A kto by jej w ogóle chciał

twojacena.pl 8 godzin temu

Kaśka, co to ma być? Wyrzuciłaś ogórki mojej mamy?
Witek, no oczywiście westchnęła Katarzyna. Przecież już dawno przefermentowały i zrobiły się miękkie. Nie da się tego jeść
E tam, przestań. Wyrzuciłabyś tylko te na wierzchu, a resztę można było umyć i byłoby dobrze. My z mamą jedliśmy słoiki, które już wybrzuszyły wieczka i jakoś żyjemy. A tu tylko trochę postały. Nie wolno tak z jedzeniem, Kaśka, to przecież kosztuje złotówki!

Witold popatrzył na nią z góry, z nieukrywanym wyrzutem, mrucząc pod nosem coś niezrozumiałego.

Katarzyna westchnęła. Kiedyś wydawało jej się to choćby urocze. Przypadkiem wróciła myślami do ich pierwszych randek…

…Szeroką alejką w parku szedł uśmiechnięty, wysoki chłopak w białej koszuli. Trzymał w rękach bukiet kwiatów tych polnych, które najbardziej lubiła Kaśka.

Witek… oniemiała dziewczyna. Byłeś na łące? Sam zerwałeś?
Jasne, kiwnął głową chłopak. A po co komu róże? Sztampa, poza tym drogo. Wolę zabrać cię na karuzelę i się trochę zabawić.

Kaśka uśmiechnęła się i poszła za nim…

Katarzyna z obecnych czasów potrząsnęła głową i nasłuchiwała: Witold naprawdę mył ogórki. Już dawno przestało ją to dziwić. Dawniej myślała, iż nie chodzą do kawiarni, bo Witek uwielbia spacery, a nie iż żal mu wydać pieniądze. A na diabelski młyn wybrali się nie przez najdroższe bilety w lunaparku, tylko z troski o nią, żeby jej się przypadkiem coś nie stało.

Teraz, po latach, po ślubie, dwójce dzieci już wszystko rozumiała. Pozostało jej znosić to wszystko, albo wybuchnąć. Wybrała milczenie.

Podeszła do kuchenki, zaczęła nakładać jedzenie bliźniakom i sobie z Witoldem. Kasza gryczana, kotlety, sałatka najprościej jak się da. W tym domu nie istniały żadne zbytki.

Witek, co ty robisz? zapytała zmęczona Katarzyna. Jej mąż stał nad talerzami dzieci i kroił kotlety.
Mają pięć lat, wystarczy im po pół kotleta.

Witold, zupełnie poważnym tonem, przekroił kotleta w jednym talerzu, a z drugiego zabrał kotleta i z powrotem wrzucił na patelnię.

Ty tak na poważnie?
Myślisz?
Tak, Witek
I dobrze. My też jesteśmy ludźmi, westchnął i przekroił kotleta na talerzu żony. Przecież to wołowina, a ta jest droga. Poza tym za dużo mięsa szkodzi, a zwłaszcza smażone. I na przyszłość rób na parze, bo przy smażeniu dużo zostaje na patelni i tłuszcz się zużywa, a teraz masło strasznie poszło w cenę.
Dzieci nie lubią na parze.
Polubią, bo zdrowiej, uciął Witold, skończył z kotletami i poszedł do pokoju.

Katarzyna spojrzała na talerze z przyciętymi kotletami i nagle poczuła, iż jej cierpliwość kiedyś się skończy.

Pod koniec tygodnia wróciła Józefa Stanisławowna teściowa. W porównaniu z nią Witold był chodzącą hojnością.

Kaśka, kochanie! Przywiozłam dzieciom nowe rzeczy! Macie szczęście, iż macie taką babcię zawsze coś przyniosę!

Katarzyna, świeżo po powrocie z pracy, westchnęła, urągając w myślach, i poszła przywitać teściową.

Józefa Stanisławowna wyciągnęła do niej torbę.

Pani Józefo, to ubranka dla dziewczynki… zajrzała do środka Kaśka. My z Witkiem mamy chłopaków.
Ach, co za różnica, machnęła ręką babcia, wyciągając różową koszulkę z Hello Kitty. Lechu lubi kotki! Poza tym dzieciaki są małe, jaka różnica róż, czerwony czy niebieski…
Dobrze, pani Józefo, rozumiem, dziękuję. Później z chłopakami wszystko sobie poukładamy

Kaśka uśmiechnęła się do teściowej, odłożyła torbę na bok. Później i tak to wszystko wyrzuci. Ubrania nie tylko dla dziewczynek były też strasznie zdarte. W takich wstyd było by choćby na działkę wyjść.

Witek, kiedy w końcu się wyprowadzimy? Nie mam już siły mieszkać z twoją mamą, cicho powiedziała Katarzyna, zamykając za sobą drzwi.
Co za pytanie? Kiedy odłożymy na mieszkanie.
Witek, może weźmiemy kredyt, bo my tak do starości nie uzbieramy.
Przecież rozmawialiśmy kredyt hipoteczny to niewola. Tyle przepłacisz! A z mamą praktycznie gotuje, sprząta, weki na zimę…
Zwariowałeś? wykrzyknęła Kaśka, przymknęła oczy i ściszyła głos. Dzieci śpią z twoją mamą w jednym pokoju! Teraz są mali, a co będzie jak podrosną? Co im zostanie? My choćby nie mamy się gdzie schować, nic nie możemy zrobić, bo w drzwiach nie ma zamków. A Józefa Stanisławowna nie pozwala ich zamontować bo niepraktycznie!
Uspokój się i zgaś światło. Rachunek za prąd na koniec miesiąca przyjdzie będzie szok.

