Kasia, co to ma być? Wyrzuciłaś ogórki od mamy?
Jasne, Michał. westchnęła Katarzyna. Przecież dawno się już popsuły I miękkie, nie da się tego jeść
Bez przesady. Te z wierzchu można było wyrzucić, a resztę po prostu umyć i byłoby dobrze. Nic nam by nie było, ja z mamą nie takie rzeczy jadłem i żyję. Kasia, nie wolno tak z jedzeniem! To przecież kosztuje pieniądze!
Michał, z podniesioną głową i surowym spojrzeniem, minął żonę, mamrocząc coś pod nosem.
Kasia westchnęła. Kiedyś uważała to za choćby urocze. Przypadkiem przypomniała sobie ich pierwsze randki
Parkową alejką szedł wysoki chłopak w białej koszuli, z szerokim uśmiechem. W rękach trzymał bukiet polnych kwiatów takich, jakie Kasia kochała.
Michał zachwyciła się dziewczyna. Co ty, sam zrywałeś?
Jasne. skinął Po co komu róże? Banał i drogo. Lepiej pójdziemy razem na karuzelę.
Kasia uśmiechnęła się i ruszyła za chłopakiem
Obecna Katarzyna potrząsnęła głową i wsłuchała się: Michał faktycznie mył te ogórki. Już dawno przestało ją to dziwić. Wcześniej myślała, iż nie chodzą do kawiarni, bo Michał woli spacery, a nie dlatego, iż mu szkoda pieniędzy. I iż wybrał diabelski młyn z troski o nią, a nie dlatego, iż bilety na inne atrakcje w parku były za drogie
Dziś, po kilku latach, ślubie i narodzinach dwóch chłopców, Kasia wiedziała już wszystko. Pozostało zaakceptować. Albo zacząć strajk. Ale wybrała milczenie.
Kasia weszła do kuchni i zaczęła nakładać obiad: kasza gryczana, kotlety, sałatka bez zbędnych luksusów, jak zawsze.
Michał, co ty robisz? zapytała zmęczona. Zobaczyła, iż mąż kroi kotleta dzieciom na talerzu.
Mają dopiero pięć lat, połowa im wystarczy.
Michał z powagą pokroił kotleta i połowę z jednej porcji odłożył na patelnię.
Ty powariowałeś?
Tak myślisz?
Tak, Michał.
I dobrze! Jesteśmy tacy sami, jak oni. zaczął kroić kotleta na talerzu Kasi. To wołowina, a wołowina droga. Poza tym, za dużo mięsa szkodzi. Zresztą na drugi raz rób na parze, bo jak się smaży, resztki przylepiają się do ścianek, a olej teraz taki drogi.
Dzieci nie lubią z pary.
Polubią. To zdrowsze rzucił i zniknął. Kasia spojrzała na okrojone kotlety i poczuła, iż jej cierpliwość się kończy
Pod koniec tygodnia wróciła teściowa, Teresa Andrzejewska. Przy niej Michał był wzorem hojności.
Kasiu, kochanie, patrz, przywiozłam dzieciom nowe ubrania! Macie szczęście do babci, nigdy z pustymi rękami nie przyjeżdżam!
Kasia, która dopiero wróciła z pracy, westchnęła pod nosem i poszła przywitać teściową.
Teresa podała jej siatkę.
Pani Tereso, to rzeczy dla dziewczynki. zerknęła do środka Kasia. My z Michałem mamy chłopców.
Och, jaka różnica machnęła ręką Teresa i wyciągnęła różową bluzeczkę z Hello Kitty. No i co z tego? Leszek lubi koty! Poza tym dzieci są małe, jaki kolor, to bez znaczeniaróż, niebieski, czerwony
Dobrze, Pani Tereso, dziękuję, rozdzielę z chłopcami później.
Uśmiechnęła się do teściowej i odłożyła siatkę. Później wyrzuci ją do śmieci. Ubrania były nie tylko dziewczęce, ale też zużyte. Wstyd w czymś takim do ogródka wyjść.
Michał, kiedy się wyprowadzimy? Już nie dam rady mieszkać z twoją mamą szepnęła Kasia, zamykając drzwi.
Co to za pytanie? Jak uzbieramy na mieszkanie.
Michał, weźmy kredyt, inaczej zbierzemy dopiero na starość.
Przecież już o tym rozmawialiśmy. Kredyt to pułapka, rozumiesz? Ile potem się przepłaca! A z mamą to praktycznie gotuje, sprząta, robi przetwory
Ty się słyszysz? Kasia podniosła głos, po czym ściszyła. Twoje dzieci śpią z twoją matką w jednym pokoju! Dobrze, iż mają pięć lat. A co będzie później? Co z prywatnością? Przecież nie możemy choćby porozmawiać na osobności, bo drzwi bez zamków, Teresa zabroniła montować. Bo niby niepraktycznie!
