A my do Was w gości! Tylko na dwa dni, obiecujemy

polregion.pl 2 dni temu

Kasieńka, wybieramy się do was z wizytą! Już mamy bilety! tak właśnie rozpoczęła rozmowę daleka krewna Kasi. Chyba naprawdę bardzo daleka Bo Kasia za żadne skarby nie mogła sobie przypomnieć kogoś takiego po głosie.

Kasia oniemiała i wpatrywała się w słuchawkę, próbując sobie uzmysłowić, kim jest ta kobieta, po co dzwoni i o co w ogóle jej chodzi. I najważniejsze skąd ta obca pani zna jej imię?

Kto mówi? Z jakimi odwiedzinami?

Kasieńka zachichotał kobiecy głos no co ty! To ja, twoja ciocia Elżbieta!

Kasia naprawdę się wysilała, ale żadna ciocia Elżbieta nie przychodziła jej do głowy. Mimo to, na wszelki wypadek zapytała:

Czy w jakiejś sprawie dzwonicie?

No, chcemy do was przyjechać! Przecież mieszkasz nad morzem, prawda? Na dwa dni tylko, Leszkowi mojemu synowi, bardzo trzeba…

Po krótkiej rozmowie Kasia zrozumiała, iż Leszek, syn cioci Elżbiety, potrzebuje świeżego powietrza znad morza z powodów zdrowotnych przynajmniej tak mówiła ciotka. Obiecywała, iż nie będzie im sprawiać kłopotu, posprząta po sobie i pomoże we wszystkim. Kasia z niemałym trudem się zgodziła, mając jednak przeczucie, iż wyjdzie na tym jak Zabłocki na mydle.

Dzięki, Kasieńka! zaćwierkała radośnie ciotka To widzimy się w piątek!

Szybko się pożegnała i rozłączyła. Kasia ciężko westchnęła i zwróciła się do swojego dwunastoletniego syna, Igora.

Co tam, mamo? Ktoś znowu przyjeżdża?

Tak, jakaś ciocia Elżbieta wzruszyła ramionami Kasia.

Zadzwoń do babci i zapytaj, kto to jest! Igor raczej nie przepadał za takimi gośćmi, bo zawsze obiecywali jedno, a robili drugie.

Ostatnio Kasia wszystkim odmawiała, ale skoro tym razem chodziło o dziecko, uznała, iż zrobi wyjątek. Zresztą miały być to tylko dwa dni.

Kasia trzy lata temu po rozwodzie kupiła domek w Międzyzdrojach. Po podziale majątku ona i Igor przenieśli się tam, a zaraz potem jak spod ziemi zaczęła jej się pojawiać rodzina, o której nigdy wcześniej nie słyszała.

Na początku cieszyła się nowymi znajomościami, ale gwałtownie zorientowała, iż większość krewnych to typowi letnicy przyjeżdżają na gotowe i choćby talerza po sobie nie umyją. A czasem jeszcze zaczynali rządzić, typu twój dom, to sprzątaj, kup jedzenie itd.

Szybko ucięła takie zapędy i wszystkim stanowczo mówiła, iż u niej to nie pensjonat. Niektórzy i tak spróbowali przyjechać, ale nie wpuściła ich choćby za próg. Pojawiali się jednak i tacy, którzy zachowywali się kulturalnie, pomagali i byli wdzięczni za gościnę takich Kasia rzeczywiście cieszyła się gościć, ale należeli do rzadkości.

Posłuchała rady Igora i zadzwoniła do mamy. Mama mieszkała w Warszawie, kilka razy do roku przyjeżdżała odpocząć do Kasi.

Cześć Kasieńka odebrała mama.

Cześć mamusiu! Jak tam u ciebie?

Pogadały chwilę o bieżących sprawach, a potem Kasia przeszła do tematu tajemniczej cioci Elżbiety i jej syna.

Pierwszy raz słyszę zdziwiła się mama Może coś od strony ojca? Spytam go, ale wydaje mi się, iż też nie zna.

Telefon nie wyjaśnił sprawy, więc pozostało tylko czekać na krewnych.

