Dzień 1
Marysiu, wybieramy się do ciebie w odwiedziny! Już mamy bilety! taką nietypową wiadomość usłyszałem pewnego ranka od kobiety, której głosu nie mogłem sobie od razu przypomnieć. Wydawała się być bardzo odległą krewną Marysi, mojej żony. A może była choćby dalsza niż „dalsza” bo pierwsze jej słowa wywołały we mnie zdziwienie: kto, skąd, co się dzieje i dlaczego dzwoni właśnie do nas?
Marysia przypatrywała się słuchawce, jakby próbując sobie przypomnieć, o kogo chodzi, co to za kobieta i skąd zna jej imię, skoro sam nie mógłbym śmiało powiedzieć, kim jest rozmówczyni.
Kto to? Na jakie odwiedziny? zapytałem cicho.
Marysiu rozbrzmiał po drugiej stronie radosny, choć trochę wyśmiewający się głos toż to ja, twoja ciocia Zofia!
Marysia przez chwilę usiłowała sobie przypomnieć taką ciocię. Bez skutku. Zapytała jednak ostrożnie, czego tak naprawdę chcą.
adekwatnie po co dzwonicie?
Na dwa dni wpadniemy w odwiedziny! W końcu ty mieszkasz nad Bałtykiem, a mojemu Antkowi bardzo przyda się morski klimat…
Skrócona rozmowa wyjaśniła, iż Antek, syn cioci Zofii, potrzebuje zdrowotnego powietrza znad morza. Tak przynajmniej twierdziła zainteresowana. Obiecywała, iż będą nam „niewidoczni”, grzeczni, nie narobią szkód i pomogą w czym zechcemy. Marysia nie chciała się zgodzić, miała przeczucie, iż źle robi. Ale jednak sumienie nie pozwoliło odmówić, skoro ponoć chodzi o zdrowie dziecka.
Dziękuję, Marysiu, kochana! Do zobaczenia w piątek! roztrzepotała wesoło Zofia i odłożyła słuchawkę.
Marysia westchnęła i spojrzała na naszego dwunastoletniego syna Stasia.
Znowu ktoś nas odwiedza, mamo? spytał podejrzliwie Staś.
Tak, jakaś ciocia Zofia wzruszyła ramionami Marysia.
Zadzwoń do babci i zapytaj, czy ona kogoś takiego zna! Staś nie lubił nieproszonych i nieznanych gości.
Ostatnio Marysia praktycznie odmawiała wszystkim, ale tu miała zbyt miękkie serce. Ot, dwa dni, co może się stać?
Marysia kupiła domek w Krynicy Morskiej trzy lata temu po rozwodzie i podziale majątku. Z synem przeprowadzili się nad morze. Tam odkryła, iż nagle pojawiło się mnóstwo „rodziny” ludzi, o których nigdy wcześniej nie słyszała.
Początkowo Marysia była rada nowym znajomościom, ale gwałtownie dostrzegła, iż większość tych „krewnych” przyjeżdżała licząc na darmowy nocleg nad morzem i gotowe jedzenie. O myciu po sobie naczyń czy pomocy nie było mowy. Wielu zaczynało stawiać wymagania: „Skoro twój dom, to gotuj i sprzątaj!”.
Dość gwałtownie Marysia wyznaczyła granice i zaznaczyła, iż jej dom to nie pensjonat. Niektórzy próbowali napierać dalej, ale była stanowcza. Byli też tacy, których rzeczywiście miło było gościć pomocni, kulturalni, pełni ciepła jednak takich było niewielu.
Tym razem, posłuchawszy rady Stasia, Marysia zadzwoniła do swojej mamy, która pozostała w Warszawie, ale kilka razy w roku odwiedzała nas nad morzem.
Cześć Marysiu odezwała się mama przez telefon.
Cześć, mamo, jak się masz?
Po krótkiej wymianie aktualności, Marysia przeszła do rzeczy.
Znasz może ciocię Zofię i jej syna Antka?
Zupełnie sobie nie przypominam… Może to z rodziny twojego taty? Zadzwoń zapytać. Ale ja bym nie powiedziała, żebyśmy ich znali zawahała się mama.
