Zrobił to dla kobiety, która rzuciła w niego szklanką

newsempire24.com 2 dni temu

Firma ledwo zipała. Konkretnie — Marek siedział w wynajętym biurze na krakowskim Zabłociu, piętro niżej pachniało ramenem z knajpy dla studentów, a on zamiast szukać klientów wpatrywał się w telefon i układał od nowa plan, który wymyślił poprzedniej nocy.

Chodziło o Agnieszkę. Nie o biznes, nie o wytwórnię, nie o muzyków, którym wcisnął ostatnie czterdzieści osiem tysięcy zaliczek na płyty, których nikt nie zamówił. Chodziło o to, iż Agnieszka spakowała jedną walizkę, postawiła przy drzwiach i powiedziała, iż ma dość faceta, który obiecuje życie, a wieczorami liczy drobne na bilet tramwajowy.

Nie miał pieniędzy. Miał za to desperację, a z desperacji potrafił zrobić plan lepszy niż z gotówki.

Zadzwonił do biura nieruchomości, które wynajmowało rezydencje na karaibskich wysepkach. Powiedział, iż prowadzi prężną firmę fonograficzną. Półprawda — prowadził, owszem, firmę. Prawda kończyła się na słowie „prowadził", bo prężna nie była od dawna. Powiedział też, iż szuka wyspy pod budowę studia nagraniowego. Kłamstwo pełną gębą. Chciał po prostu zabrać Agnieszkę w miejsce, gdzie nie będzie mogła wyjść i trzasnąć drzwiami, bo drzwi będą prowadziły prosto na białą plażę.

Agent odpowiedział, iż z przyjemnością ugości państwa, i wysłał po nich na lotnisko czarne volvo z kierowcą w białej koszuli. Marek pamięta, jak Agnieszka dotknęła skórzanej tapicerki i przez moment nie patrzyła na niego jak na złodzieja jej ostatnich pięciu lat.

Przez cztery dni jeździli po wysepkach. Prawdziwe widokówki: palmy, piana, turkus tak gęsty, iż można by go kroić. Wieczorami basen przy willi, wino, które znikąd się pojawiało, i Agnieszka śmiejąca się tak, jak nie śmiała się od dawna. Marek prawie uwierzył, iż to wszystko jest jego. Że naprawdę szuka miejsca na studio, iż za chwilę podpisze czek i będą patrzeć na zachód słońca, który należy do nich.

Piątego dnia agent zawiózł ich na wyspę bez nazwy, za to z rafą koralową, dwoma jeziorami i wzgórzem porośniętym dzikim zielonym. Plaża biała jak szyld z napisem „tu zaczyna się inne życie". Żółwie składające jaja. Wiatr pachnący solą i czymś, czego Marek nie umiał nazwać, ale wiedział, iż to zapach decyzji.

— Ile? — zapytał.

— Trzy miliony funtów — powiedział agent i poprawił okulary przeciwsłoneczne.

Marek wypuścił powietrze. W kieszeni miał dwieście trzydzieści złotych i paragon z żabki za kawę na lotnisku.

— Mogę dać dwieście tysięcy — rzucił, jakby to była najnormalniejsza oferta świata.

Agnieszka obróciła się gwałtownie. Agent choćby nie mrugnął.

— Cena wynosi trzy miliony funtów.

— Dwadzieścia tysięcy euro. Moja ostateczna propozycja — Marek uśmiechnął się, bo głupio było już tylko nie.

Wrócili helikopterem. Na progu willi leżały ich torby. Nie pootwierane, nie porozrzucane. Ustawione w idealnym rządku, jak wyrzut sumienia, który ktoś starannie zapakował. Agnieszka usiadła na swojej i patrzyła na Marka tak, jak patrzy się na bagaż, za który trzeba dopłacić.

Lot do Warszawy odwołany. Terminal pełen ludzi, którzy kręcili się między ekranami z napisem ODWOŁANY, jakby czekali, aż ktoś im powie, co robić dalej.

Marek zrobił to, co zawsze, gdy nie miał wyjścia: wymyślił, iż jest wyjście.

