Życie po rozwodzie
Jagoda, dlaczego się upierasz? głos Barbary brzmiał, jakby tłumaczyła coś oczywistego niesfornemu dziecku, z tą znajomą nutą pobłażliwej cierpliwości, która zawsze ściskała Jagodę w środku. Tomasz to naprawdę porządny facet. Przystojny, rozgarnięty, z dobrą pracą i własnym mieszkaniem. Czego ci jeszcze trzeba?
Jagoda odłożyła łyżkę, którą właśnie mieszała zupę, i utkwiła wzrok w matce. Dłonie delikatnie się trzęsły natychmiast schowała je pod stół, by Barbara nie zauważyła.
Mamo, on mnie zdradzał powiedziała cicho, patrząc prosto w jej oczy. Nie raz i nie dwa nagminnie. Byliśmy małżeństwem niecałe pół roku, a zebrałam tyle dowodów, iż sędzina od razu zamknęła sprawę. choćby nie dała nam czasu w pojednanie! Rozumiesz? choćby osoba z zewnątrz widziała, iż tego nie da się już uratować!
I co z tego? Barbara wzruszyła ramionami, poprawiając fartuch, jakby zbywała jakąś nieistotną drobnostkę. Wszyscy mężczyźni tacy są. I zapamiętaj sobie, porządnego męża żona nie puszcza w świat! Może powinnaś się bardziej postarać. Pójść na kursy, zapisać się do fitnessu, zmienić fryzurę. A ty od razu rozwód!
Jagoda westchnęła, czując, jak narasta w niej fala zmęczenia. Ten dialog powtarzał się po raz dziesiąty w ostatnich tygodniach, według tej samej niezmiennej sceny. Po rozwodzie przeniosła się do matki swoje mieszkanie, odziedziczone po babci, póki co zajmowali najemcy. Jagoda czekała, aż się wyprowadzą, by urządzić wreszcie swoją własną, autentycznie samotną przystań miejsce, gdzie będzie mogła oddychać bez lęku.
*****
Rozległ się dzwonek ostry, uporczywy. Jagoda od razu wiedziała, kto to. Tomasz. Znowu. Serce zamarło i opadło gdzieś w stopy, dłonie pokrył wilgotny chłód. Matka, jakby na złość, zapraszała go za każdym razem, ignorując protesty córki jakby jej ból nie istniał albo nie miał znaczenia.
Jagódko, to Tomasz! zawołała Barbara z kuchni, jej twarz rozpogodziła się dziecięco naiwną radością. Chodź, chodź, złotko! krzyknęła już w stronę przedpokoju, tonem tak serdecznym, iż Jagoda poczuła mdłości.
Jagoda ścisnęła łyżkę tak mocno, iż pobielały jej knykcie, a metal poranił skórę. W gardle powstał suchy węzeł, w piersiach ciężar.
Mamo, ja nie chcę z nim rozmawiać wyszeptała, pilnując, by głos się nie łamał.
A kto cię pyta? Barbara nagle stała się ostra, na twarzy zagościła irytacja. To moje mieszkanie, zapraszam kogo chcę. Mieszkasz tu? To stosuj się do reguł.
Do oczu Jagody napłynęły łzy, zacisnęła zęby i przełknęła je. Wyszła od stołu, prawie przewracając kubek z herbatą, minęła matkę i Tomasza, który właśnie zdejmował buty w korytarzu, i skierowała się ku balkonowi. Przytłaczający zapach jego perfum wonny, z nutą drzewa uderzył ją jak fala odrazy.
Jagoda, zaczekaj! zawołał były mąż, a w jego głosie zabrzmiała niby troska sztuczna i nieznośna.
Zignorowała go. Otworzyła gwałtownie balkon, wyszła i zatrzasnęła drzwi niemal z hukiem. Chłodne powietrze natychmiast wdarło jej się pod sweter, piekąc szyję i uszy, ale wcale tego nie poczuła. Stanęła przy barierce, ściskając ją przeczulonymi dłońmi, wpatrując się w mokre bloki na sąsiednim osiedlu, w zapalone tu i tam światła, w samotną postać idącą z parasolem. Z dołu dobiegał warkot śmieciarki, zza okna sąsiadów dobiegały radosne dźwięki jakiejś nonszalanckiej melodii złośliwie pogodnej przy tym, co czuła.