Cóż, wielkiego pożytku z rozmowy nie było, więc pozostało czekać na gości.
Dzień 3
Zjawili się zgodnie z zapowiedzią ciocia Zofia, kobieta o solidnych kształtach i lekko przebiegłym wzroku, i Antek, który wcale nie okazał się małym chłopcem, ale wyrośniętym, piętnastoletnim młodzieńcem. Później dopiero dowiedzieliśmy się, iż lekarz wcale nie zalecił mu morskiego klimatu, a Zofii po prostu zamarzył się tani urlop w nowym miejscu, najlepiej kosztem „rodziny”.
A czemu nas nie odebraliście z dworca?! zdążyła oburzyć się ciocia już na początku. choćby mój teść nie rozpoznał jej z opowieści.
Mama nie musi tego robić wtrącił Staś.
Zofia zignorowała ten komentarz, rzucając jednak nieprzyjazne spojrzenie chłopcu.
Gdzie możemy położyć rzeczy? Jak wyglądają nasze pokoje?
Macie jeden wspólny powiedziała stanowczo Marysia. Nie mam tyle miejsca, żeby każdemu rozdzielać pokoje.
No jak to? Mówili, iż wasz dom jest ogromny i prawie przy samym morzu!
Nie wiem, kto tak mówił! jeżeli coś nie odpowiada są pensjonaty, można się tam przenieść odpowiedziała surowo Marysia. Nie chcę zaczynać od awantur.
Zofia z miejsca rozpromieniła się i trochę służalczo zaczęła przepraszać:
Marysiu, nie gniewaj się. Zmęczyłam się podróżą, coś mi się pomyliło… Chodźmy do środka, moja kochana siostrzenico!
Weszła pierwsza, Antek ruszył za nią z torbami. Staś spojrzał na matkę:
Zobaczysz, będziesz żałować, iż ich wpuszczałaś…
Tylko dwa dni pocieszała i mnie, i siebie.
Reszta dnia minęła na szczęście w miarę spokojnie. Zofia i jej syn gwałtownie się położyli, choć jeszcze przed snem ponarzekali, iż są przyzwyczajeni do osobnych sypialni. Marysia miała dwie wolne izby, ale akurat był w nich remont. Proponowała salon, ale goście odmówili. Trudno ich decyzja.
Noc spokojna. Dopiero rano rozległ się potężny hałas. Zerwałem się na równe nogi była dopiero szósta. Z natury jestem typową sową, dlatego wczesne pobudki wyprowadzają mnie z równowagi. Staś zawsze wstaje cicho, potrafi choćby pójść do kolegów, nie budząc nikogo tylko zostawia kartkę, gdyby było trzeba.
Co tu się dzieje? wybąkałem, ziewając.
Szukam stroju kąpielowego! odpaliła ciocia Zofia, rozrzucając rzeczy po salonie. Zostawiłam gdzieś…
Nie można było u siebie, ciszej?
Za ciasno! Ale staram się!
Okazało się, iż hałas z podwórka to Antek walący puszką o metalowe wiadro. Czekał na matkę.
Proszę powiedzieć synowi, żeby przestał walić tym żelastwem, sąsiedzi nie wytrzymają… ledwo wycedziłem do cioci.
Mruknęła niezadowolona, ale kazała Antkowi usiąść na ławce pod drzewem.
Już wiedziałem, iż spać się nie da, więc poszedłem do kuchni.
Gdzie idziesz?
Kawę wypić odburknąłem.
O, kawa to świetny pomysł! Mnie zrób dużą, z mlekiem! Trzy łyżeczki cukru!
Zatrzymałem się gwałtownie i spojrzałem na Zofię.
Pani Zofio, nie wiem, jak się do pani zwracać jest pani w moim domu, a od przekroczenia progu same żądania i narzekania, a teraz jeszcze rozkazy!
Ależ… szósta to nie taka znowu rano! A jestem Zofia Helena, proszę bardzo. A co z tą kawą?
Samoobsługa!
