Zwykli Ludzie: Historie z Naszej Codzienności

polregion.pl 4 godzin temu

13 kwietnia, niedzielny poranek, dziennik mój

Na dworze dzisiaj gwarno, jak zawsze wiosną, kiedy mieszkańcy Warszawy wreszcie czują pierwsze promienie słońca rozgrzewające podniebne połacie. Szare, przygniatające śniegi zostały wypłukane przez roztopione deszcze, a strumienie wylatują z nich jak srebrne wstążki, spływając w dół wąwozkiem ku ulicy Zamoyskiego i dalej w stronę kościoła pod wzgórzem. Dziś także w kościele gwar, bo ludzie przybywają w szatach i chustach w odcieniach błękitu, zieleni i bieli, chusty przywiązane właśnie przy twarzy. Mężczyźni w dopasowanych garniturach, krawatach i lśniących butach.

Z minibusu wyskoczyła grupa osób kobiety w zwiewnych sukienkach, mężczyźni w eleganckich frakach. Z mniejszego samochodu wyszła spokojna, zamyślona kobieta.

Jagodo! Czekaj na mnie! podbiegł do niej mąż, Sławek, trzymając rękę w gotowości.
Nie krzycz, Sławko. Piotrek już zasnął. Nie wywołuj hałasu, bo boję się wyszeptała roztrzęsiona Jagoda. Nigdy nie trzymała w dłoniach noworodka, a już teraz obawia się, iż mały Piotrek przestraszy się, krzyknie jak tydzień temu, kiedy kąpaliśmy go w wannie. Wtedy płakał tak głośno, iż Sławek wezwał lekarza. Pojawiła się cicha, nieco obojętna pediatra, Marzena Wiktoria, wchodząc do pokoju, gdzie młoda mama trzymała w ramionach rozkręconego dziecka.

Połóżcie go poleciła Marzena.
Co? Nie słyszę! odparła rozbawiona Jagoda, potrząsając głową.
Połóż dziecko, nie potrząsaj jak grzechotką! Czyżbyś pomyliła wszystkie kości w głowie? odparła lekarz, przytłumiona, ale stanowcza.
Boże! wykrzyknęła Jagoda, podnosząc brwi i patrząc przerażona na męża.

Sławek uśmiechnął się. Jagoda wciąż była dzieckiem w sercu, a już urodziła pierwszego syna, dziedzica. Nie wiedzieli, jak go wychować.

Połóż go już! zachęcał lekarz. Jaki piękny maluch! dodała, przymrużając oczy.
Sławek podniósł się dumnie. Jego teściowa wtrąciła: Jakie to z pochodzenia, z rodu Romantycznych! A Sławek zauważył, iż chłopiec ma charakterystyczny nos.

Chłopczyk ma pełną buzię i sporo myśli! kontynuowała Marzena. Mamo, zamknij okno, żeby nie przeziębił maleństwo!

Sławek gwałtownie zasłonił okno.

Panie doktorze, co się z nim dzieje? Nigdy nie był taki wymamrotała Jagoda, ledwo łapiąc oddech.
Co ci ma mężczyzna? Gdybyś urodziła dziewczynkę, inna sprawa! Ale to chłopiec, taki mały misiu! żartowała, przyglądając się maluszkowi, obracając go, rozciągając zgięte nóżki i ręce.

Kolki podsumowała w końcu. Zapiszę co podać. Nie potrząsajcie go tak, mamo! To da się wyleczyć. Chłopiec jest mocny. Daj mu smoczek, proszę.

Jesteśmy przeciwko smoczkom! wykrzyknął Sławek, podnosząc głos.
Przeciw? zapytała z obojętnością Marzena. Jagodo oddaj dziecko ojcu i idź na kuchnię, przygotuj mu otulankę.

Jagoda pokręciła głową, po chwili poddała się i oddała Piotrka Sławkowi.

Proszę, kochanie, chodźmy, napijmy się herbaty. zaśmiała się Marzena, prowadząc Jagodę w stronę kuchni.

W kuchni było chłodno, pachniało kawą.

Mamy czajnik, cukier, zaparzamy herbatę, przydałoby się coś do przegryzienia powiedziała Marzena, rozejrzawszy się po kuchni.
Jagoda postawiła dwie filiżanki na stole.

Co takie? zapytała lekarz.

Jagoda drgnęła. Nie wiedziałam, iż pielęgniarki w szpitalu mają takie zwyczaje

Nie kryliście się, nie uczyliście, po prostu wzruszyła ramionami Jagoda. Dobrze być lekarzem, leczyć wszystkie choroby, nie bać się.

Marzena skinęła głową, rozumiejąc, iż Jagoda nie wie, jak radzić sobie z tym wszystkim.

