić torby? Które nasze pokoje?
Jest jeden pokój dla was odpowiedziała chłodno Agnieszka nie mam tyle miejsca, żeby każdemu oddzielną izdebkę dawać.
To dziwne! Mówili, iż masz wielki, piękny dom. Nad Bałtykiem!
Nie wiem kto wam to naopowiadał. jeżeli coś nie pasuje, możecie wynająć pokój w pensjonacie powiedziała prosto z mostu Agnieszka. Nie mam ochoty już się z wami kłócić.
Ciocia Łucja natychmiast zaczęła się uśmiechać i niemal słodko pokiwała głową:
Agnieszko, no co ty! Zmęczona jestem po podróży. Chodź, wprowadzisz nas do środka, kochana kuzynko!
Pierwsza ruszyła do domu, a Zbyszek powlókł się za nią z walizkami. Artur spojrzał na Agnieszkę z powątpiewaniem.
Mówiłem ci, mamo. Pożałujesz, zobaczysz.
Tylko dwa dni próbowała uspokoić siebie i syna.
Na szczęście reszta dnia minęła w miarę spokojnie. Łucja z synem gwałtownie położyli się spać, chociaż sarkali, iż u siebie śpią osobno. Agnieszka miała wprawdzie jeszcze dwa pokoje, ale tam trwał remont i nie mogła nikogo tam wpuścić. Zaproponowała nocleg w salonie odmówili i nie miała zamiaru się spierać.
Nawet noc obyła się bez incydentów, ale już o szóstej rano Agnieszkę wyrwał ze snu gwar. Zerknęła na zegarek. Szósta? Była typową sową i nie znosiła rannych pobudek. Jej syn zawsze starał się być cichy rankiem i nie przeszkadzać.
Co tu się dzieje? zapytała ziewając, wychodząc do salonu.
Nic, Agnieszko Łucja stała pośrodku z torbą wywracaną na lewą stronę i rozsypywała ubrania po całym pokoju Kąpielówek nie mogę znaleźć!
Nie mogłaś tego zrobić w swoim pokoju? Ciszej trochę!
Mało tam miejsca! Poza tym staram się nie robić hałasu…
Za oknem okazało się, iż za harmider odpowiada Zbyszek, który walił w metalowe wiadro. Tak czekał na mamę. Ta, nie spiesząc się, grzebała w torbie.
Powiedz mu, żeby przestał tak hałasować, bo sąsiedzi nas zamordują! rzuciła przez zęby Agnieszka do Łucji.
Łucja fuknęła, ale w końcu zawołała syna, by się uspokoił.
Agnieszka zrezygnowała z dalszego snu i ruszyła do kuchni.
Gdzie idziesz?
Kawy sobie zrobić burknęła.
Och, to dobrze. Zrób mi też. Tylko duży kubek i z mlekiem! Trzy łyżeczki cukru.
Stanęła jak wryta i spojrzała na kobietę z oburzeniem.
Pani Łucjo, nie wiem choćby jakie pani ma nazwisko, ale to jest mój dom. Obudziliście mnie bladym świtem, a teraz jeszcze wydajecie polecenia?
To już chyba nie taka rana wzruszyła ramionami Łucja. A ja Łucja Józefiak, dla ścisłości. No i co z tą kawą?
U mnie samoobsługa!
Nastrój Agnieszki popsuł się od samego rana. Gdy piła w kuchni kawę i próbowała ochłonąć, wszedł Artur i współczująco poklepał ją po ramieniu.
Mówiłem ci, mamo. To się na kilometr czuje, iż są bezczelni. Jeszcze ich wyrzuć!
Jeszcze tylko jeden dzień… westchnęła.
A ten dzień dopiero się zaczął… Już choćby mnie obudzili.
Zakręciło się coś w kuchni weszła Łucja z naburmuszoną miną.
Kawy nie zrobiłaś?
Mama nie musi! Sami sobie róbcie! odezwał się Artur.
Agnieszko, nie uczyłaś syna, iż przy starszych się nie odzywa?
Mojego syna proszę zostawić w spokoju! Agnieszka zaczęła się gotować, choć zwykle była bardzo spokojna.
Nie jestem dzieckiem syknął Artur.
Łucja nalała sobie kawy w milczeniu, a potem jakby nic się nie stało, uśmiechnęła się szeroko.
Agnieszko, oprowadzisz nas chociaż na plażę?
Zejdziecie ścieżką, od razu widać morze. Nie sposób się zgubić.
Skoro Łucja przeszła na ty, Agnieszka nie miała zamiaru być grzeczniejsza.
Nie idziesz z nami?
Artur rzucił matce znaczące spojrzenie nie miał zamiaru spędzać dnia z tymi gośćmi.
My pójdziemy później. Idźcie sami.
A co będzie na obiad?
Agnieszka gotowała zwykle dla siebie i dla Artura plus dla gości, jeżeli pomagali i dokładali się do zakupów. Nigdy nie była aż tak hojna, by gotować wszystkim za swoje ostatnie pieniądze. Ucinając śmiałe prośby, mówiła jak dzisiaj:
My z Arturem mamy swój posiłek, a wy możecie zjeść w barze obok.
Ale może byś coś przygotowała, nie znoszę stołówek! Łucja spojrzała prosząco.
Za odpowiednią opłatą, bo ja też z nieba pieniędzy nie biorę odparła bez owijania w bawełnę.
Łucja prychnęła pogardliwie.
To już wolę zjeść w barze. Tam smaczniej!
Artur tylko uniósł brwi.
I tak, w ciągłych utarczkach i kłótniach minęły dwa dni. Drugiego dnia okazało się, iż Łucja wcale nie zamierza się wyprowadzać. Kiedy Agnieszka upomniała ją, iż czas się zbierać, usłyszała:
Agnieszko, czemu taka jesteś? Przegonisz nas? Mamy urlop na tydzień, poleżymy sobie u ciebie, a potem sobie pójdziemy. No chyba cię nie zbawią te kilka dni?
Agnieszce naprawdę było przykro. Już miała dosyć nie dość, iż wcześnie rano pobudki, to jeszcze nerwy na wierzchu. Jako ludzie, Łucja i jej syn byli nie do zniesienia. Zbyszek, choć nastolatek, potrafił prowokować, celowo śmiecił albo przeszkadzał innym. Sąsiedzi już zaczynali się skarżyć.
Szczerze, to mi szkoda każdego dnia. To mój dom, a na jutro mam zaproszonych przyjaciół. Mówiliśmy, iż tylko dwa dni. Minęły. Proszę się spakować do rana.
Mówiła spokojnie, zdecydowanie. Łucja zrobiła wielkie oczy i niemal zaczęła krzyczeć:
Jak możesz! Rodzinę na bruk wyrzucasz! Gdzie my pójdziemy? Na dworzec? Co mamy zrobić?!
Zbyszek stał z boku, wyraźnie zawstydzony.
Jaką rodzinę?! Nikt z moich bliskich was nie zna! Macie czas do rana. jeżeli coś uszkodzicie lub wyniesiecie dzwonię na policję.
Wyszła, z ulgą czując, iż tym razem wygrała. Następnego ranka Łucja z Zbyszkiem wymaszerowali, narzekając i złorzecząc, ale musieli się zastosować. Agnieszka przysięgła sobie, iż już nigdy nie przyjmie rodzinki na noc. choćby na dwa dni.