Przyjechali, jak obiecali, po dwóch dniach. Ciocia Elżbieta krępa, dość masywna kobieta z chytrym spojrzeniem, a Leszek okazał się nie dzieckiem, ale piętnastoletnim dryblasem. Dopiero potem wyszło na jaw, iż żadnego leczenia nikt mu nie przepisywał Elżbiecie zwyczajnie zachciało się poleżeć nad morzem za darmo. Nic nowego!

Czemu nas nie odebrałaś z dworca? to były pierwsze słowa Elżbiety. choćby tata nie kojarzył tej kobiety.

Mama nie musi tego robić burknął Igor, stojący obok Kasi.

Elżbieta udała, iż nie słyszała, ale posłała Igorowi gniewne spojrzenie.

Kasia, gdzie możemy położyć rzeczy? Gdzie nasze pokoje?

Macie jeden pokój Kasia zmarszczyła brwi Nie mam miejsca, żeby każdemu oddzielny pokój dać.

Jak to? Przecież mówili, iż masz wielki dom! Nad samym morzem.

Nie wiem, kto wam tak powiedział. jeżeli coś wam się nie podoba i zamierzacie robić problemy, polecam zatrzymać się w pensjonacie Kasia postawiła sprawę jasno Nie chcę zaczynać od kłótni.

Ciocia Elżbieta natychmiast złagodniała i uśmiechnęła się uniżenie:

Kasieńka, no coś ty! Przemęczyłam się drogą, nie przejmuj się. Chodźmy do domu, kochana kuzynko!

Weszła pierwsza do domu, za nią Leszek z torbami, a Igor spojrzał na Kasię:

Mamo, na pewno jeszcze tego pożałujesz.

Tylko dwa dni próbowała uspokoić syna, choć sama siebie też musiała do tego przekonać.

Cały dzień jeszcze minął w miarę spokojnie. Elżbieta z synem poszli gwałtownie spać, choć trochę powrzeszczeli, iż woleliby oddzielne pokoje. Kasia miała jeszcze dwa puste pokoje, ale w remoncie, i nie mogła przyjąć tam gości. Oferowała im spanie w salonie, ale oboje odmówili stwierdziła więc, iż to nie jej sprawa i położyła się spać.

Noc minęła spokojnie, ale rano obudził ją straszny hałas. Zerknęła na zegarek była szósta. Kasia była typową sową i nie znosiła budzenia o tej porze. Igor wiedział o tym, wstawał cicho, zajmował się swoimi rzeczami albo szedł do kolegów, zostawiając liścik, gdzie poszedł.

Co się dzieje? zapytała, ziewając, gdy wyszła do salonu.

Nic, Kasieńka Elżbieta stała na środku i wyciągała stertę ubrań z torby, rzucając je na wszystkie strony Szukam stroju kąpielowego, zapomniałam, gdzie go wsadziłam

Nie można było ciszej, w swoim pokoju?

Tam ciasno! Myślałam, iż robię to bez hałasu.

Hałas okazał się dobiegać z podwórka Leszek walił w metalowe wiadro, czekając na matkę, a ona się nie spieszyła.

Niech przestanie tłuc, bo sąsiedzi mnie tu zamordują powiedziała Kasia do Elżbiety.

Cicho pomruknęła, ale krzyknęła przez okno, więc Leszek odszedł na ławkę pod drzewem.

Kasia zrozumiała, iż już nie zaśnie, więc poszła do kuchni.

Gdzie idziesz?

Na kawę mruknęła.

Kawa! Znakomicie. Kasiu, nalej mi dużą filiżankę, z mlekiem i trzema cukrami!

Kasia nagle się zatrzymała i spojrzała na bezczelną kobietę.

Pani Elżbieto, nie znam choćby pani nazwiska. Przyjechaliście do mojego domu, od pierwszej chwili macie pretensje, budzicie mnie o świcie, a teraz jeszcze wydajecie polecenia?

Przecież już nie jest tak wcześnie wzruszyła ramionami A nazywam się Elżbieta Stanisławowna. To jak z tą kawą?

U mnie po prostu obsługa własna!

Humor miała zepsuty od rana. Gdy piła kawę i próbowała się uspokoić, do kuchni wszedł Igor i poklepał ją współczująco po ramieniu.

