Wszystko wywróciło się do góry nogami w ciągu jednej krótkiej chwili. Tego dnia mieliśmy rodzinny spęd mój mąż, nasza córka Zuzanna i ja świętowaliśmy urodziny jego ojca, pana Józefa. Skromna imprezka w mc kwartecie, dużo śmiechu i sypanie anegdotami z czasów, gdy na świecie królowały już tylko kombinezony i ortopedyczne sandały. Po obiedzie Zuzka i ja uznałyśmy, iż trzeba porządnego człowieka (czyt. teścia) odprowadzić do domu, bo ledwo zipie. Mój Staszek od razu zapowiedział, iż on nie idzie bo noga boli, a poza tym, jak sam wyznał po czterech kieliszkach wódki, to na pewno już dość przeszedł tego dnia.
Miałam rację: wróciłyśmy, a on już spał przy stole, komputer okrakiem na blacie, chrapanie w rytmie Tik Taka. Zuzka pomaszerowała czytać swoją ukochaną książkę do pokoju, a ja, w trosce o zdrowie psychiczne, zaczęłam pichcić kawę. No ale wiecie, kątem oka coś mi nie gra patrzę, a tu na ekranie Facebook (albo jakaś inna nasza-klasa), a mój Stasiek właśnie coś kasował, ale zasnął na pół kliknięcia. Z ciekawości podeszłam, bo, nie oszukujmy się, łamanie tajemnic rodzinnych to u nas sport narodowy. Patrzę i zbladłam. Kocham Cię stoi jak byk w oknie wiadomości do jakiejś starej znajomej Sylwii! Świat zawirował, stopy jak z galarety, opadłam na kanapę jak worek kartofli.
W głowie od razu mój własny ojciec, pan Marian. Przypominałam sobie, jak dłubał przy pączkach na weselu i powtarzał: Nie bierz go, będziesz mieć zgryzotę. Udowadniałam przez 28 lat, iż to bujda! I to jak gdy chorował, to mu rosół gotowałam po nocach, po firmowej redukcji listów motywacyjnych pisałam i głaskałam po plecach. On sam powtarzał: Grażynko, jesteś moim wsparciem, moją opoką! Tia, tylko się okazało, iż na tej opoce bawił się w jednoosobową wersję Randki w ciemno.
Podniosłam się i myślę i co ja mam teraz zrobić? Poszłam do Zuzy. Ona już i tak wiedziała, iż coś nie halo, bo płakałam jak bóbr. Zanim zdążyłam się wysłowić, ona już będzie wiedzieć wszystko. Wpadła do ojca jak burza, skasowała wiadomości, ale najpierw oczywiście je uwieczniła bo w dzisiejszych czasach bez screena nie ma afery. Gdy przejrzałyśmy korespondencję, włosy mi dęba stanęły. Romans jak z taniej telenoweli miesiąc trwało to ich kocham-cianie. Pewnie zaczęło się z nową robotą, wiadomo, nowe otoczenie, stare znajome…
A Zuzka, zamiast się rozklejać, pisze do tej Sylwii: Kochasz bierz! i bach, screenem go poczęstowała. Pani Sylwia zniknęła wtedy szybciej niż reklama zimnych ogórków na festynie w Pcimiu. Córka wysłała ojcu zestaw zdjęć i napisała, żeby był facetem i wyniósł się wreszcie. Przytuliła mnie najmocniej na świecie i powtarzała: Mamo, przeżyjemy to! Będę przy tobie, razem damy radę. Zostało już tylko czekanie na przebudzenie Staszka.
Nie wiedziałam, co wymyśli. Aż tu nagle dzwoni jego telefon. Oczywiście, Sylwia. Staszek odbiera widać, myślał, iż jeszcze nas nie ma w domu. Rozmawiali minutę, może dwie. Później słyszę tupot, przebieranie się, kołczaną mowę na do widzenia. Przechodził koło nas, nie patrząc mi w oczy. Odwróciłam się do okna, Zuzka pomachała mu z przekąsem. Ostatni raz zobaczyłam go, jak wrócił po skarpetki i szczoteczkę. No cóż rodzina potrafi się rozpaść szybciej niż gra w bierki na stypy. Jak zaufać facetowi po czymś takim? 28 lat razem, troski, kwiatki, bombonierki. A na końcu? Rozwód i SMS: Zosiu, przelew na 1000 złotych poproszę.W tej ciszy po burzy wyciągnęłam z barku dwie filiżanki, zaparzyłam dla nas zieloną herbatę. Zuzka siedziała przy mnie, przyciskając kolana do brody, z determinacją w oczach. Mamo, nie musimy teraz być silne. Możemy być choćby trochę słabe. Ale robimy to razem. Uśmiechnęłam się przez łzy.
Następne dni jakoś się układały nie idealnie, ale prawdziwie. Uczyłyśmy się nowych poranków: ja szykowałam kawę, ona grzanki, pies wskakiwał nam na kolana i nie pytał gdzie tata?, bo psa to nie obchodziło. Dzwonił pan Józef, zapraszał na szarlotkę, a pan Marian odgrzał swoje stare pączki i opowiadał, jak to nigdy nie ufał facetom w sandałach.
Gdy przyszedł pierwszy spadek nastroju, pogoda zmieniła się nagle na leje jak z cebra. Pomyślałam wtedy, iż ja też mogę być swoją opoką nie Staszek, nie żaden facet z krótką pamięcią. Przetrwałyśmy, nie zwariowałyśmy, a można choćby powiedzieć, iż narodziłyśmy się na nowo. Silniejsze, śmiejące się z babskich komedii, mające swoje plany i niewypowiedziane jeszcze marzenia.
I tak, któregoś wieczoru, Zuzka rzuciła znad sterty podręczników: Mamo, my w sumie wygrałyśmy w tej loterii nie musimy już nikogo szukać pod kocem. Miała rację. Usiadłam obok i pozwoliłam sobie, po raz pierwszy od lat, czuć się naprawdę wolna. Bo czasem finał telenoweli jest początkiem nowego sezonu, gdzie to my, dziewczyny, ustalamy własne zasady.
I tylko od czasu do czasu, przy herbacie, parskałyśmy śmiechem, kiedy wpadła reklama ogórków z Pcimia. Bo już wiedziałyśmy, iż choćby z rozbitego talerza da się zjeść ciasto jeżeli tylko dobrze się go poskłada.