Katarzyna jęknęła głośno i wtuliła twarz w poduszkę. Dość. Więcej tak nie mogła.

Afera wybuchła już następnego dnia. Witold nie pozwolił chłopcom obejrzeć Dobranocki. Podobno to zbędny luksus i prąd drogi… To była kropla, która przelała szalę goryczy Kaśki.

Dość, koniec! płakała Katarzyna. Mam dosyć! Odchodzę i zabieram dzieci. Jedziemy do mojej mamy tam choć będą miały swój własny pokój!

Jedną ręką złapała walizkę, drugą popchnęła do drzwi synów.

Leszek, Szymek, chodźcie.
Kaśka Dokąd idziesz? Witold zamarł w progu. A nasza rodzina? Ja myślałem, iż wszystko dobrze… Przecież się nie skarżyłaś.
Sześć lat wytrzymałam ciebie i twoją mamę. Szampon kupujemy tylko w pięciolitrowych baniakach, najtańszy papier toaletowy, a dzieci bawią się tym, co zostało po tobie i twoim bracie! Ja tak nie chcę. Chcę normalnego życia dla synów, nie tego… Wolę być rozrzutna niż jak wy.

Józefa Stanisławowna teatralnie chwyciła się za serce i nie pozwoliła synowi iść za żoną.

Oj synku, coś mnie serce zakuło Poczekaj, nie rób nic. Ona się opamięta, wróci, zobaczysz. I tak nikomu niepotrzebna z dwójką dzieci u boku…

I Witek wierzył. Wierzył, iż wróci.

Kaśka, co robisz? zapytała Lidia Felicjanna, mama Katarzyny. Wyrzuć torebkę po herbacie, zrób nową!

Katarzyna ocknęła się z zamyślenia i spojrzała na ręce. Automatycznie parzyła trzecią filiżankę herbaty na tej samej torebce.

Jak wy tam żyliście? Przecież mówiłam ci już wcześniej uciekaj stamtąd. To nie życie, to przetrwanie. Patologia…
Tak, przytaknęła z krępującym milczeniem Katarzyna, zamarła przy otwartej lodówce. Tam był ser prawdziwy, nie topiony, dobra kiełbasa, jogurty Trzeba schować czekoladki, bo chłopcy wszystko zjedzą.
Niech jedzą, po to kupuję.
Lepiej schowaj, nie są przyzwyczajeni, iż słodycze są pod ręką, zaraz się na jedzą i wysypka murowana.

Lidia Felicjanna przytaknęła, spojrzała łagodnie, pogładziła córkę po ramieniu.

Nocą Katarzyna wstała i znów przyszła do kuchni. Nie mogła spać łóżko za miękkie, nie skrzypiało. Tamto stare, z Witoldem, było okropne.

Stanęła przy lodówce, otworzyła drzwiczki. Oczy pełne zachwytu zatrzymały się na produktach. Mleko w domu Witka zawsze było najtańsze, jogurt był zakazany, zastępowany kefirem, twaróg robili sami z kwaśnego mleka.

Katarzyna odkroiła pajdę świeżego chleba, zrobiła sobie wielką kanapkę z serem i kiełbasą gruba, nieporęczna, ledwie weszła do ust, ale, Boże, jakie to było pyszne… I nikt nie stał nad nią. Nikt nie mówił, jak cienko kroić kiełbasę, iż ser tylko na śniadanie raz dziennie… Wzięła jogurt i upiła prosto z butelki. Bajka!

Matko, jaka ja byłam głupia Jak dobrze nie musieć oszczędzać na wszystkim…

Jak mogła wytrzymać przy nim sześć lat? Jak żyła pod jego regułami? Nie jadła tego, co chciała. Nie robiła remontu, chodziła w rzeczach po teściowej, przez pięć lat w tych samych butach? Jak?

Kilka tygodni później ktoś zadzwonił do drzwi. Katarzyna właśnie wstała, był weekend. Mama powiedziała, żeby się wyspała, a sama poszła z chłopcami do parku.

Kto tam? Witek?! Co ty tu robisz?

W progu stał mąż.

Kaśka Wróć. My z mamą będziemy mniej oszczędzać. Wiem, rozrzutność to grzech, ale będziemy bardziej cię słuchać I kocham cię, Kaśka. Wróć do nas, przecież mamy rodzinę, dzieci…
Nie! Nie! I jeszcze raz nie! Nie wrócę już! Moje dzieci mają swój pokój, ja mam swój. Oglądają bajki, ile chcą, ja nie mam limitów. Jedzą po całym kotlecie. Mogą sięgać po słodycze, kiedy chcą. Przestałam prać cholerną foliówkę po zakupach. I wreszcie kupiłam sobie prawdziwy szlafrok! Słyszysz? Chcę normalnego życia, to moje pieniądze, wydaję jak chcę. Koniec! O rozwodzie dowiesz się oficjalnie!

Katarzyna zatrzasnęła drzwi i rozpłakała się. Nie wiedziała, czy ze smutku, czy ulgi. Tak, będzie musiała więcej pracować, by zadbać o dzieci. Była gotowa na wszystko. Tylko już nigdy więcej nie wróci. To nie była jej droga.

Idź do oryginalnego materiału