A słuchaj, muszę ci opowiedzieć, co się ostatnio wydarzyło, bo normalnie do tej pory nie mogę dojść do siebie!
Wyobraź sobie dzwoni telefon, patrzę, jakiś nieznany numer. Odbieram, a tam kobiecy głos od razu zaczyna:
Witaj, Aniu, planujemy z mężem wpaść do was w odwiedziny! Już bilety kupione!
No i wiesz Zupełnie nie kojarzę kto to, nie poznaję głosu, rodzina niby, ale jakaś bardzo daleka, bo naprawdę za nic nie mogłam przypomnieć sobie takich krewnych.
Patrzę zdziwiona na telefon i pytam:
Przepraszam, kto mówi?
A ona dalej swoje, rozbawiona:
No jak to kto, Aniu! Przecież to ja twoja ciocia Wiesia!
No powiem ci, choćby się wysiliłam, żeby ją skojarzyć, ale kompletnie nie mam w pamięci takiej cioci. Jednak pytam z grzeczności:
O co konkretnie chodzi?
No jak to o co, chcemy się u ciebie zatrzymać! Przecież mieszkasz nad morzem, nie? W sumie na dwa dni tylko, bo Bartuś, mój syn, bardzo potrzebuje świeżego powietrza mówi, niby to wszystko takie oczywiste.
Po jeszcze krótkiej rozmowie skumałam, iż według niej temu Bercikowi ponoć lekarz zalecił morskie powietrze, taki, wiesz, zdrowotny wyjazd. Wiesia zarzekała się, iż nie będą przeszkadzać, pomogą, choćby posprzątają za sobą. Zgodziłam się, chociaż miałam złe przeczucia.
Dziękuję, Aniu, kochana! W piątek będziemy! i już się rozłączyła, zanim zdążyłam coś więcej powiedzieć.
Patrzę na mojego dwunastoletniego syna, Janka:
Zgadnij, Janek, zgadnij kto znowu u nas będzie się stołował i spał!
Mama, znowu jacyś goście?
No, jakaś tam ciocia Wiesia chyba.
Zadzwoń do babci i spytaj, kto to w ogóle jest, bo ja takich niespodzianek nie lubię mówi Janek całkiem poważnie.
On dobrze wiedział, jak te odwiedziny czasem wyglądają obiecają jedno, a później wiadomo.
Ostatnio wszystkim mówiłam „nie”, żeby mieć choć trochę spokoju. Ale tu dziecko w potrzebie, to już głupio odmówić. Zresztą, tylko dwa dni.
Trzy lata temu, po rozwodzie, kupiłam z Jankiem dom w Międzyzdrojach. gwałtownie się okazało, iż teraz mam pełno „rodziny”, której wcześniej nie znałam. Jeszcze na początku choćby mi się to podobało, ale się gwałtownie nauczyłam jedni przyjeżdżali tylko na gotowe, nie chciało im się choćby po sobie talerza umyć. Jeszcze innym wydawało się, iż jak jestem właścicielką, to powinnam wszystko ogarnąć od sprzątania po zakupy.
Szybko postawiłam granice to nie hotel. Niektórzy próbowali przyjechać mimo wszystko, ale ich nie wpuszczałam. Byli też ci normalni fajnie się gadało, pomagali, no i jak tacy byli, to choćby chętnie ich gościłam Ale takich to niestety jak na lekarstwo.
No więc, posłuchałam rady Janka i zadzwoniłam do mamy, która przez cały czas mieszka w Warszawie.
Cześć, mamuś!
Hej, Aniu! Co słychać?
Pogadałyśmy trochę o życiu, a potem zahaczyłam o ciocię Wiesię i jej syna.
Nic nie kojarzę, mówi mama zaskoczona. Może jakaś gałąź taty? Spytam go, ale coś czuję, iż też nie wie
No i nic mi nie pomogła, zostało czekać na „rodzinę”.
Zjawili się równo po dwóch dniach. Ciocia Wiesia kobieta, powiedziałabym, dość okazała, z bystrymi oczami i jej syn Bartosz, który zamiast być chorym dzieciakiem, okazał się piętnastoletnim dryblasem. Później się dowiedziałam, iż żadnej kuracji lekarz nie zalecał, a sama Wiesława po prostu chciała trochę odpocząć nad Bałtykiem na cudzy koszt. Normalka, co nie?
A czemu nikt nas z dworca nie odebrał? to jej pierwsze słowa. A mój tata kiedy go podpytałam, też w życiu o niej nie słyszał.
Mamo, to nie twoja rola! burknął Janek pod moim bokiem.
Ciocia udawała, iż tego nie słyszy, tylko rzuciła synowi zdenerwowane spojrzenie.
Aniu, gdzie możemy zostawić rzeczy? Które pokoje dla nas?
Macie wspólny pokój, powiedziałam dość stanowczo. Nie mam miejsca jak w hotelu, żeby każdemu osobny dawać.
Co ty mówisz? Słyszeliśmy, iż masz wielki dom nad samym morzem
Nie wiem, skąd to wzięliście. Jak coś wam nie pasuje i będziecie się dalej rządzić, polecam hotel odpowiedziałam szczerze. Nie zamierzam zaczynać od kłótni.
Wtedy ciocia Wiesia się uśmiechnęła fałszywie i już ściszonym głosem:
Aniu, no coś ty, nie przesadzaj! Zmęczona podróżą jestem. Chodź, kochana, pokaż dom!
Pierwsza weszła do środka, Bartosz za nią, ciągnąc walizki. Janek spojrzał na mnie wymownie:
Wtopiłaś, mamo. Zobaczysz!
