Wszystko wywróciło się do góry nogami w jednej chwili. Tego wieczoru świętowaliśmy całą rodziną mój mąż, nasza córka i ja wyprawialiśmy urodziny jego taty. Było skromnie, jak to u nas: kilka kawałków sernika, herbata w szklankach z koszyczkiem i stanowczo za dużo wspomnień o lepszych czasach. Teść szalał z humorem, rzucał anegdotkami z czasów, kiedy jeszcze na dworcu w Lublinie były krowy, a za komuny to chleb z masłem smakował najlepiej.
Po obiedzie z Martyną, moją córką, postanowiłyśmy odprowadzić dziadka do bloku. Mój mąż, Wiesiek, miał wymówkę: od dłuższego czasu skarży się na nogę, a poza tym dziś zdecydowanie przesadził z piwem do krupniku. Byłam przekonana, iż jak wrócimy, to Wiesiek będzie już spał snem sprawiedliwego. Trafiłam w punkt chrapał w najlepsze przy stole, z otwartym laptopem i pustą szklanką po herbacie obok.
Martyna uciekła do swojego pokoju wiadomo, życie nastolatki. Ja nastawiłam wodę na kawę. Idę do kuchni, aż tu nagle coś mnie tknęło spojrzałam na laptopa, a tam Wiesiek zalogowany na fejsie. Otwarta wiadomość, chyba chciał coś usunąć, ale szkoda mu było sił albo refleks już nie ten, co kiedyś.
No i doczytałam. Kocham Cię. Mój świat zawirował jak karuzela na placu Litewskim. I nie dla mnie te słowa, tylko dla jakiejś koleżanki z podstawówki. Padłam na kanapę jak szpilki po weselu.
W uszach rozbrzmiewały mi słowa mojego taty. Zawsze był sceptyczny do Wieśka, twierdził, iż jeszcze się z nim naszarpię. Przez dwadzieścia osiem lat próbowałam mu udowodnić, iż się myli. Byliśmy razem przez wszystko: przez chorobę Wieśka, jego depresję po odejściu z pracy, kiedy ZUS upierał się, iż wcale nie jest taki chory. Byłam obok, gdy zwijał się z bólu, wspierałam, kiedy kazali mu iść na wcześniejszą emeryturę. Powtarzał sto razy, iż jest mi wdzięczny za wszystko, za opiekę, troskę a tu takie coś! Zebrałam się w sobie, wstałam i poszłam do Martyny. Siedziała z nosem w książce. Ledwo mnie zobaczyła, wystraszyła się, bo po moich policzkach płynęły łzy jak wiosenna powódź nad Wisłą.
Opowiedziałam jej, co odkryłam. W sekundę zamieniła się w detektywa: poleciała do ojca, pogrzebała w komórce, zdjęła cały mailowy romans i dla pewności zrobiła zrzuty ekranu. Przez miesiąc Wiesiek flirtował z jakąś Krysią z Zamościa a ja w tym czasie go dokarmiałam i głaskałam po głowie. Byłam w szoku, jak po wypiciu żurku z jednego garnka po sylwestrze.
Martyna nie dała się ponieść emocjom. Otworzyła czat i napisała Krysi coś w stylu: Kochasz go? To śmiało, bierz tego skarba na wyłączność! Sfotografowała korespondencję, wysłała tacie, a na koniec dodała: Bądź facetem zostaw nas, skoro serce już nie tu! Potem przyszła do mnie i przytuliła mnie tak mocno, jakby chciała odgonić cały ból świata. Powtarzała, iż jestem silna, iż dam radę i iż ona mnie nie zostawi, choćby się paliło i waliło.
Zostało tylko czekać, aż Wiesiek się obudzi. Siedziałyśmy na kanapie, rozmawiając półgębkiem. Nagle dzwoni jego telefon oczywiście, dzwoniła ta Krysia. Wiesiek jakby nic odebrał, chyba myślał, iż nas nie ma w domu. Gadali krócej niż kontrolerka w tramwaju. Poszedł się przebrać, zebrał kilka swoich rzeczy, a kiedy przechodził obok nas, zatrzymał się na chwilę. Ja odwróciłam się do okna, żeby nie widzieć tej wroniej twarzy. Martyna, jakby na złość, pomachała mu z miną słodsza od ptysia.
Od tamtej pory widziałam go tylko raz, kiedy przyszedł po swój ulubiony kubek z napisem Król grilla. Do dziś nie mogę uwierzyć, iż coś, co budowało się przez 28 lat, może rozpaść się w mgnieniu oka. Jak po czymś takim znowu komuś zaufać? Piękne słowa, szlachetne gesty a finał? Rozwód. I choćby orzeszków w czekoladzie nie zostawił na osłodę.