Nie ma co się uczyć, książki pomagają, a internet zawsze podpowie. Problemy są podobne. Widzisz, masz termometr w wodzie, czysty fartuszek, zadbany maluszek. Pij herbatę, póki masz czas! podała Marzena filiżankę.

Jagoda chwilę milczała, a potem wydała z siebie cichy jęk.

Nie chcę, szepnęła, po czym zapłakała.

Co się stało? przeraziła się Marzena.

Jestem zmęczona. Chcę spać. Piotrek dużo je, nie lubi mokrych pieluszek, a ja nie mam sił Dzień, miesiąc, rok, a choćby własne imię zdaje się gubić w mgławicy. Nie wytrzymam, rozumiem? Muszę skończyć sesję, uczę się ze Sławkiem, mam jeszcze trzy egzaminy, a nie mogę Nie chcę nic wyznała Jagoda, łamiąc się pod ciężarem obowiązków.

Marzena westchnęła, patrząc na ekran tabletu.

Gdzie pomoc? Są krewni? spytała.

Są, ale teściowie daleko, nie przyjadą. Rodzice nie chcieli naszego małżeństwa, potem zmienili zdanie, ale mama mówiła, iż to za wcześnie, iż najpierw studia Kłóciliśmy się, a ja czuję się winna.

Jagoda wzięła łyk herbaty, zamknęła oczy.

Wina? Co ci dało bycie matką? Co ci przyniósł los? mruknęła. Cztery i pół kilograma, pięć zaśmiała się nieśmiało.

Marzena poklepała ją po ramieniu: Musisz zjeść, bo syn się rozciągnął i będzie spał dłużej.

Jagoda połykała herbatę tak szybko, jakby w żołądku miała pożreć cały świat, po czym wpadła na kanapę i zasnęła, zasłonięta kocem, którego nie mogła już podnieść.

To wydawało się wczoraj. Teraz Jagoda w kremowej sukni i niskich obcasikach stała przed kościołem, trzymając Piotrka w ramionach. Dziś ma go ochrzcić i przeraża ją myśl o tym rytuale.

Jagodo, czas! zachęcał Sławek, głaszcząc synka. Mój mały skarbie!

Goście zebrali się w przyozdobionym przykościołowym domku. Piotrek płakał kilka razy, chrząkając, po czym otworzył niebieskie oczy i spojrzał w niebo, na malowane na sklepie święte postaci. Obok stała jego chrzestna, przyjaciółka Jagody, Zuzanna, mocno uśmiechnięta.

Piotrek to twardy orzech! szepnęła Zuzanna. Brawo, kochani!

Marzena Wiktoria weszła powoli przez żelazne wrota przy kościele, pomyślała o krzyżu złotym przy wieży i odniosła się do mężczyzny w czapce z kapturem.

Proszę, proszę zdjęcia czapkę, to miejsce wymaga szacunku zwróciła się do niego.

Mężczyzna nieszkodliwie zdjął czapkę, odsłaniając łysą głowę. Marzena pokręciła głową, wyrażając niedosyt tradycji.

Dziękuję, młody człowieku mruknął, patrząc na chrzczonego malucha.

Piękne chrzty, piękna para, a dziecko cudowne! dodała pielęgniarka. Nie podeszła więc bliżej do Jagody, pewnie już nie pamiętając.

Chrzty to chrzty, ale dziecko zawsze cierpi! odparł mężczyzna.

Nie rozumiesz westchnęła Marzena.

Po ceremonii wróciły do domu. Jagoda kładła Piotrka w łóżeczku, a Sławek przytulał go przy oknie, próbując go uspokoić. W kuchni pachniało kawą i herbatą.

Zaparzę herbatę, dodać cukru, coś do przekąszenia przemyślała Marzena, rozglądając się po szafkach.

Jagoda postawiła dwie filiżanki i usiadła przy stole.

Nie rozumiałam, iż lekarze na oddziałach mają takie zwyczaje przyznała się.

Nie ma co się martwić odpowiedziała Marzena. Wszyscy z nas przeżywają podobne chwile. Jesteś odpowiedzialną matką, masz termometr w wannie, czysty fartuszek, a dziecko zdrowe. Pij herbatę, póki czas jest po naszej stronie.

Jagoda zamknęła oczy, wypełniona zmęczeniem.

Jestem taka zmęczona wyszeptała, po czym płakała.

Marzena położyła rękę na jej ramieniu.

Jutro będzie lepiej. Nie zapominaj, iż masz wsparcie.

Po chwili Jagoda przeszła do łóżka, położyła się na małej kanapie i zasnęła, czując, iż wszystkie troski odchodzą w stronę wiosennego słońca.

Czuję, iż to był kolejny rozdział w naszej rodzinnej sagę, pełen lęków i nadziei, ale też małych cudów, które trzymają nas przy życiu.

Koniec.

Idź do oryginalnego materiału