To tylko dwa dni! próbowałam uspokoić i jego, i siebie.
Na szczęście reszta dnia minęła względnie spokojnie. Wiesia z synem wcześnie położyli się spać, chociaż trochę narzekali, iż woleliby osobne pokoje. Miałam jeszcze dwie puste, ale tam akurat trwał remont. Mogli spać na kanapie w salonie odmówili. Ich sprawa.
Noc choćby była w miarę, ale rano Obudził mnie łomot patrzę na zegarek, szósta rano! A przecież wiesz, iż ja jestem typową sową i nie znoszę wstawać bladym świtem. Janek zawsze cicho się kręci, czasem wyjdzie do kumpli jak jeszcze śpię ważne tylko, żeby zostawił kartkę.
Wychodzę zaspana do salonu:
Co się dzieje?
Nic, Aniu, Wiesia sterczy pośrodku salonu, wywala ciuchy z torby na wszystkie strony. Szukam kostiumu kąpielowego!
Nie można tego robić trochę ciszej, w swoim pokoju?
Tam za mało miejsca! Przepraszam, już kończę.
Okazało się, iż większy hałas robił Bartosz na dworze, bo walił w metalowe wiadro, czekając na matkę aż skończy grzebać.
Powiedz mu, żeby nie hałasował, bo jeszcze sąsiadów mi na głowę zwalicie proszę do Wiesi.
Krzyknęła do niego i poszło Bartosz poszedł się położyć na ławce pod jabłonką.
Zrozumiałam, iż z dospaniem już kilka wyjdzie i wlazłam do kuchni.
Gdzie idziesz?
Kawę zrobić mruknęłam.
Oj, Aniu, zrób mi też całą dużą, z mlekiem i trzy łyżeczki cukru!
Miałam ochotę paść.
Wiesławo, nie wiem choćby jak się do pani zwracać oficjalnie, ale wie pani co Przyszliście do mojego domu, od rana robicie zamieszanie, a teraz jeszcze życzenia co do kawy w rozkazującym tonie?
Ale już pora wstawać! odparła zupełnie spokojnie. Wiesława Zbigniewówna jestem. Kawka?
U nas obowiązuje samoobsługa!
Złość mi nie przeszła do końca poranka. Próbowałam się uspokoić przy mojej kawie, a wtedy wszedł Janek, poklepał mnie po ramieniu:
Mówiłem, mamo! Już po ich minach widać, iż bezczelni. Jeszcze nie jest za późno, żeby ich wyrzucić!
Jeszcze tylko jeden dzień, westchnęłam. Jakoś przecierpimy
Właśnie się zaczął!
Wtedy do kuchni wtoczyła się Wiesia z chmurną miną:
Nie ma kawy dla mnie?
Mama nie musi robić kawy każdemu, niech sobie pani sama zrobi! znowu wtrącił się Janek.
Aniu, nie nauczyłaś syna szanować starszych?
A pani niech go nie wychowuje! już się zagotowałam.
Nie jestem dzieckiem fuknął Janek.
Wiesia sama se zrobiła kawę, milczała, potem uśmiechnęła się, jakby nigdy nic:
Aniu, pokażesz nam drogę na plażę?
Po prostu idziecie ścieżką za domem i prosto na brzeg morza.
A idziecie z nami?
Janek spojrzał na mnie, źle się czuł w ich towarzystwie.
My idziemy dopiero po obiedzie, idźcie sami.
A co będzie na obiad?
Jak goście byli w porządku i zawsze dorzucali się do zakupów, to gotowałam. Ale skoro oni tylko jeszcze wymagają
My z Jankiem jemy swoje, a wy możecie zamówić sobie coś w barze na rogu.
Nie możesz nam zrobić czegoś swojego, bo nie znoszę tych knajp? Wiesia spojrzała niby błagalnie.
A możesz mi za to zapłacić? Ja też nie jestem krezusem.
Wzruszenia ramionami i niezadowolone:
W takim razie lepiej zjem jednak w barze! Tam pewnie i tak smaczniej.
Janek tylko prychnął.
Dwa dni minęły w niekończących się kłótniach i spięciach o głupoty. Na drugi dzień okazało się, iż oni się wcale nie zbierają do wyjazdu Przypominam Wiesi, iż było mówione: dwa dni.
Aniu, przecież mnie nie wygodzisz! Mamy zaplanowany urlop! Tydzień tu sobie pomieszkamy, Tobie żal?
Wiesz co, było mi żal i nerwów, i snu, i wszystkiego. Nie chciałam ich w domu, tym bardziej jak jeszcze sąsiedzi już narzekali na Bartosza, iż śmieci, hałasuje, dokucza Jankowi
Owszem, żal. To mój dom, a jutro przyjeżdżają do mnie moi znajomi. Umawiałyśmy się na dwa dni, minęły.
Rozmawiałam spokojnie, pewna siebie. Ciocia Wiesia aż zbladła i zrobiła wielkie oczy:
Jak możesz! Rodzinę na ulicę wyrzucać! Gdzie my pójdziemy? Do PKP? Co mamy robić?
Bartosz stał obok niepewnie, było mu głupio.
Jaka z was rodzina? Nikt was nie pamięta, macie czas do jutra do południa. Tylko jeszcze jedna rzecz jak coś zginie albo zniszczycie, dzwonię na policję.
Wyszłam z ich pokoju i odetchnęłam. Rano następnego dnia Wiesia z Bartoszem się wyprowadzili, jeszcze rzucali pod nosem wyzwiska, ale co tam! Od tej pory przysięgłam sobie, iż choćby na dwa dni nie wpuszczam takich „krewnych”. I dobrze mi z tym!













