1/72 Grumman F14D Tomcat
Tamiya – 60795
F-14 – taki to taki spitfire wśród jetów. Klasyk, legenda, gwiazda rocka i ikona kina. Myślę, iż sobie daruję wikipediaistyczne streszczenie konstrukcji – chętnych poznania szczegółów zapraszam do obejrzenia Top Gun-a (co prawda wersja inna, ale nie o detale z tym jetem przecież chodzi), to wam w zupełności wystarczy . Do tej pory w skali 72 Tomcata chciał mieć chyba każdy większy producent. Dość długo najlepszy był model od Fujimi, powstały jeszcze w latach 80. Od dekady rządził słabo dostępny Finemolds, a ostatnio dominację chciał przejąć poszatkowany chiński G.W.H. No ale wiemy, iż król może być tylko jeden! Czy Tamiya rozbija skarbonkę i stanie się liderem na kolejne dziesięciolecia? Zobaczmy.
Pudełko jak na skalę jest dość spore. Co ciekawe, po otwarciu wcale nie ma zbyt dużo wolnego miejsca, jednak na szczęście po wyjęciu zawartości nie trzeba robić fikołków aby zmieścić ją tam z powrotem.



Na wieczku producent anonsuje kilka z dostępnych w środku malowań.


Na zawartość składa się zespół plastikowych ramek z czego J, K, L i M są podwójne






2 sporej wielkości arkusze kalkomanii


Arkusik masek i tradycyjnych naklejek


Broszurka z rysem historycznym w kilku językach


Książeczka z instrukcją























+
Schematy dla 5 całkiem zróżnicowanych jak na samolot pokładowy malowań




Nie zaskakuje, iż producent podał potrzebne kolory jedynie według własnych oznaczeń. Za to ilość potrzebnych farbek jest już lekko oszałamiająca (zwłaszcza dla początkujących adeptów sztuki modelarskiej, którzy zwykle szukają w instrukcji oparcia i ufają jej bezgranicznie)

Co ciekawe, o ile tradycją w modelach Tamki zwykle jest, iż schematy są w rozmiarach modelu to tym razem jedynie pierwsze malowanie ma odpowiednie proporcje – reszta jest już nieco pomniejszona.


Dalej mamy jeszcze wkładkę edukacyjną,


i kochane przez wszystkich fanów Tamiyi nylonowe tulejki, śrubki i śrubokręt.

Bardziej szczegółowy przegląd zacznijmy może od nalepek wodnych.
Tamiyowska klasyka. Kolory, nasycenie i brak przesunięć wszystko na najwyższym poziomie. Na zbliżeniach gdzieniegdzie mamy co prawda raster, ale gołym okiem nie jest on zauważalny.












Film wokół oznaczeń również przez cały czas bez zmian, dość gruby i sporo wychodzący po za obrys malunków.

Niestety pasy są dostępne jedynie w formie nalepianej. Nie będziemy musieli ich jednak używać, o ile zdecydujemy się na posadzenie w kokpicie pilota i operatora. Ci mają je już odtworzone w tworzywie.




Skoro przy załodze jesteśmy, możemy im nieco urozmaicić pozycję, bo są zbudowani z kilku części, są też choćby naklejki na kaski dla kilku malowań.




Kolejnym nie tak oczywistym i dość pomysłowym rozwiązaniem jest dodanie naklejki imitującej roztarte przez zmienną geometrię skrzydeł charakterystyczne ślady oleju hydraulicznego. Mnie osobiście wizualnie jakoś to nie przekonuje, ale oddać Japończykom trzeba, iż to fajny detal który możemy dodać do naszej miniaturki bez zbędnego wysiłku, a pewnie w innym przypadku by umknął mniej rygorystycznym sklejaczom.

Maski co prawda trzeba wyciąć samemu, ale za to oprócz oszklenia okleimy nimi również wloty powietrza – fajnie, iż o tym pomyślano.


Dostaniemy również arkusik ze srebrną naklejką, która będzie imitowała wzmocnienia na powierzchni w okolicach stopnia kokpitu. Osobiście nigdy nie oklejałem w ten sposób modeli, więc czy klej przykryty farbą i może naklejkami wytrzyma próbę czasu?