Niech już idzie myślała, otulając się cienkim kardiganem, który nic a nic nie grzał. Słyszała, jak matka z przejęciem rozmawia w kuchni z Tomaszem, jak pobrzękuje porcelana i szumi woda, jak Barbara śmieje się lekko, jakby wszystko było w porządku, jakby Jagoda właśnie nie stała na lodowym balkonie, ledwie powstrzymując dygot.
Czas zlał się w śluzowatą, nieprzeniknioną masę, napływał chłód, dłonie grabiały, sztywniały uszy, ramiona drżały. Ale powrót do mieszkania zdawał się niewyobrażalny. Wciągnęła powietrze na próbę, zamknęła oczy, próbując skupić się na dźwiękach miasta, na zgiełku aut i odległych rozmowach byle nie słyszeć własnych myśli.
Nagle drzwi cicho skrzypnęły. Jagoda zadrżała i odwróciła się raptownie. Na balkon wszedł Tomasz.
Jagoda zatrzymał się dwa kroki od niej, wciskając ręce do kieszeni, głowę przechylił, jakby chciał zajrzeć jej w duszę. Porozmawiajmy naprawdę.
Nie ma o czym mruknęła do ulicznej ciemności, śledząc krople na szybie sąsiedniego balkonu, walcząc z własnym ciałem.
Posłuchaj zrobił krok bliżej, a ona całą sobą poczuła jego ciężar. Zrozumiałem swoje błędy. Zmieniłem się. Spróbujmy jeszcze raz. Obiecuję, będę innym człowiekiem.
choćby się nie przeprosiłeś odwróciła się, gniew narastał, gotów wybuchnąć. Chcesz tylko, by wróciło jak dawniej. Bo tak jest prościej. Wygodniej. Nie zmieniłeś się, Tomaszu. Chcesz odzyskać to, co przepadło.
Ale ja naprawdę
Dość przerwała ostro, zdziwiona własną zdecydowaniem. Nie chcę twoich obietnic. Nie chcę kogoś, kto nie potrafi być lojalny. Kto swoje potrzeby stawia ponad szacunkiem do mnie.
Szarpnęła za klamkę balkonu ani drgnęła. Oczywiście, matka znowu zabezpieczyła!
Mamo! zawołała błagalnie aż sama siebie nie poznała. Otwórz!
Po chwili rozległ się klik, a Barbara zalśniła w drzwiach, z uśmiechem jak do rodzinnego zdjęcia. Miała na sobie ten sam fartuch w czereśnie, co rano, w dłoni trzymała parujący kubek z herbatą.
No dzieci, co wy tu tak tkwicie? postawiła kubek na stoliku, który sama pół godziny wcześniej tu wstawiła. Chodźcie jeść, już wszystko gotowe. Herbata z miętą, jak lubicie.
Jagoda przemknęła obok, unikając spojrzenia, czując burzę złości nie tylko na Tomasza, ale i matkę wtrącającą się brutalnie w jej życie, jakby ból córki był nieistotny, a wybory nie należały do niej samej.
Mamo zatrzymała się w korytarzu, spojrzała prosto w oczy Barbary proszę, przestań. Nie chcę go widzieć. Nie zapraszaj go więcej. To moje życie, sama zdecyduję, co dla mnie najlepsze.
Dziecko Barbara poklepała ją po ramieniu, dotyk wydał się Jagodzie obcy, nieproszony. Przecież żałuje! Mężczyznom zdarzają się błędy, trzeba dać im szansę. Ty jesteś za dumna. Trzeba czasem być łagodną, elastyczną
Jagoda zamknęła oczy i w myślach powoli policzyła do dziesięciu. Spierać się było daremne, choć mimo to łzy cisnęły się do powiek. Odwróciła się i weszła do swojego pokoju, zamykając drzwi, jakby chciała odgrodzić się od całego świata. W środku panował zaduch rano nie uchyliła okna, powietrze było ciężkie, dotykalne. Usiadła na brzegu łóżka, trzęsącymi się rękami zacisnęła pięści, przyciskając je do kolan, by wyciszyć skurcze.
