Zuzanna, co to ma być? Czy ty wyrzuciłaś ogórki mojej mamy?
Witek, no pewnie iż tak westchnęła Zuzanna. Już dawno skisły I były miękkie. Nie dało się ich jeść
To nic strasznego. Wystarczyło wyrzucić te z wierzchu, resztę można umyć i już. My z mamą jedliśmy muchomory z wybrzuszonymi wieczkami i żyjemy! A tu po prostu trochę postały. Tak nie można z jedzeniem, Zuziu, to kosztuje pieniądze!
Witold z wysoko podniesioną brodą i spojrzeniem pełnym potępienia przeszedł obok żony, mamrocząc coś pod nosem.
Zuzanna westchnęła głęboko. Niegdyś wydawało jej się to wszystko urocze. Mimowolnie przypomniała sobie ich pierwsze randki
Szeroką alejką parkową szedł wysoki chłopak w białej koszuli. W rękach trzymał bukiet polnych kwiatów. Takie właśnie lubiła Zuzanna.
Witek zachwyciła się dziewczyna. Naprawdę? Byłeś na łące? Sam zebrałeś?
Taa pokiwał głową chłopak. Po co komu róże? Przesada, a w dodatku drogie. Lepiej pójdziemy na karuzelę i się trochę pokręcimy.
Zuzanna uśmiechnęła się szeroko i potruchtała za nim jak cień
Dzisiejsza Zuzanna potrząsnęła głową i wsłuchała się w rzeczywistość: Witold naprawdę mył ogórki. Już dawno przestało ją dziwić cokolwiek. Kiedyś myślała, iż omijają kawiarnie, bo Witek kocha spacery, a nie dlatego, iż szkoda mu złotówek. Nawet, gdy poszli na diabelski młyn, wierzyła, iż to z troski o nią, nie z powodu najtańszych biletów w wesołym miasteczku. Żeby się, broń Boże, nie roztrzęsła
Teraz, po latach, po ślubie, narodzinach bliźniaków, rozumiała wszystko. Zostało jej tylko znosić rzeczywistość. Albo wykrzyczeć protest. Wybrała milczenie.
Zuzanna weszła do kuchni i podeszła do kuchenki, żeby nałożyć dzieciom i sobie z Witkiem obiad. Kasza gryczana, mielone, surówka wszystko proste. Żadnych ekstrawagancji, nigdy.
Witek, co robisz? zapytała zmęczonym głosem. Jej mąż stał nad talerzami dzieci i kroił kotlet.
Mają dopiero pięć lat, po pół kotleta wystarczy.
Z zadumaną twarzą przekroił mielone i wyjął drugi z talerza, kładąc go z powrotem na patelnię.
Już cię chyba całkiem
Myślisz?
Tak, Witek.
I bardzo dobrze. Też jesteśmy ludźmi powiedział i zabrał się do krojenia kotleta w talerzu żony. To wołowina, droga. A w ogóle, mięso niezdrowe, zwłaszcza smażone. Następnym razem zrób na parze, bo po smażeniu tłuszcz się marnuje i brudzi garnki, a olej teraz podrożał.
Dzieci nie lubią gotowanego
Polubią. To zdrowsze uciął Witold, skończył i wyszedł. Zuzanna spojrzała na pocięte kotlety i zrozumiała, iż jej cierpliwość nie jest niewyczerpana
Pod koniec tygodnia wróciła Elżbieta Henrykowa, teściowa. W porównaniu z nią Witold był szczytem szczodrości.
Zuziu, kochana, witaj! Dzieciom przywiozłam nowe ciuchy! Co byście beze mnie zrobili, ja zawsze coś przywiozę!
Zmęczona po pracy Zuzanna westchnęła w duchu i poszła ją przywitać.
Elżbieta Henrykowa podała jej reklamówkę.
Pani Elżbieto, to rzeczy dla dziewczynki Zuzanna zajrzała do torby. My z Witkiem mamy chłopców.
Oj, a co za różnica? machnęła ręką Elżbieta Henrykowa, wyciągając różowy t-shirt z kotkiem. No i co z tego, kot jak kot. Leszka lubi koty. Poza tym mali są, na kolor nikt nie patrzy. Różowy, czerwony, niebieski
Dobrze, dziękuję, pani Elżbieto. Z chłopcami wszystko rozdzielimy. Trochę później
Uśmiechnęła się do teściowej i odstawiła reklamówkę na bok. Później ją wyrzuci. Nie dość, iż dla dziewczynek, to jeszcze znoszone tak, iż szkoda gadać. choćby w ogród wstyd w tym wyjść.
Kiedy się wyprowadzimy? Nie mam już siły mieszkać z twoją mamą mruknęła wieczorem Zuzanna, zamykając drzwi.
Ale po co takie pytanie? Jak uzbieramy na mieszkanie.
Witek, weź kredyt, bo tak to uzbieramy na starość.