Skoro przez cały czas jesteśmy przy akcesoriach, to wspomnę jeszcze o najwspanialszym możliwym – zaraz po kręcącym się śmigiełku – ficzerze w modelach plastikowych. Zmienna geometria skrzydeł. TAK! Tamiya nie zawodzi, oni wiedzą czego pragną modelarze na całym świecie. Możemy sobie tutaj jedynie przy pomocy trzech śrubek, kilku części i śrubokręcika ustawić skos skrzydeł w dowolnym możliwym położeniu. Ja się nie mogę już doczekać szybkiego przelotu nad warsztatem i lądowaniem z rozłożonymi skrzydłami na USS Biurko z Ikei.

Cały mechanizm wraz z alternatywnymi, jedynie doczepianymi w zależności od położenia częściami, znajduje się na ramce D. Jak pomalujemy sobie dwie pary poduszek i osłon to możemy je sobie podmieniać aby zachować realia w skali, w zależności od naszego nastroju.


Elastyczne tulejki posłużą nam do mocowania stateczników poziomych, więc tez z wielką swoboda będziemy je sobie mogli powychylać.


Dobra a jak wygląda plastik?
Kokpit składa się z ponad 20 elementów, co daje nam naprawdę szczegółowy obraz wnętrza. Mimo wszystko, jestem pewien, iż producenci aftermarketów nie zawiodą i będziemy się mogli wesprzeć detalami które Tamiya lubi upraszczać, lub ograniczało ich medium. Ale tak czy siak, już jest super.








Poszycie jest ponitowane, linie są ostre i delikatne, całość robi naprawdę niesamowite wrażenie. Poziom detali wymiata.










Jak bardziej spostrzegawczy z was już zauważyli, konstrukcja jest nieźle poszatkowana. Uspokajam, to jest ta mityczna Tamija a nie jakiś wielki mur hobby czy lwi ryk, to się składa jak lego.





Niektóre części są choćby podpisane, aby po odcięciu od ramki przypadkiem nam się coś nie pomyliło


Wszelkie powierzchnie sterowe są wtryśnięte jako monolit, a doklejamy jedynie dopasowane odpowiednio połówki, aby krawędzie były jak najbardziej ostre.







W kwestii uzbrojenia jest nieźle, chociaż dostajemy tylko to co sobie producent wymyślił. Dla bardziej wymagających pozostaną i tak aftermarketowe alternatywy.






Dysze – są odwzorowane bardzo szczegółowo, ale moim zdaniem zachowawczo. Myślę iż ktoś to gwałtownie skoryguje w żywicy.



Koła podwozia głównego składają się z dwóch części. Przednie jest już w jednym kawałku. Jak na plastik może być.



Golenie są odwzorowane dość szczegółowo, niestety straszą śladami po wypychaczach.




Miłym dodatkiem są kołki pod koła.


Aby sobie trochę pourozmaicać bryłę bardziej, możemy wstawić drabinkę, czy wysunąć sondę do tankowania.


![]()

To jeszcze na koniec obejrzyjmy części przezroczyste. Wszystko jest naprawdę krystalicznie przejrzyste. Jedyny minus to szew po połówkach formy na osłonie kokpitu, który sobie sami musimy usunąć (co jest częstą praktyką w skali 48) ale wiem iż nie wszyscy lubią to robić.





No to czy mamy tu model wzorcowy, do którego inni producenci będą porównywani? I tak i nie. o ile chcecie komuś sprawić prezent, czy po prostu zbudować sobie na półkę model tego ikonicznego myśliwca, wtedy i owszem, będzie się sklejał jak klocki, detale i szczegóły odpowiadają obecnym standardom dając piorunujące wrażenie prosto z pudła. o ile jednak chcecie zrobić mityczny ‘model życia’ to wydaje mi się iż są jednak lepsze bazy do tego celu. Jestem pewien, iż producenci aftermarketów zasypią nas dodatkami do tego wydania, co w znaczący sposób podniesie jego uszczegółowienie. W połączeniu z kosmicznym poziomem inżynieryjnym tego modelu dostarczy nam wtedy niezapomnianej frajdy z budowy. Ja się jaram!
Łukasz Kulfan
Model przekazany przez Hobby 2000 – dystrybutora Tamiya












