W pozbawionym ciepła świetle kuchni, Sylwia siedzi przy stole, z twarzą ukrytą w dłoniach. Obok niej, Marek nerwowo przeczesuje włosy, raz po raz spoglądając na zasypane rachunkami blaty. Za oknem słychać dalekie dźwięki tramwaju, a w powietrzu unosi się przeciągłe napięcie.
Pięć mieszkań rozrzuconych po Warszawie a oni od lat wynajmują ciasną kawalerkę w starej kamienicy na Pradze. Sylwia przywykła już do tej absurdu, ale dziś wszystko w niej krzyczy, wszystko boli. Tłumaczy Markowi: jego rodzice Teresa i Wojciech mają własne mieszkanie i dwa inne, które wynajmują. Cały ten majątek jest efektem naszej ciężkiej pracy, wy musicie na swoje zapracować, powtarzają zawsze z uśmiechem, jakby to wyjaśnienie wymazuje ich chłód.
Sylwia czuje jak złość ściska jej gardło czy oni nie pamiętają czasów, gdy mieszkania dostawało się od państwa? Gdy pracownik fabryki mógł marzyć o własnych czterech ścianach? Dziś każda złotówka idzie na czynsz, ledwo starcza na chleb, owoce, witaminy dla małej Lenki. Macierzyński wystarcza tylko na leki i pieluchy, Marek goni od pracy do pracy, a dyplomu nigdy nie uzyskał armia zabrała mu młode lata, potem spotkał ją.
Jej własna matka, Danuta, też nie jest lepsza. Po śmierci babci, jej warszawskie mieszkanie zapisano Sylwii, ale była jeszcze dzieckiem. Rodzice zadecydowali wtedy: Wynajmiemy, a ty zamieszkasz tam, gdy będziesz pełnoletnia. Teraz, gdy dorosła, mają za dobrze co miesiąc wpływa najem, pieniądze na kolejne podróże i modne sukienki. Sylwia nie dostaje choćby klucz do mieszkania swojej babci rodzice rozsmakowali się w tym dochodzie i zamknęli przed nią drzwi.
Co tydzień matka prosi ją, by doradziła przy zakupie nowych ubrań, jakby nie zauważała, iż Sylwia nie ma na podstawowe rzeczy. Musicie być samodzielni, pomagać nam, bo my chcemy zwiedzać świat, powtarza z beztroską. Każda taka rozmowa podcina Sylwii skrzydła, z każdym pytaniem narasta frustracja.
Rodzice Marka też nie odstają mają wszystko i jeszcze więcej, a Sylwia czuje ich obojętność choćby przez ścianę. Nie prosiłaby ich, gdyby mieli się ograniczać, ale przecież dla nich to drobiazg, dla niej spełnienie marzenia.
Gdy w końcu wieczorem spotykają się ze znajomymi, słyszą pocieszenia: Jeszcze odziedziczycie to wszystko… Kiedyś będziecie mieć więcej niż wszyscy. Ale Sylwia zaciśniętymi wargami tłumi łzy. Już nie chce ich mieszkań, nie potrzebuje tego majątku. Niech zachowają wszystko dla siebie, niech zabiorą te mieszkania na drugi świat jej serce zamknęło się już na ich obietnice.
W ciszy wieczoru, nad talerzem z pozostałością kolacji, Sylwia przysięga cicho: jej dzieci dostaną kiedyś wszystko, czego ona nigdy nie miała z troski, miłości i odrobiną sprawiedliwości.











