Zubożały mężczyzna ratuje tonącą dziewczynę

newsempire24.com 4 godzin temu

Wiktor Iłich, właśnie po tym jak włożył swój skromny wieczorny połów do wiklinowego kosza i ruszył wąską ścieżką w stronę swojego podupadłego wózka, stanął jakby uderzony piorunem. Nie był to złudzenie z mgły nad Wisłą, gęstej i nieprzenikliwej, ponownie rozległ się przerażający jęk, który mroził krew w żyłach. Kobieta krzyczała. Głośny podmuch wiatru w koronach starych sosnowych drzew rozrywał jej wołanie, ale niektóre słowa dało się wyłowić: błagała o pomoc, wkładając w ten krzyk całą resztę sił swojej duszy. Obok niej rozdzierały się falujące wody, które docierały aż do brzegu.

Nie zastanawiając się ani sekundy, Wiktor zerwał kosz, a kilka drobnych rybek, lśniących srebrzyście, rozprysło się na mokrym piasku. Zrzucając ciężką, podniszczoną kurtkę i wyblakłe robocze spodnie, w jedynie podniszczonej bieli, rzucił się w czarną, lodowatą wodę. Wiatr, jak rozwścieczone zwierzę, wzburzył fale, posypując twarz pianą i bryzgami.

Pływać było niewyobrażalnie ciężko. Strumień, zwykle leniwy, dziś był podstępny i silny, chwytając nogi lodowatymi rękomaprądem. W głębokiej, ciemnej części rzeki, tam, gdzie woda była najczarniejsza, walczyła rozpaczliwie dziewczyna. Jej ciemne włosy, niczym wodorosty, unosiły się i tonęły w czarnym otchłani, pochłaniając ją w całości. Młody człowiek, którego jak się zdawało nie przestawała błagać, już dotarł na przeciwległy brzeg. Nie odwrócił się, jego ruchy były gwałtowne i przerażone. Wyciągnąwszy dmuchany ponton, spojrzał dzikim, zwierzęcym wzrokiem, odwrócił się wzdłuż lasu, by zniknąć w jego ratunkowej gęstwinie.

Dziewczyna przestała krzyczeć. Nie pojawiła się na powierzchni. Gdy Wiktor, z ostatnimi siłami, dotarł do zguby, na wodzie pozostały jedynie powolne, złowieszcze kręgi. Serce mu runęło w piersi. Zrobił głęboki oddech i zanurzył się w lodowatą mgłę. Palce natrafiły na śliską tkaninę kurtki; objął bezwładne ciało od tyłu i, drugą ręką pełniącą rolę wiosła, walecznie pompował nogami, pędząc w stronę własnego brzegu. Każde zamachnięcie wywoływało ognisty ból mięśni, każdy wdech brzmiał jak jęk. Ale płynął, trzymając się życia i tej drobiny, którą trzymał w ramionach.

Wyciągnąwszy dziewczynę na brzeg, nie czując już własnego wyczerpania, przystąpił do działania. Ręce przyzwyczajone do ciężkiej pracy działały gwałtownie i precyzyjnie przetoczenia, uciski, sztuczne oddychanie. Z płuc wyleciała mętna woda rzeki, a ciało ratowane wydało chrapliwy, przerywany kaszel. Oddech, słaby, ale równy, wrócił. Trzeba było ją ogrzać. Zgarnął niedopałki starych ognisk, zbudował na rozgrzanym popiele prowizoryczną platformę z płaskich kamieni, położył na niej grubą warstwę jeżynowego runa, a na wierzch położył puszystą, iglastą poduszkę z jeżynowych gałęzi. Ostrożnie położył dziewczynę na tym prowizorycznym łożu, okrył jedyną, przesiąkniętą dymem i potem kurtką. Sam podniósł porozrzucane po brzegu rzeczy, z trudem naciągnął mokre ubrania na zamrożone ciało i usiadł przy nowym, rozpalonym ogniu, podając jej drżące, białe od zimna ręce.

Ciepło rosło powoli, jakby nie chciało przedostać się do zamrożonej już tkanki. Dziewczyna leżała nieruchomo, jedynie lekki par z jej oddechu świadczył o życiu. Zimna woda i szok zrobiły swoje, ale mężczyzna wiedział z czasem ona się obudzi. Wiedział to, jak znał każdy zakręt tej rzeki.

Podniósł wzrok ku niebu, przesłoniętemu ciężkimi, nisko wiszącymi chmurami. Przez tę ołowianą zasłonę nie przenikało ani gwiazd, ani choćby księżyc. Było pusto i przygnębiająco.