Wypożyczył busa z kierowcą — nie samolot, ale do najbliższego porządnego lotniska w San Juan dało się dojechać promem, a potem główną drogą. Policzył szybko: szesnaście osób mieści się bez upychania. Bilet za dwadzieścia osiem dolarów. Pożyczył od kierowcy tablicę i marker. Napisał po angielsku, bez polskich znaków, bo nikt by ich nie przeczytał: „JEDEN PRZEJAZD DO SAN JUAN — 28 USD. WYJAZD ZA GODZINĘ".

Ludzie podeszli. Najpierw młoda para z plecakami, potem rodzina z dwójką dzieci, potem jeszcze trzech facetów w koszulach. Marek zbierał pieniądze do plastikowej szklanki po napoju, którą zabrał z baru na lotnisku. Dojechali, polecieli, wrócili do Krakowa.

Agnieszka rzuciła w niego tą szklanką w kuchni, dwa dni później. Nie dlatego, iż nie wyszło. Wyszło. Zapytał ją, czy kocha go chociaż trochę, a ona odpowiedziała, iż kocha w nim to, iż zawsze coś wymyśli. „Tylko wiesz co, Marek? Ja nie chcę całego życia spędzić na lotnisku, z którego nas wyrzucili, czekając, aż ty coś wymyślisz". Szklanka roztrzaskała się o framugę, kawałek plastiku odbił się i wylądował mu pod stopami. Podniósł go i schował do kieszeni marynarki, sam nie wiedząc po co.

Został sam w biurze. Na biurku wciąż leżała lista czterdziestu ośmiu tysięcy długu wobec muzyków — trzech chłopaków, którzy dzwonili co tydzień, pytając, kiedy będzie sesja. Otworzył okno, wpuścił zapach ramenu i zamiast znowu wymyślać coś na poczekaniu, wyjął z kieszeni ten kawałek plastikowej szklanki i położył go na blacie, obok listy długów. Popatrzył na obie rzeczy i zrozumiał, iż tym razem potrzebuje nie pomysłu na jeden wieczór, tylko liczby, którą da się komuś pokazać bez wstydu.

Policzył: żeby spłacić muzyków, wynająć piętro na Kazimierzu i ruszyć z pierwszą sesją, brakowało dwustu tysięcy złotych.

Napisał krótki mail do dwóch inwestorów, których poznał pół roku temu na konferencji w Katowicach. Bez owijania. „Moja firma jest w dupie. Mam pomysł i nie mam pieniędzy. Dajcie mi szansę, a w zamian dostaniecie udziały. Konkret: dwieście tysięcy złotych. Tyle potrzebuję, żeby spłacić ludzi, którzy już dla mnie pracowali, i ruszyć od nowa".

Odpowiedź przyszła po czterech godzinach. Pojutrze spotkanie. Nie obiecuję.

Pojechał. Nie w garniturze, bo garnitur kłamał. W zwykłej koszuli, z rozpiętym rękawem i plikiem papierów, na których było dokładnie napisane, ile kosztuje sprzęt, ile studio, ile marka. Powiedział, iż nie ma wyspy na Karaibach i nie będzie jej miał. Ale iż wie, jak to jest zebrać szesnastu obcych ludzi na parkingu przy lotnisku i namówić ich, żeby wsiedli do jednego busa pod tablicą z ceną. Bo każdy zapłaci, jeżeli usłyszy jasno, czego się od niego chce.

Dostał pieniądze. Trzy dni później spłacił muzykom cały dług i podpisał umowę najmu piętra na Kazimierzu. Siedem tygodni później wytwórnia miała pierwszych trzech artystów — tych samych, którzy dzwonili co tydzień — i pierwszą sesję nagraniową.

Po miesiącu Agnieszka napisała, iż widziała nowe studio i iż świetnie mu poszło.

Marek popatrzył na kawałek plastikowej szklanki, który wciąż leżał u niego na biurku, obok skreślonej listy długów, i odpisał tylko: „Dziękuję. To przez tamtą wyspę".

Idź do oryginalnego materiału