Z kuchni dobiegły rozmowy Barbary i Tomasza. Matka trajkotała pogodnie, jakby przed chwilą nie przypominała córce, w czyim mieszkaniu żyje. W głosie matki słychać było triumf, maleńką wygraną. Tomasz odpowiadał cicho, ale Jagoda wyłapywała tonację, którą znała z przeszłości tę rozmiękczającą, łagodną, jak do dziecka nie rób z igły wideł, gdy przyłapywała go na kolejnych flirtach. Te słowa powodowały dreszcze i niesmak.
Jak w ogóle ma czelność tu przychodzić? myślała Jagoda, wciskając paznokcie w dłonie aż do bólu. Po wszystkim Po tych kłamstwach, po tych trzech koleżankach, które miały być tylko koleżankami A ilu było więcej?
Po pół godzinie, gdy głosy zamilkły i drzwi wejściowe trzasnęły głucho, Jagoda wyszła. W kuchni pachniało miętą i wanilią Barbara postawiła na stole świeżą szarlotkę i aromat na moment sprawił, iż Jagoda chciała wszystko zapomnieć i znów usiąść jak dziecko przy stole. Ale odepchnęła to od siebie.
Córciu, znowu dąsasz się? matka obróciła się z uśmiechem, tym razem wyraźnie naciąganym, sztucznym, jak maska. Tomasz to naprawdę chłopak na medal. Widzisz, jak walczy! Powiedziałam mu: musisz pokazać Jagodzie, iż się zmieniłeś!
Mamo Jagoda oparła się o framugę drzwi, czując pod palcami szorstką farbę, nie chcę, żeby cokolwiek udowadniał. Nie chcę, żeby przychodził. Chcę po prostu spokoju do czasu przeprowadzki do siebie. To aż tak wiele?
Barbara westchnęła, otarła dłonie o fartuch i opadła na krzesło, przygarbiona pod ciężarem trosk.
Zbyt surowa jesteś powiedziała poważniej, z nutą zmęczenia. Życie to nie czarno-białe. Tak, pomylił się. Ale kto się nie myli? A może to ty go odtrąciłaś? Może wystarczyłoby więcej troski, urody, wyrozumiałości?
Z oczu Jagody popłynęły słone łzy, a w środku rozlał się przeszywający ból, jak gdyby ktoś ścisnął serce w garści.
To znaczy, iż ja winna, bo mnie zdradzał? zapytała cicho, głos zadrżał. Że jego romanse to moja odpowiedzialność?
Nie zupełnie Barbarze zabrakło słów, spojrzała przez okno na ciemne niebo. W związku zawsze winni są oboje. Ty mogłaś być łagodniejsza, cierpliwsza…
A on wierny przerwała Jagoda, w głosie brzmiała stal, której sama po sobie się nie spodziewała. To naprawdę taki wysiłek? Być lojalnym wobec jednej osoby? Nie tłumaczyć, nie zdradzać? Przecież to podstawa
*****
Tomasz zaczął pojawiać się regularnie jak widmo przeszłości, które nie chce się rozproszyć. Czasem czekał pod blokiem, gdy Jagoda wychodziła wyrzucić śmieci, innym razem dzwonił z bombonierką i słowami: Przechodziłem, pomyślałem, iż zajrzę, choć wiedziała, iż krążył pod oknem godzinami.
Pewnego razu przyszedł w deszczu z bukietem czerwonych róż i bombonierką z wiśniową galaretką jej dawnym dziecięcym przysmakiem. Płatki kwiatów dźwigały jeszcze krople wody, a sreberko czekoladek lśniło w świetle korytarza.
To dla ciebie podał kwiaty, z tym dawnym, lekko niepewnym uśmiechem, w oczach cień czegoś, co kiedyś ją rozczulało. Tak po prostu. Bez okazji.
Jagoda spojrzała na róże, potem na zmęczoną twarz Tomasza; kiedyś dołeczek w policzku wywoływał jej uśmiech. Dziś widziała tylko podkrążone oczy, sztuczną szczerość, uśmiech, co nie sięgał oczu.
Dzięki, ale nie przyjmę choćby nie dotknęła kwiatów. Prosiłam, byś nie przychodził.