A nie mówiłem, mamo? Widać po nich, jakie są natrętne. Jeszcze możesz ich wyrzucić!

Jeszcze dzień westchnęła Kasia Przetrzymamy

Dzień dopiero się zaczął! choćby mnie obudzili.

Nagle do kuchni weszła Elżbieta z niezadowoloną miną.

Kawy nie zrobiłaś?

Mama nie musi! Sami sobie ugotujcie! znów wpadł Igor.

Kasia, nie nauczyłaś dziecka, iż jak starszy mówi, to powinno milczeć?

Proszę mi nie zwracać uwagi na syna! Kasia czuła, jak w niej kipi, choć zwykle była spokojna.

Nie jestem już dzieckiem warknął Igor.

Elżbieta przeszła po kuchni, w milczeniu zrobiła sobie kawę, po czym nagle uśmiechnięta zwróciła się do Kasi:

Kasiu, pokażesz nam drogę na plażę? Zaprowadzisz?

Zejście masz tuż za domem, wystarczy pójść ścieżką, zobaczycie morze. Nic trudnego.

Skoro ona na ty, Kasia przeszła na bezpośredni ton.

Nie idziesz z nami?

Igor spojrzał na matkę wymownie nie miał ochoty być z tymi gośćmi na plaży.

Pójdziemy dopiero po obiedzie. Idźcie sami.

A co dziś na obiad?

Kasia gotowała najczęściej tylko dla siebie i Igora, ewentualnie dla gości, jeżeli byli w porządku i dorzucali się na zakupy. Nie była milionerką, żeby każdego żywić na swój koszt. Często odpowiadała jak teraz:

Ja z Igorem mamy swoje jedzenie, a wy możecie zjeść w barze obok.

Nie możesz nam chociaż ugotować? Elżbieta spojrzała błagalnie Nie znoszę knajp!

jeżeli zapłacisz, to mogę gotować. Ja mam też kilka pieniędzy uczciwie stwierdziła Kasia.

Elżbieta prychnęła i wzruszyła dumnie podbródkiem.

W takim razie pójdziemy do baru tam lepiej karmią.

Igor tylko się uśmiechnął pod nosem, ale się nie odezwał.

I tak, w ciągłym napięciu, docinkach i drobnych kłótniach minęły te dwa dni. Ale na drugi dzień Kasia odkryła, iż ciocia Elżbieta nie zamierza się wynosić. Gdy przypomniała jej o ustaleniach, tamta wzruszyła ramionami i odpowiedziała:

Kasiu, no co ty! Wyrzucisz nas na ulicę? Przecież mamy urlop na cały tydzień. Posiedzimy jeszcze. Co ci szkodzi?

Kasi szkodziło. Bardzo. Przez te dwa dni wstawała o świcie, nerwy miała zszargane, a towarzystwo tych ludzi w ogóle jej nie pasowało zwłaszcza Elżbiety. Leszek, choć młody, umiał uprzykrzyć życie kopał Igora, robił bałagan i hałasował na podwórzu, mimo próśb o ciszę. Sąsiedzi już zaczęli się skarżyć.

Wiesz co? Szkodzi. To mój dom i jutro mam gości, więc proszę, żebyście się spakowali do rana. Była umowa na dwa dni minęły.

Kasia mówiła spokojnie i stanowczo, a Elżbieta była wyraźnie zszokowana takim obrotem sprawy. Oczy zrobiły jej się okrągłe jak złotówki, niemal krzyczała:

Jak możesz tak wyganiać rodzinę na bruk! Gdzie my teraz pójdziemy? Na dworzec?! Co my zrobimy!?

Leszek stał obok, skrępowany całą sytuacją widać, iż nie było mu do śmiechu.

Jaką rodzinę? Nikt z moich choćby was nie pamięta! Macie czas do rana. A jak coś popsujecie czy zginie, zadzwonię na policję.

Kasia zamknęła drzwi ich pokoju i poczuła ulgę. Rano Elżbieta z Leszkiem wynieśli się, głośno narzekając i złorzecząc, ale nie mieli wyjścia. Od tamtej pory Kasia postanowiła już nigdy nie przyjmować takich krewnych. choćby na dwa dni.

Idź do oryginalnego materiału