Zuzanna Stańczak od piętnastu lat dojeżdżała tą samą trasą z Ursynowa na Wolę. Znała każdy wybój na Puławskiej, wiedziała, o której minucie na przystanku przy placu Zawiszy robi się tłoczno, i potrafiła rozpoznać po dźwięku, czy to jej autobus 186, zanim jeszcze wyjechał zza zakrętu. W torbie, po lewej stronie, zawsze miała to samo: klucze, portfel, służbowy identyfikator z sieci drogerii, w której była kierowniczką zmiany, i mały termos.

twojacena.pl 2 dni temu

Tamtego wtorku termos był pełen kawy. Zalała ją w ekspresie w pokoju socjalnym, zakręciła, schowała do torby. W autobusie zdjęła rękawiczki, żeby odczytać wiadomość od córki. Hania pisała, iż ma gorączkę i zostaje u ojca. Zuzanna odpowiedziała kciukiem w górę. Nie zdążyła schować telefonu.

Przy skrzyżowaniu z aleją Niepodległości autobus szarpnął. Kierowca w ostatniej chwili ominął rowerzystę. Zuzanna poleciała do przodu, torba zsunęła się z ramienia, termos wypadł, uderzył o poręcz, pokrywka odskoczyła.

Kawa wylała się na siedzenie, na płaszcz kobiety obok, na podłogę.

— Jezu, przepraszam — Zuzanna złapała termos, ale było za późno. Brązowa plama rosła na jasnym płaszczu.

— No pięknie — kobieta wstała, odsuwając się od mokrego siedzenia. — Cały dzień mam z głowy. Do banku idę, umowę mam podpisać. W czym ja teraz pójdę?

Zuzanna wyciągnęła paczkę chusteczek. Podawała je nieznajomej, ale kobieta ich nie wzięła. Sama zaczęła wycierać płaszcz papierową serwetką, którą wyjęła z kieszeni.

— Pani nie uważa.

— To przez to hamowanie — powiedział mężczyzna w słuchawkach, który stał najbliżej. — Wszyscy się poprzewracali.

Kobieta nie słuchała. Wysiadła na następnym przystanku, nie oglądając się.

Zuzanna została z mokrym termosem i plamą na siedzeniu. Usiadła na suchym miejscu, postawiła torbę na kolanach i mocno przytrzymała ją obiema rękami, jakby to mogło cofnąć to, co się stało. Miała czterdzieści osiem lat. Rozwód zamknięty w kwietniu. Sprawa o alimenty w sądzie dwa tygodnie temu. Ojciec w szpitalu, matka z chorą tarczycą. W pracy kontrola z centrali, która skończyła się uwagą, iż harmonogram źle ułożony, choć układała go po nocach. A teraz ta kawa, cała, do ostatniej kropli, na cudzym płaszczu.

Wytarła dłonią mokre wnętrze torby, znalazła zmiętą paragonówkę i wyrzuciła ją do kosza przy wyjściu. Termos wsadziła z powrotem, pusty, lekki, obcy w dłoni.

Wieczorem położyła się spać z myślą, iż musi coś zmienić. Ale nie wiedziała co.

Nazajutrz w drogerii, między dostawą żeli a sprawdzaniem cenówek, poprosiła Magdę, młodszą kasjerkę, żeby została po zmianie i pomogła jej przeliczyć remanent.

— Nie mogę — Magda poprawiła włosy. — Po pracy mam angielski.

— Wiem. Ale to godzina, płatna jak zwykle.

— Nie, naprawdę nie mogę. Pojutrze mam egzamin.

Zuzanna poczuła znajome ściskanie w gardle. Chciała powiedzieć: „Pani Kowalczyk z centrali chodzi i liczy, jak ja to zrobię sama?". Chciała przypomnieć, iż w zeszłym miesiącu to Magda wzięła wolne na koncert, a ona brała jej popołudnia. Chciała, żeby ktoś chociaż raz po prostu został.