Wiem Tomasz spuścił głowę, niepewność zarysowała mu się w sylwetce. Ale nie umiem po prostu odejść. Byłaś dla mnie ważna.
Byłaś poprawiła Jagoda, każde słowo z trudem wydobywało się z gardła. To już minęło.
Milczeli chwilę, potem skinął głową, jakby w środku toczył walkę.
Rozumiem. Wybacz, iż naprzykrzam się.
Odwrócił się, już-już miał odejść, gdy zza drzwi wyszła Barbara.
Tomaszku, wejdź, dziecko! rozbrzmiała za głośno i teatralnie, Czemu na korytarzu stoisz? Jagoda, zaproś byłego męża, nie rób scen! No i weź ten bukiet! Takie piękne róże Jeszcze ci zazdroszczę!
On już idzie Jagoda starała się mówić spokojnie, ale wewnątrz aż wrzała. Nie chcę bukietów od obcych ludzi!
Co ty za głupoty pleciesz! Barbara ujęła Tomasza pod rękę, Jagoda zauważyła jak lekko spinają mu się ramiona, ale nie odsunął się Chodź, ciasto upiekłam. Pośmiejemy się, pogadamy…
Tomasz niepewnie wszedł. Jagoda zrozumiała, iż nie ma sensu się buntować. Wycofała się do swojego pokoju.
Za drzwiami słyszała głos matki:
Widzisz, ona tylko udaje obrażoną. Jest dobra, ojedzie! Nie poddawaj się, próbuj dalej. Doceni wytrwałość.
Jagoda zatkała uszy dłońmi, ale słowa i tak przesączały się, niczym toksyczny dym. Miała ochotę rzucić wszystko, wejść do kuchni i powiedzieć matce do końca, co o tym myśli. Zamiast tego usiadła na łóżku, wyciągnęła szkicownik i zaczęła rysować. Linie były krzywe, rwały się, ale powoli chaos zmieniał się w wzór, myśli stawały się wyraźniejsze. Rysowała fale, szczyty, abstrakcje wszystko, co czuła.
*****
Minęły miesiące. W końcu Jagoda wprowadziła się do swojego mieszkania, bliżej pracy. Poznała kilka nowych koleżanek, czasem wychodziły na kawę po pracy, zaczęła chodzić na jogę w weekendy. Te zajęcia wzmacniały ją nie tylko fizycznie, ale i psychicznie. Każdego ranka, stając w pozycji drzewa, wyobrażała sobie, jak zapuszcza korzenie w tej nowej ziemi, puszcza dawną rzeczywistość.
Pewnego razu po zajęciach zagadał do niej trener Aleksander. Starszy o kilka lat, spokojny, z miłą twarzą i cichym, niewartościującym spojrzeniem. Wymienili się numerami, potem spotkali w kawiarni, potem jeszcze raz
Aleksander był zupełnie inny niż Tomasz. Nie obsypywał komplementami, nie obiecywał gwiazd, ale zawsze był, kiedy trzeba. Słuchał, gdy Jagoda mówiła, i milczał, gdy tego potrzebowała. Przy nim od dawna czuła się bezpieczna. Mogła być sobą niedoskonałą, nieidealną, prawdziwą.
Kiedy po raz pierwszy wspomniała o Aleksandrze matce, Barbara zareagowała jak na alarm pożarowy. Kim on jest? Co robi? Gdzie mieszka? pytania sypały się jak z karabinu.
Trener jogi odparła Jagoda spokojnie, choć w środku twardniały mięśnie. Pracuje w studiu niedaleko firmy. Mieszka na wynajmie, w sąsiedniej dzielnicy.
I to wszystko? Barbara skrzywiła się, jakby właśnie połknęła cytrynę. Bez majątku, bez statusu. Chcesz całe życie wynajmować mieszkanie? Albo ściągnie ci się na głowę? Będziesz utrzymywać chłopa?
Nie interesują mnie jego pieniądze tłumaczyła cierpliwie Jagoda, patrząc matce prosto w oczy. Jest dobry, solidny, szanuje mnie. To wystarczy.
