A my do Was w gości. Tylko na dwa dni!

twojacena.pl 8 godzin temu

– Kasiu, słuchaj, wybieramy się do was w odwiedziny! Już mamy bilety! właśnie w taki zaskakujący sposób zaczęła rozmowę jakaś dalsza krewna Kasi. Chyba naprawdę bardzo daleka Bo Kasia nie była w stanie sobie od razu przypomnieć, kim ona w ogóle jest

Patrzyłem z niedowierzaniem w telefon, próbując skojarzyć, kto dzwoni, po co i czego chce. No i skąd ta obca kobieta zna moje imię.

– Kto mówi? Jakie odwiedziny?

– Kachna zachichotał damski głos no coś ty! To przecież ja, twoja ciocia Jadwiga!

Nie ważne, jak bardzo się starałem, nie mogłem przypomnieć sobie żadnej cioci Jadwigi, więc pewnie choćby nie była moją prawdziwą krewną, ale dla świętego spokoju zapytałem:

– Co cię sprowadza?

– No, odwiedziny! Przecież mieszkasz nad morzem? Tylko na dwa dni Leszek, mój syn, naprawdę potrzebuje świeżego powietrza

Po krótkiej wymianie zdań domyśliłam się, iż Leszek, rzekomo mały syn cioci Jadwigi, powinien dla zdrowia odetchnąć morskim powietrzem. Tak przynajmniej opowiadała Jadwiga. Zastrzegała, iż będzie się pilnować, sprzątać po sobie i pomagać w domu. Z wahaniem zgodziłem się, bo miałem przeczucie, iż to nie będzie dobry pomysł.

– Dziękuję, Kasiu! wykrzyknęła radośnie. W takim razie widzimy się w piątek.

Szybko się pożegnała i rozłączyła. Spojrzałem z westchnieniem na dwunastoletniego syna Marcina.

– Kto to był, tato? Znowu ktoś się do nas wprasza?

– Tak, jakaś ciocia Jadwiga wzruszyłem ramionami.

– Zadzwoń do babci, ona będzie wiedzieć, kto to Marcin zbytnio nie przepadał za niezapowiedzianymi gośćmi, bo zwykle mówili jedno, a robili drugie.

Ostatnio wszystkim odmawiałem wizyt, ale skoro tu chodziło o dziecko, na dwa dni się zgodziłem.

Trzy lata temu po rozwodzie i podziale majątku kupiłem mały domek w Rewalu. Zamieszkaliśmy tam z Marcinem, a po przeprowadzce nagle objawiło się mnóstwo krewnych, o istnieniu których wcześniej nie miałem pojęcia.

Na początku choćby się cieszyłem nowymi znajomościami i odwiedzinami, ale gwałtownie zrozumiałem, iż większości chodzi tylko o gotowe posiłki, wygodę i wakacje za darmo. Często nie chcieli choćby po sobie zmyć. Potrafili jeszcze zwracać uwagę, iż dom jest mój, to ja powinienem sprzątać i kupować jedzenie.

Szybko zacząłem ucinać podobne akcje, uprzedzając, iż to nie hotel. Niektórych w ogóle nie wpuszczałem. Były jednak wyjątki kulturalne osoby, które pomagały i szanowały granice. Z nimi chętnie spędzałem czas, ale niestety, takich było niewielu.

Zaraz po rozmowie z ciocią Jadwigą zadzwoniłem do mamy. Została w Białymstoku i przyjeżdżała do nas najwyżej dwa razy do roku.

– Cześć Kasiu odebrała pogodnie.

– Cześć mamo, co u ciebie nowego?

Po krótkiej pogawędce przeszedłem do tematu tej dziwnej cioci.

– Szczerze mówiąc nie kojarzę nikogo takiego mamie nie było do śmiechu. Może od strony ojca? Spytam go, choć wątpię.

Niczego się nie dowiedziałem, więc pozostało czekać.