Spojrzał na płomienie i one przeniosły go w przeszłość, w tamten szary, bezlitosny wieczór, który zabrał mu wszystko.

Z Lenką i małym Jankiem przyjechali na ryby, jak robili to prawie każdego lata. Zostawiając żonę z synkiem w namiocie, Wiktor odpłynął od brzegu na starej, ale pewnej łodzi.

Rozgrzejcie się herbatą, zaraz wrócę z rybą, i zjemy najpyszniejszą zupę rybną na świecie! podrapał się w nosie i uśmiechnął się do Lenki, a jego twarz rozjaśniła się szczęśliwym, beztroskim uśmiechem.

Tylko bądź ostrożny, Witek, pogoda się zmienia zmartwiła się żona, wpatrując się w nadciągające chmury.

Nie bój się! Znam każdy kamień! zawołał z wody, a wiosła rozcinały lśniącą taflę.

Wylądując w swojej ulubionej zatoce, zarzucił wędki i zanurzył się w rytualnym oczekiwaniu. Nagle niebo przyciemnione stało się jak noc. Silny wiatr zginał drzewa u podłoża, a z nieba spadła fala wody. Łódź zaczął wirować, a nagle rozległ się ostry trzask pod jej kadłubem zahaczył ukryty pod wodą korzeń, wysunięty niczym sztylet. Powietrze wdarło się sycząc i w mgnieniu oka łódź rozpadła się na nieforemną plamę gumy.

Wiktor próbował płynąć, ale ramię zacięła go nagła, paląca skurcz od lodowatej wody. Walka z wściekłą naturą była nie wyrównana. Prąd porwał go, uderzył w twardą przeszkodę, a ciemność pochłonęła świadomość. Otrząsnął się dopiero po trzecim dniu, leżąc na twardym łóżku w nieznanej chatce, przesiąkniętej dymem i ziołami. Próba wstawania wywołała zawroty i mdłości. Wtedy do drzwi, tupiąc, wszedł stary człowiek o twarzy pokrytej zmarszczkami niczym mapa przeżytych lat.

Coś się trafiło mruknął bez entuzjazmu, podając miskę z parującą zupą. Weź, pij tę ziołową miksturę, zatrzyma ona krwawienie wewnątrz. I pożuj kaszkę, bo inaczej nie wytrwasz.

Gdzie ja jestem? zachrzknął Wiktor, a po usłyszeniu nazwy odległej, nieznanej okolicy zrozumiał, iż został wyrzucony setki kilometrów od domu.

Cóż cię tu przywiodło, chłopcze kontynuował starzec po krótkiej przerwie. Przeżył cię trochę łowca, myślał, iż nie wyjdziesz.

Mężczyzna znów próbował wstać, ale starzec machnął suchym palcem:

Leż, nie gryź się. Straciłeś krew, to nie jest wesołe. Teraz możesz iść na zgony, jeżeli nie ostrożny. Odpocznij, przyzwyczaj się.

A rodzina? Żona, syn oni nie wiedzą, iż żyję! w głosie Wiktora zabrzmiała rozpacz. Przedstawiał sobie Leenkę w rozpaczy, a serce ściskał się w sztywny, bolesny guzek.

Co tu wiadomości? zamruczał starzec. To nie miasto z pocztą. Tu jest las. Tylko wilki wyją i niedźwiedzie ryczą. Jedna tajga wokół.

Jak tu żyjecie? zapytał szczerze Wiktor.

Wiecie, zioła, grzyby, orzechy, jagody. Zimą zapasy chowamy. Łowcy od czasu do czasu przychodzą, przynoszą gościnę. Tak żyję już dwadzieścia lat. westchnął starzec, wyczerpany, i z trudem wsiadł na swój łóżko w kącie. Śpij. Musisz siły zbierać.

Zasnął szybko, a Wiktor patrzył na słabą poświatę płomienia. Cień tańczył po ścianach, a w tych tańczących konturach widział twarze żony i syna. Tęsknota była tak ostra, iż zaciskał zęby, by nie jęczeć. Za ścianą wyły wichury, szalejąc po wszystkie drogi i nadzieje.

Dni mijały, podobne do siebie, jak węzły na linie. Każdy kolejny ruch, który udało mu się wykonać obrócić się, usiąść, podnieść łyżkę był małym zwycięstwem dającym odrobinę radości.

Wstał na nogi dopiero po dłuższym czasie, tak jak przepowiedział starzec. Gdy po raz pierwszy, oparte w kiju, wyszedł za próg, świat był niepoznany wszystko otaczała oślepiająco biała, nietknięta śniegiem powłoka.