Szanuje powtórzyła z przekąsem Barbara. Tomasz też cię szanował, tylko nie potrafiłaś docenić! Zawsze sobie komplikujesz
Jagoda zamknęła oczy, w myślach licząc do dziesięciu. Przekonywanie matki nie miało sensu, wiedziała to od dawna. Barbara widziała świat przez pryzmat swoich wyobrażeń: dobry mąż własność, auto, stanowisko; dobra żona taka, która potrafi cierpieć i przebaczać. Żadne argumenty nie docierały.
Związek z Aleksandrem rozwijał się powoli, spokojnie, jak strumień wypływający spod lodu wiosną. Rozmawiali, spacerowali, gotowali razem kolacje, dzielili się marzeniami. To wystarczyło, żeby Jagoda zaczęła wierzyć w inną przyszłość.
Po pół roku Aleksander poprosił ją o rękę. Siedzieli na ławce w parku, nad ich głowami pączkowały pierwsze liście, kiedy ujął jej dłoń i cicho powiedział:
Jagoda, chcę, byśmy zawsze byli razem. Chcesz zostać moją żoną?
Spojrzała w te ciepłe, spokojne oczy i poczuła, jak rozlewa się w niej jasność.
Tak szepnęła, uśmiechając się bezwiednie. Tak, chcę.
Wiedziała, iż to będzie nowy rozdział konfliktu z matką. I miała rację.
Nie możesz się z nim żenić Barbara stała w przedpokoju, skrzyżowane ramiona, postawa nieprzejednana. To błąd. Skończysz źle! Niszczyć sobie życie dla takiej mrzonki
Już się zdecydowałam zapinała płaszcz, ze spokojem w sercu innym niż lęk, jakiego dawniej doświadczała. Jestem szczęśliwa. Przecież to się liczy?
Nie ucięła Barbara, i jej głos zabrzmiał zimno, prawie obco. Ty nigdy nie patrzysz dalej niż czubek własnego nosa. Zawsze byłaś uparta!
*****
Ślub był kameralny tak, jak chcieli Jagoda i Aleksander. Bez wesela na sto osób, tylko najbliżsi i kilku kuzynów ze strony Aleksandra. Jagoda wystąpiła w zwykłej białej sukni, Aleksander w granatowym garniturze i pasiastym krawacie. Gdy wymienili obrączki i padło to upragnione możecie pocałować nowożeńców, Jagoda poczuła, iż robi coś naprawdę swojego.
Barbara nie przyszła na uroczystość. Przysłała tylko bukiet białych lilii z czarną wstążką oraz kartkę: Obyś kiedyś zmądrzała. Jagoda patrzyła długo na te kwiaty i w końcu odsunęła je, czując kłujący smutek, z którym nie chciała się bratać.
Ale niespodzianek było więcej. Matka ściągnęła na ślub Tomasza. Jagoda dostrzegła go, gdy z Aleksandrem wychodzili z urzędu. Tomasz stał pod samochodem, ręce w kieszeniach, spojrzenie zagadkowe niedosyt czy złość?
Po co tutaj jesteś? Jagoda zatrzymała się, czując spięcie, już nie tak palące jak dawniej.
Twoja matka poprosiła wzruszył ramionami, w głosie kapitulacja. Mówiła, iż żałujesz ślubu, ale nie umiesz się wycofać.
Moja mama dużo mówi spokojnie odezwał się Aleksander, ujmując Jagodę za rękę. Jego dłoń była ciepła i solidna. Ale rzadko ma rację.
Zobaczymy Tomasz pokrzywił się i spojrzał prosto na nią. Zadzwoń, jak ci się znudzi bieda. Przyjmę cię bez warunków.
Odwrócił się i odszedł, pozostawiając dziwny niesmak.
Po ślubie Jagoda i Aleksander zaczęli planować przeprowadzkę. Otrzymali propozycję pracy w innym mieście większym, pełnym nowych dźwięków i obrazów, zupełnie jakby świat stał otworem. Jagoda adekwatnie od razu się zgodziła. Pragnęła zacząć od nowa, tam, gdzie nikt nie będzie jej wciąż podtykać pod nos przeszłości.
Przed wyjazdem wstąpiła do matki się pożegnać. Barbara stała w oknie, odwrócona do wnętrza plecami jakby świat zewnętrzny bardziej ją interesował niż własna córka.