Przecież już o tym rozmawialiśmy. Kredyt to niewola. A z mamą mieszka się praktycznie. Gotuje, sprząta, robi przetwory
Oszalałeś? krzyknęła Zuzanna i ściszyła głos. Dzieci śpią z twoją matką w jednym pokoju! Dobrze, mają pięć lat. A potem? Co będą robić? My nie możemy być sami choćby chwilę, choćby drzwi się nie zamkną, bo Henrykowa zabrania zamków, bo to niepraktyczne!
Uspokój się i zgaś światło. Za prąd rachunek pod koniec miesiąca to się zdziwimy.
Zuzanna jęknęła i wsadziła twarz w poduszkę. Miała dosyć.
Afera wybuchła następnego dnia. Witek nie pozwolił dzieciom oglądać wieczorynki. Uznał, iż to zbędny luksus. To była ostatnia kropla.
Koniec, dość! płakała Zuzanna. Nie dam rady! Zabieram dzieci do mamy. Tam przynajmniej będą mieć osobny pokój.
Z jednym walizką, a drugą dłonią popychając chłopców, ruszyła do drzwi.
Leszku, Szymku, idziemy!
Zuziu Dokąd? Witek zamarł. A nasza rodzina? Przecież byliśmy szczęśliwi
Przez sześć lat znosiłam ciebie i twoją matkę! Szampon kupujemy w baniakach, papier na wagę najtańszy. Dzieci bawią się resztkami twoich zabawek i twojego brata! Mam dość. Chcę normalnego życia dla chłopców, nie tej waszej oszczędności. Wolę być rozrzutna, niż taka jak wy!
Elżbieta Henrykowa teatralnie złapała się za serce i powstrzymała syna.
Oj, Witku, serce mi siada Nie idź za nią. Ocknie się. Wróci. A komu ona z takim przyczepem potrzebna
A Witek wierzył, iż wróci.
Zuziu, co robisz? spytała Lidia Franciszkowa, mama Zuzanny. Wywal torebkę i weź nową!
Zuzanna ocknęła się z zamyślenia i spojrzała na herbatę. Po raz trzeci zalewała tę samą torebkę z przyzwyczajenia.
Jak wy u nich mieszkaliście? Tyle razy mówiłam, odejdź. To nie życie, to wegetacja. To jakaś patologia
Tak przytaknęła krótko Zuzanna, gapiąc się w otwartą lodówkę. Tam był ser, prawdziwy ser, nie topiony! Wędlina, mięso, jogurty Muszę schować cukierki, bo dzieci wszystko zjedzą.
Niech jedzą, przecież dla nich kupuję.
Lepiej schować, bo nie są przyzwyczajeni, iż słodycze są na wyciągnięcie ręki, mogą się objadać.
Lidia Franciszkowa rzuciła córce współczujące spojrzenie i pogładziła ją po ramieniu.
Nocą Zuzanna nie mogła zasnąć. Łóżko było za miękkie, nie trzeszczało. Tamto z Witkiem było stare i twarde.
Podeszła do lodówki i spojrzała z niemym zachwytem na produkty. U Witka najtańsze mleko, jogurt zakazany, tylko kefir. Twaróg robili sami z kwaśnego mleka.
Zuzanna odkroiła gruby kawałek chleba i zrobiła mega kanapkę z szynką i serem. Gruba, niekształtna kanapka ledwo się mieściła w ustach, ale smakowała jak raj I nikt nie stał za plecami. Nikt nie komentował grubości plasterka. Sera nie było tylko raz na dzień do śniadania Wzięła jogurt i łapczywie wypiła prosto z butelki. Pyszność!
Boże, jaka ja byłam głupia Jak dobrze nie musieć oszczędzać
Jak wytrzymała prawie sześć lat? Jak żyła według jego reguł? Jak mogła nie jeść tego, co chciała? Nie robić remontu, chodzić w ubraniach po teściowej, jedne buty na pięć lat? Jak?
Kilka tygodni później zadzwonił dzwonek. Był weekend. Mama pozwoliła jej pospać, zabrała chłopców do parku.
Kto tam? Witek?! Po co tu przyszedłeś?
Na progu stał mąż.
Zuziu, wróć. Ja My z mamą już nie będziemy tak skąpić. Wiadomo, rozrzutność to grzech. Ale będzie inaczej, będziemy cię bardziej słuchać I kocham cię, Zuziu. Wróć, mamy rodzinę, dzieci
Nie! Nie! I jeszcze raz nie! Nie wrócę! Moje dzieci mają swój pokój, ja też. Oglądają bajki nie przez kwadrans dziennie, a tyle, ile chcą. Jedzą całego kotleta, a nie pół. Po cukierka mogą sięgnąć sami. Nigdy więcej prania torebek foliowych. I w końcu kupiłam sobie nowy szlafrok. Rozumiesz? Chcę normalnego życia! To moje pieniądze, wydaję je tak jak chcę. Koniec! O rozwodzie dowiesz się odpowiednio!
Zuzanna zatrzasnęła drzwi i rozpłakała się. Nie wiedziała, skąd te łzy pewnie z żalu do samej siebie. Tak, będzie musiała więcej pracować, żeby utrzymać dzieci, ale była gotowa. Na wszystko, byle nie wrócić do tamtego życia. To już nie jej świat.