Goście przyjechali zgodnie z zapowiedzią. Ciocia Jadwiga, pokaźna kobieta o cwanych oczach oraz Leszek, który okazał się nie małym chłopcem, ale piętnastoletnim dryblasem. Dopiero później dowiedziałem się, iż żadnego leczenia mu nie zalecono, zwyczajnie Jadwidze zachciało się wakacji za cudze pieniądze.

– A czemu nikt nas nie odebrał z dworca?! to były jej pierwsze słowa. choćby ojciec, gdy zapytałem, nie pamiętał żadnej Jadwigi.

– Tata nie musi nikogo odbierać mruknął Marcin, stojąc obok.

Jadwiga udała, iż nie słyszała, ale rzuciła złowrogie spojrzenie w stronę syna.

– Gdzie możemy rozpakować rzeczy? Gdzie są nasze pokoje?

– Macie jeden pokój zmarszczyłem brwi nie mam tyle miejsca, by rozdawać każdemu osobne.

– Jak to? Powiedziano nam, iż masz piękny, duży dom blisko morza!

– Nie wiem, kto ci tak powiedział. jeżeli ci nie odpowiada i zamierzasz narzekać, to lepiej zamieszkajcie w pensjonacie powiedziałem otwarcie. Nie chcę tu żadnych awantur.

Jadwiga natychmiast się uśmiechnęła i cmokając weszła do środka.

– Kochany Kasiu, nie przejmuj się mną, pogrzałam się po drodze, zmęczona jestem Chodźmy do domu, droga kuzynko!

Weszła pierwsza, Leszek wlekł za nią walizki. Marcin spojrzał wymownie na mnie:

– Tato, zobaczysz, niepotrzebnie się zgodziłeś!

– To tylko dwa dni próbowałem pocieszyć siebie i jego.

Na szczęście reszta dnia minęła w miarę spokojnie. Jadwiga i jej syn położyli się wcześnie, choć do końca marudzili, iż nie są przyzwyczajeni do wspólnego spania. Dwie kolejne sypialnie remontowałem, a salon odrzucili.

Noc przebiegła spokojnie, ale rano obudził mnie hałas. Spojrzałem na zegarek była szósta. Zawsze wściekałem się, gdy ktoś mnie budził, jestem typową sową. Marcin wiedział, iż o tej godzinie ma być cicho; nieraz wychodził do kolegów nie budząc mnie.

– Co się dzieje? wychodząc z pokoju, ziewnąłem.

– Nic, Kasiu Jadwiga stała na środku salonu i wyrzucała stertę ubrań z torby. Strój kąpielowy zgubiłam Chyba zapomniałam

– Nie lepiej było cicho poszukać w pokoju?

– Mało miejsca! Poza tym byłam cicho.

Hałas dochodził z podwórka Leszek walił łopatą w metalowe wiadro. Tak czekał na mamę, a ona się nie spieszyła.

– Proszę powiedzieć mu, żeby przestał hałasować, bo mnie zaraz sąsiedzi zamordują rzuciłem do Jadwigi.

Niechętnie krzyknęła przez okno na syna, a ten usiadł obrażony na ławce pod drzewem.

Wiedziałem już, iż nie zasnę, więc poszedłem do kuchni.

– Idziesz gdzieś?

– Na kawę mruknąłem.

– O, kawka, super. Daj mi dużą, z mlekiem i trzema cukrami!

Zatrzymałem się i spojrzałem groźnie:

– Proszę pani, nie wiem nawet, jak się pani do mnie zwracać, tu jest mój dom. Przyszłaś tu i od razu rozkazy, budzenie o świcie i teraz jeszcze kawę mam robić na zawołanie?

– To już nie tak wcześnie wzruszyła ramionami A jestem Jadwiga Marianówna. No to co z tą kawą?

– Tu jest samoobsługa.