Wyjeżdżamy powiedziała cicho, stojąc w drzwiach. Na drugi koniec kraju.
I co z tego? matka nie odwróciła się, głos beznamiętny, tłumiony. Uciekasz, bo nie dajesz sobie rady.
Biegnę ku szczęściu Jagoda zatrzymała się, głos miała pewny, spokojny jak nigdy dotąd. Chciałabym, byś mogła być jego częścią, mamo. Ale tylko wtedy, gdy nauczysz się szanować mój wybór.
Barbara zwróciła się nagle. W oczach mieszała się złość i żal, na skroniach pulsowała żyła. Skrzyżowała ramiona jakby chcąc wznieść mur.
Szanować? głos się podnosił, odbijał hukiem od ścian. Za co cię szanować? Zostawiasz wszystko, jedziesz z jakimś trenerem jogi? Co on ci daje? Stabilność? Jakiś prestiż? Przecież to głupota!
Jagoda poczuła, jak narasta zmęczenie ciężkie jak mokry śnieg. Ile razy już toczyła ten pojedynek? Ile razy tłumaczyła, iż szczęście to nie tylko pieniądze, nie metry i stanowiska? Głęboko odetchnęła, próbując uspokoić drżenie rąk, i spojrzała matce prosto w oczy.
Aleksander jest dobry, powiedziała z nową pewnością wspiera mnie, rozumie, szanuje decyzje. Czy tak trudno pojąć, iż chcę spokoju? Spokoju, mamo. Takiego, gdzie nie musisz ciągle czekać na zawód, gdzie możesz po prostu być sobą i wiedzieć, iż ktoś cię zaakceptuje.
Spokój Barbara gorzko parsknęła, Ty to nazywasz spokojem? Najem w obcym mieście, praca w jakimś podejrzanym studiu? Tomasz zapewniłby ci wszystko! Dałby samochód, wyremontował mieszkanie, wysłał na Mazury Ja na to nie pozwolę!
******
Jagoda nie wiedziała, iż tego wieczora Barbara zadzwoniła do Aleksandra. Siedziała w swoim pokoju, pakując ostatnie pudełka, gdy usłyszała, jak dzwoni jego telefon. Aleksander spojrzał na ekran, zobaczył nieznajomy numer i na moment zamarł, nim odebrał.
Aleksandrze, kochanie, matka mówiła głosem nienaturalnie czułym Ja bardzo się martwię o Jagodę. Ona taka impulsywna, emocjonalna… Sama nie wie co robi. Ten wyjazd to pomyłka. Pożałuje, ale będzie za późno.
Aleksander słuchał w milczeniu, mocno ściskając słuchawkę. Domyślał się, do czego zmierza rozmowa i narastała w nim fala złości, ledwie powstrzymywana.
Rozumiesz ciągnęła Barbara, tonem powierniczym Po rozwodzie z Tomaszem nie doszła do siebie. Wciąż go kocha, tylko duma jej nie pozwala się przyznać. Ty… ty jesteś tylko na chwilę. Na przeczekanie. Nie burz sobie życia przez jej kaprysy.
Pani Barbaro, wszedł jej w słowo łagodnie ale stanowczo, dziękuję za troskę, ale znam Jagodę. Widzę jak się zmienia, jak otwiera się przy mnie. I ufam naszym wyborom.
Ech, chłopcze matka w głosie miała hardą ironię Ty tego nie rozumiesz. Myślisz, iż będzie szczęśliwa w tym waszym nowym świecie? Bez ludzi, do których przywykła? Zatęskni za nami, zrozumie, iż popełniła błąd. A kto wtedy będzie przy niej? Tomasz. On zawsze będzie obok.
Aleksander wziął głęboki oddech, wyobraził sobie Jagodę jej uśmiech, brwi, jej śmiech. Ogarnęła go czułość i determinacja, by nigdy jej nie pozwolić wrócić do tamtego koszmaru.
Lepiej skończmy tę rozmowę powiedział stanowczo. Jagoda jest dorosłą kobietą, potrafi wybierać. Wybrała mnie. I jej nie opuszczę.