Uspokój się i gaś światło. Czynsz przyjdzie i będziemy płakać.
Kasia jęknęła i padła twarzą na poduszkę. Miała dość.
Afera wybuchła następnego dnia. Michał nie pozwolił chłopcom obejrzeć Dobranocki. Bo drogo, bo niepotrzebne To przelało czarę goryczy u Kasi.
Dość! płakała Katarzyna. Mam już tego dosyć! Odchodzę i zabieram dzieci! Jedziemy do mojej mamy, tam chociaż będą mieli swój pokój!
Złapała walizkę, chwyciła synów za ręce i ruszyła do wyjścia.
Leszek, Staś, chodźcie.
Kasia Ty poważnie? Michał zamarł. A co z naszą rodziną? Myślałem, iż jest ci u nas dobrze
Sześć lat wytrzymałam! Ciebie i twoją matkę. Kupujemy szampon w baniakach, papier tylko najtańszy, zabawki to twoje stare rupiecie Ja chcę normalnego życia dla moich synów! Wolę być rozrzutna niż taka, jak wy.
Teresa, matka Michała, teatralnie złapała się za serce i powstrzymała syna, żeby nie poszedł za żoną.
Synku, coś mnie chwyciło Zostaw, Michałku. Ona wróci. Kto ją zechce z dwójką dzieci
I Michał wierzył wierzył, iż wróci.
Kasia, co robisz? zapytała Lidia Pawłowska, matka Kasi. Wywal tę torebkę po herbacie i weź nową.
Kasia ocknęła się ze wspomnień i spojrzała na ręce. Po starym nawyku zalewała trzecią herbatę tym samym woreczkiem.
Jak wy tam żyliście? Od dawna mówiłam, iż trzeba odejść. To nie życie, to wegetacja. To jakaś patologia, Kasiu.
Tak skinęła sucho Kasia, otworzyła lodówkę. W środku był prawdziwy ser, nie topiony, kiełbasa, jogurty Muszę schować cukierki, bo dzieci zaraz wszystko zjedzą.
Niech jedzą, po to je kupuję.
Lepiej schowaj, bo nie są przyzwyczajeni, iż mogą mieć słodycze na wyciągnięcie ręki. Jeszcze się obsypią.
Lidia przytuliła córkę i pogłaskała ją po ramieniu ze współczuciem.
Nocą Kasia wstała do kuchni. Nie mogła spać. Łóżko było zbyt miękkie, nie trzeszczało. Tamto stare u Michała dawno powinno było trafić na śmietnik.
Podeszła do lodówki i otworzyła ją szeroko. Z zachwytem patrzyła na jedzenie. U Michała mleko zawsze najtańsze, jogurty zabronione, tylko kefir, twaróg własnej roboty z kwaśnego mleka.
Kasia odkroiła kromkę chleba, zrobiła sobie ogromną kanapkę z kiełbasą i serem. Gruba, ledwo mieszcząca się w ustach, ale jaka pyszna I nikt nie stoi nad głową. Nikt nie mówi, jak gruby ma być plaster, ile sera na dzień Sięgnęła po jogurt i napiła się prosto z butelki. Pyszności!
Boże, jaka ja byłam głupia Jak dobrze nie musieć na wszystkim oszczędzać
Jak mogła tyle lat to znosić? Jak mogła żyć według jego zasad? Nie jeść tego, co chciała. Nie zrobić remontu. Chodzić w ubraniach po teściowej, te same buty przez pięć lat. Jakim cudem to przetrwała?
Kilka tygodni później, w dzień wolny, ktoś zadzwonił do drzwi. Kasia dopiero co wstała, mama zabrała chłopców do parku, mogła się wyspać.
Kto tam? Michał? Co ty tu robisz?
Na progu stał jej mąż.
Kasiu, wracaj. Z mamą postaramy się mniej oszczędzać. Przesada to grzech, ale możemy się poprawić. Będę się bardziej liczyć z tobą i I kocham cię, Kasiu. Wróć, mamy rodzinę, dzieci
Nie! Nie! I jeszcze raz nie! Nie wrócę! Moje dzieci mają swój pokój, ja też. Bajki oglądają ile chcą, jedzą całe kotlety, nie pół. Mogą wziąć cukierka, kiedy chcą. Nie piorę już tych cholernych woreczków. Kupiłam sobie normalny, nowy szlafrok! Słyszysz? Chcę normalnego życia. To moje pieniądze, wydaję je jak chcę. Koniec! O rozwodzie dowiesz się we właściwym czasie!
Kasia zamknęła drzwi i wybuchła płaczem. Sama nie wiedziała, czy to ze żalu, czy z ulgi. Wiedziała tylko, iż czeka ją więcej pracy, by utrzymać dzieci, ale była gotowa na wszystko. Ale wracać nie zamierza. To już nie jest jej życie.