Już od rana miałem popsuty humor. Gdy zamieszałem sobie kawę, wszedł Marcin i pocieszył mnie klepnięciem po ramieniu.

– A nie mówiłem, tato? Z twarzy widać, iż się panoszą. Jeszcze nie jest za późno, żeby ich wyrzucić.

– Wytrzymamy jeszcze jeden dzień próbowałem się zmobilizować.

– Dopiero się zaczął, a już mnie choćby obudzili.

W kuchni pojawiła się Jadwiga z niezadowoloną miną.

– Kawy nie zrobiłeś?

– Tata nie musi! oburzył się Marcin.

– Kasiu, nie nauczyłeś dziecka, iż jak dorośli mówią, to należy słuchać?

– Proszę nie zwracać uwagi mojemu synowi! już zaczynałem się gotować, choć zwykle jestem spokojny.

– Nie jestem dzieckiem zasyczał Marcin.

Jadwiga poszła po kuchni, zrobiła sobie kawę w ciszy i nagle z uśmiechem pyta:

– Kasiu, pokażesz nam drogę na plażę? Pójdziesz z nami?

– Idźcie ścieżką za domem, zaraz zobaczycie morze.

Nie fatygowałem się na panią.

– A wy nie idziecie?

Marcin spojrzał na mnie błagalnie nie miał ochoty spędzać czasu z takimi gośćmi.

– Pójdziemy później, po obiedzie. Sami się przejdźcie.

– A co będzie na obiad?

Zazwyczaj gotowałem dla siebie i Marcina, czasem też dla gości, ale ci kulturalni dokładali się do zakupów. Nie stać mnie było na utrzymanie darmozjadów. Tak też odpowiedziałem:

– My z Marcinem jemy sami, można zjeść w barze dwie ulice dalej.

– Może byś nam ugotował? Nie lubię jeść na mieście Jadwiga spojrzała błagalnie.

– Mogę, ale za opłatą. U mnie też nie przelewa się w portfelu.

Jadwiga prychnęła i podniosła wysoko brodę.

– To już wolę zjeść w barze, tam przynajmniej smaczniej!

Marcin tylko się skrzywił.

Dwa dni upłynęły wśród kłótni i sprzeczek. Drugiego dnia, gdy upomniałem Jadwigę o wyjazd, spojrzała na mnie z pogardą:

– Kasiu, ale o co chodzi? Wyganiasz rodzinę? Przecież mamy tu tydzień urlopu, zostaniemy jeszcze parę dni. Tobie żal?

Było mi żal przede wszystkim nerwów. Te dwa dni wystarczyły mi aż nadto. Nie mieli do mnie szacunku, Leszek też psocił, chociaż to jeszcze dzieciak: rzucał śmieci, szturchał Marcina, hałasował z całą mocą, chociaż prosiłem o ciszę. Sąsiedzi już się zaczynali skarżyć.

– Tak, żal mi. To mój dom, niedługo mam swoich znajomych, muszę was poprosić, byście wyprowadzili się jutro rano. Umawialiśmy się na dwa dni minęły.

Byłem spokojny, ale stanowczy, co Jadwigę wyraźnie zszokowało.

– Jak możesz wyrzucać rodzinę na bruk?! Gdzie my mamy iść? Na dworzec?! Co my teraz zrobimy?

Leszek stał obok, zażenowany.

– Nikt w mojej rodzinie was nie pamięta! Macie czas do jutra rano. Spróbujecie coś zniszczyć lub ukraść dzwonię po policję.

I wyszedłem, ciesząc się w duchu. Rano Jadwiga z Leszkiem wyprowadzili się, narzekając i złorzecząc, ale byli posłuszni. Po tym wszystkim przysiągłem sobie żadnych krewnych w moim domu. choćby na dwa dni.

Z tej historii wyciągnąłem prostą lekcję granice trzeba stawiać jasno i bez wyrzutów. I dom to nie hotel.

Idź do oryginalnego materiału