Odłożył telefon, czując mieszankę gniewu i współczucia. Jak musiała dorastać Jagoda z matką, która nigdy nie widziała w niej samodzielnego człowieka, tylko swój cień?
*****
Następnego dnia Jagoda odwiedziła matkę jeszcze raz żeby pożegnać się naprawdę. Przyniosła pudełko kruchych ciasteczek, które Barbara tak lubiła w dzieciństwie, i mały bukiecik rumianków prostych, zwykłych, a tak prawdziwych.
Barbara jednak odpowiedziała kolejną falą pretensji.
Naprawdę nie chcesz się zastanowić? krążyła po kuchni, poprawiając obrus raz wygładzając, raz miętosząc. Zostań chociaż miesiąc. Przemyśl wszystko. Może się po prostu zmęczyłaś, za bardzo przejęłaś
Już wszystko zaplanowane Jagoda odpowiedziała cicho, jakby z czegoś rezygnowała w sobie. Wyjeżdżamy z Aleksandrem. Mamy już mieszkanie blisko parku, rozmawiałam z nowymi współpracownikami, miejsce w studiu dla niego Wszystko się układa.
Układa? Barbara zatrzymała się gwałtownie, jej oczy błyszczały łzami lub furią trudno zgadnąć. On to zorganizował? Chce cię do siebie przywiązać. Tam, na swoim terenie, będzie miał nad tobą władzę. Tu, przy mnie i Tomaszu, gwałtownie wróciłabyś po rozum do głowy. A tam tam będzie miał cię całą.
Jagoda zastygła. Te słowa były tak absurdalne, tak obce, iż na chwilę odebrało jej mowę. Popatrzyła na matkę i nie widziała już bliskiej osoby, tylko cudzą twarz.
Naprawdę w to wierzysz? zapytała cicho, głos się załamał. Że Aleksander iż mógłby manipulować? Że mnie zniewoli?
A czyż nie? Barbara skrzyżowała ramiona, jakby zbroiła się przeciwko światu. Wszyscy tacy są! Tomasz przynajmniej mówił otwarcie. Ten chowa się za dobrocią.
Dość Jagodzie ścisnęło gardło, w oczach poczuła szczypanie. Po prostu dość. Nie chcę już więcej słuchać, jak obniżasz moją wartość, jak każesz mi winić się za to, iż chcę być szczęśliwa.
Odwróciła się do wyjścia, ale matka złapała ją za rękę mocno, aż do bólu.
Zaczekaj rozbrzmiała w głosie Barbary rozpacz i bezradność. Przecież jestem twoją matką. Chcę cię chronić.
Najlepsze, to, co wybieram sama Jagoda delikatnie wyswobodziła rękę. I wybieram Aleksandra. Wybieram siebie. Wybieram życie tam, gdzie będę mogła oddychać bez pretensji. Gdzie dam radę być sobą, bez ciągłego a nie mówiłam.
Barbara cofnęła się, twarz jej wykrzywił ból i gniew. Puściła rękę Jagody i wtedy dziewczyna poczuła, jak znika ostatni lęk.
Tak? matka wyszeptała niemal bezgłośnie. Zrezygnujesz z matki dla byle kogo?
Nie rezygnuję z ciebie Jagoda poczuła napływ łez. Rezygnuję tylko z tego, jak mnie traktujesz. Z potrzeby kontroli nade mną. Chcę, żebyś kochała mnie taką, jaka jestem. jeżeli nie umiesz Lepiej, byśmy przestały się widywać.
To jak chcesz Barbara odwróciła się do okna, ramiona się trzęsły. Kiedy zmądrzejesz, będziesz wiedzieć, gdzie mnie szukać.
Jagoda stała chwilę, patrząc na pochyloną sylwetkę matki, na jej siwe pasma, dłoń kurczowo ściskającą parapet. Chciała podejść, objąć, powiedzieć, iż będzie dobrze Ale wiedziała, byłoby to kłamstwo. Cicho wyszła, nie robiąc hałasu. W kieszeni płaszcza miała nowy telefon z numerem, którego matce nie zdradzi. Może kiedyś znów będą rozmawiać. Ale najpierw musi odnaleźć przestrzeń własną, czystą, pełną światła.