Powiedziała tylko: — Rozumiem. Dam radę.

Wróciła do magazynu, wzięła skaner do cenówek i przez chwilę stała z nim w ręku, nie naciskając spustu, patrząc na regał z szamponami, jakby zapomniała, po co przyszła.

Wieczorem pojechała do ojca do szpitala na Banacha. Leżał na oddziale kardiologii, podłączony do monitora. Matka drzemała na krześle obok, z torebką na kolanach.

— Zjedz coś, mamo.

— Nie jestem głodna.

Zuzanna nie ciągnęła. Wyszła na korytarz, usiadła na parapecie, patrzyła przez okno na parking. Na trawniku przed izbą przyjęć stała kapliczka, taka, jakich pełno na warszawskich szpitalnych dziedzińcach. Ktoś postawił pod nią znicz. Palił się mimo wiatru.

Wyjęła telefon, otworzyła notatnik i napisała trzy pytania. „Co jest we mnie, kiedy mną wstrząsa?". „Za co adekwatnie jestem wdzięczna?". „Czym chcę napełniać swój kubek, skoro życie i tak będzie mnie potrząsać?".

Nie napisała odpowiedzi. Schowała telefon do kieszeni płaszcza i siedziała tak jeszcze długo, aż znicz na dworze zaczął migotać od wiatru, a pielęgniarka przeszła korytarzem z wózkiem na leki.

Dwa tygodnie później Magda znowu poprosiła o zamianę zmiany. Miała egzamin poprawkowy. Zuzanna spojrzała na grafik i zamiast odpowiedzi od razu zapytała, o której sprawdzian.

— W południe. Ale muszę być w szkole o jedenastej.

— To weźmiesz poranną szóstą, a ja za ciebie popołudnie. Załatwisz egzamin i wrócisz na wieczór.

Magda zamrugała.

— Serio?

— Serio.

Młoda dziewczyna chwyciła ją za ramię i uścisnęła. Zuzanna nie cofnęła ręki.

A potem zdarzyło się coś, czego się nie spodziewała. W dniu, kiedy miała jechać do centrali na szkolenie z nowego systemu, nagle się rozchorowała. Gorączka, dreszcze. Zadzwoniła do Magdy o szóstej rano.

— Słuchaj, ja chyba nie będę w stanie. Musisz mnie zastąpić na szkoleniu. To przy Marszałkowskiej, od dziewiątej.

Po drugiej stronie cisza. A potem:

— Jasne. Zadzwonię do Kasi, ona jest na porannej, zamienimy się jakoś. A pani niech leży.

Zuzanna odłożyła telefon na kołdrę i patrzyła na niego chwilę, zanim naciągnęła kołdrę pod brodę. Nikt jej od miesięcy tak po prostu nie odpowiedział.

Minęły dwa miesiące. Ojciec wrócił do domu. Matka zaczęła leczenie. Hania zamieszkała z Zuzanną na Ursynowie. W drogerii skończyła się kontrola, a wraz z nią cisza wokół harmonogramów.

Pewnego ranka Zuzanna otworzyła kuchenną szafkę i wyciągnęła kubek, ten swój ulubiony, z obitym uchem. Nalała do niego kawy. Słodkiej, z cynamonem. Wypiła ją przy oknie, patrząc na podwórko. Na trzepaku ktoś powiesił kurtkę do wytrzepania. Sąsiadka wyprowadzała jamnika, który biegł przodem, ciągnąc smycz jak linę.

Potem umyła kubek, wytarła do sucha i postawiła na półce. Obok niego stał słoiczek z kawą. Podpisała go markerem: „Dobre do rana".

Tego samego dnia w drodze do pracy autobus znowu szarpnął na skrzyżowaniu przy alei Niepodległości. Zuzanna trzymała termos po skosie, na dnie torby, tak jak go ułożyła rano. Nic się nie wylało. Kawa została w środku.

Idź do oryginalnego materiału