Mój dzień był już zepsuty. Piłem kawę, kiedy wszedł Staś i klepnął mnie po ramieniu.
Mówiłem ci, tato. Oni mają wypisane na twarzach, jacy są bezczelni. Jeszcze możesz ich wyrzucić!
Jeszcze tylko dziś… westchnąłem.
Dzień choćby się nie zaczął, a już mnie obudzili!
W drzwiach pojawiła się ciocia z niezadowolonym wyrazem twarzy.
To kawa gotowa?
Mama nie musi jej robić! Zrób sobie sama! Staś znów się wtrącił.
Marysiu, zapomniałaś chyba, iż dzieci nie powinny wtrącać się, gdy dorośli mówią?
Proszę mojemu synowi nic nie mówić! Marysia się już gotowała.
Nie jestem dzieckiem syknął Staś.
Zofia paradowała jeszcze po kuchni, w końcu sama przygotowała sobie kawę i zmieniła ton rozmowy.
Marysia, pokażesz nam drogę na plażę? Oprowadzisz?
Idziecie ścieżką wzdłuż domu, potem w lewo i jesteście na miejscu. Prosto.
Ton rozmowy był już na ty, więc Marysia też przestała się hamować.
A wy nie pójdziecie z nami?
Staś spojrzał na matkę porozumiewawczo.
Pójdziemy po obiedzie, więc idźcie sami.
Co dziś na obiad? ciągnęła temat ciocia.
Marysia gotowała chętnie dla tych, którzy byli pomocni i dorzucali się do zakupów. Bogaczem nie była, nie stać ją było na żywienie pół rodziny.
My ze Stasiem zjemy sami. Wy możecie pójść do knajpki niedaleko.
Nie możesz nam ugotować? Nienawidzę stołówek! spojrzała błagalnie.
Mogę, za określoną opłatą. Też mam swoje wydatki odpowiedziała uczciwie Marysia.
Zofia prychnęła urażona.
To już chyba lepiej zjeść w knajpie, może tam będzie lepiej!
Staś się skrzywił, nie zgadzając się w duchu, ale nie skomentował.
Dwa dni upłynęły pod znakiem drobnych utarczek i pretensji. Drugiego dnia przekonałem się jednak, iż Zofia nie zamierza wyjeżdżać.
Marysiu, no po co te nerwy? Wyprowadzisz nas? Mamy tydzień urlopu! Przecież ci nie będzie żal, prawda?
Było żal. Było też źle. Nieprzespane poranki, nieustanne narzekania i pretensje. Antek nieco mniej typowy nastolatek, choć czasami przeszkadzał Stasiowi, śmiecił w ogródku czy hałasował, mimo upomnień. Już sąsiedzi zaczynali się skarżyć.
Tak, będzie żal! To mój dom i spodziewam się gości przyjaciół, prawdziwych dlatego proszę, żebyście się jutro wyprowadzili. Umawialiśmy się na dwa dni te właśnie minęły.
Marysia mówiła spokojnie i pewnie. Zofia nie była przyzwyczajona do odmowy, zrobiła wielkie oczy i prawie wybuchła:
Jak możesz tak własną rodzinę na ulicę wyrzucać? Gdzie my pójdziemy? Na dworzec? Co z nami będzie?
Antek też słuchał zawstydzony, nie odpowiadając.
Jaką rodzinę? Nikt nas sobie z waszą nie przypomina. Możecie zostać do rana, ale ani dnia dłużej. jeżeli spróbujecie coś ukraść lub zniszczyć zawiadomię policję.
Marysia zamknęła ich drzwi i uśmiechnęła się pod nosem. Nad ranem Zofia i Antek z torbami opuścili dom, narzekając i złorzecząc, ale musieli ustąpić.
Po tej wizycie, spisując ten dzień w dzienniku, wiem jedno: do własnego życia trzeba wpuścić tylko tych, którzy znają słowo „wdzięczność” i nie oczekują, iż zawsze wszystko im się należy. od dzisiaj choćby na dwa dni żadnych nieznanych „kuzynów”. Lepiej być samemu, niż męczyć się z fałszywą rodziną.