Jak mam stąd wyjść? zapytał ostrożnie gospodarza, starając się nie zdradzić rozpaczy.

Nie da się odparł starzec krótko. Nie chodzisz jeszcze, a do drogi to dzień marszu, może dłużej. Wszystkie ścieżki zasypane. Musisz przetrwać do wiosny. Jak się wyleczysz, pomogę.

A łowcy? Mogą pomóc?

Łowcy zimą są w innych rejonach. Tu przyjeżdżają wiosną i jesienią. Może ktoś zdoła, jeżeli szczęście się uśmiechnie Ale raczej nie. Teraz miejsca nieprzejezdne. pokręcił głową i podmuchnął kolejne drewno do pieca.

Wiktor drgnął, wyłaniając się z głębi wspomnień. Serce ścisnęło się znanym bólem. Poprawił ognisko, dorzucając kilka suchych gałęzi, podniósł się i podszedł do dziewczyny. Jej oddech stał się głębszy i równszy, choć świadomość jeszcze nie wróciła. Poprawił na niej kurtkę i wrócił do ognia, pozwalając przeszłości wciągnąć go w bezwzględny wir.

Starzec był cichym człowiekiem. Kiedy Wiktor nabrał sił, by poruszać się po chacie, zaczynał pomagać: sprzątał śnieg przy drzwiach, aby dostać się do drewna, kroił drzewa, rozgrzewał piec. Jedzenie, ta ta sama kasza z niejasnych korzeni i ziół, jadł bez wstrętu głód i instynkt przetrwania były silniejsze. Herbata, którą starzec zaparzał z letnich ziół, przypominała mu Lenke ona też lubiła dodać do herbaty mięte i dziurawiec. Te wspomnienia były jednocześnie słodkie i gorzkie, niczym rana, która wciąż ból wywołuje.

Zima trwała bez końca, a czas zdawał się stać w lodowej pułapce. Gdy wiosna w końcu przybyła, śnieg topniał niechętnie, odsłaniając ziemię centymetr po centymetrze. Po kolejnych dwóch miesiącach toczyła się walka wiosny i zimy, a kiedy w końcu poczuł w nogach dawną siłę, starzec zmarł.

Nie dam rady cię odprowadzić, jak się umówiliśmy zapytał, leżąc na swym łóżku. Sama się podniosłam, a teraz muszę zadbać o siebie.

Jak zostaniesz sam? Pójdę z tobą! W mieście są lekarze, szpital!

Lekarzy? machnął słabą ręką. Żaden twój lekarz cię tak nie naprawi. Oni tylko przecinają. My z tobą gangrenę leczyliśmy pałeczkami i ziołami. Idź. Nie martw się, wyzdrowieję. Nie od razu

Starzec, jak mógł, wskażył drogę, a Wiktor, z całego serca dziękując za ratunek i krew, ruszył w podróż. Droga, na słowach prosta, po kilku godzinach stała się chaotycznym błądzeniem. Szedł w ciemności, nie znajdując śladu ścieżki. Noc spędził pod iglastymi gałęziami. Obudził się od cichego szelestu za plecami. Odwracając się, zobaczył w półmroku kilka par zielonych, migoczących punktów. Wilki. Nie zastanawiając się, wspiął się na najwyższą sosnę. Siedział tam do świtu, wbijając paznokcie w grubą korę, aż stado, wyczuwając bezsens, odleciało w głębi nocy. Zejście w dół uważał za śmierć.

Rankiem wstał i znów szedł, już bez nadziei. Tak mijało kilka dni. Spotkania z dzikiemrzeźnikiem, z ryskiem obserwującą gałąź, stały się codziennością. Nocleg na drzewach surowa konieczność. Żywił się tym, co znalazł pod stopami zeszłymi jagodami, korzeniami, pił z leśnych strumieni, spał w krótkich drzemkach, czujnie nasłuchując każdego szelestu. Nie poddawał się. Musiał dotrzeć do rodziny. Żywy.

Dwa tygodnie błądził po bezkresnej, bezlitosnej tajdze, tracąc poczucie czasu. Pewnego dnia w przerwie drzew ujrzał ciemny prostokąt chatę. Do niej dopłynął, prawie tracąc przytomność od wyczerpania, a szczęście, które wlewało się w niego, było niemal bolesne. To była chałupa myśliwska, ale zardzewW końcu, gdy ostatni płomień gaśnie, podnosi się dźwięk dalekiego dzwonu, zwiastującego powrót do domu i ocalenie serc, które nigdy nie przestały bić w rytmie nadziei.

Idź do oryginalnego materiału