Została starą panną z wyboru. "Nie wyobrażam sobie, żebym miała urodzić dziecko"

kobietaxl.pl 2 godzin temu

Wiara ważniejsza niż rozsądek


- Jestem najstarszym dzieckiem w rodzinie – opowiada Maria. – Mam sześcioro rodzeństwa, bo rodzice nie uznawali antykoncepcji. Byli religijni, uważali iż będzie „co Bóg da”, no bo „jak Bóg sprowadził dziecko to i da na dziecko”. Proboszcz utwierdzał ich w tym rozumowaniu, chociaż byliśmy biedni „jak myszy kościelne”. Z każdym kolejnym dzieckiem żyliśmy w większej nędzy. To nie były czasy gdy państwo dawało 800 plus na dziecko. W latach 90-tych można było starać się o jakieś wsparcie w opiece społecznej, prosić o zapomogi. ale jeżeli się mieszkało jak my, w małej wiosce, w biednej gminie, to ta pomoc była kroplą w morzu potrzeb.

Maria urodziła się gdy jej mama Tereska miała 17 lat. Młodociana matka ledwo skończyła krawiecką szkołę zawodową. Ojciec dziewczyny, Jurek, gdy brał ślub, ledwie uzyskał pełnoletniość. Wcześniej rzucił zawodówkę, wolał pomagać ojcu w polu, niż siedzieć nad książką. Nie lubił nauki. Zamiast wyuczyć się zawodu, łapał dorywcze prace na budowach. Imponował kolegom motorem i gotówką na piwo.

Rodzice Marii wzięli cichy ślub kościelny, rodzina ciężarnej panny młodej bardzo się wstydziła, iż córka szła do ołtarza z widocznym brzuchem. Nie podobał się im też kawaler, który był z biednej i nieszanowanej rodziny. Wszyscy wiedzieli, iż w tym domu mężczyźni pili. Starszego brata Jurka, ojca Marii, porzuciła żona. Uciekła z dwójką dzieci i z trzecim w drodze, bała się, iż ją w końcu zabije bo był agresywny po alkoholu. Nie mogła liczyć choćby na alimenty, męża wyrzucili z pracy, a co dorobił, przepijał. Najczęściej z ojcem.

- Moja mama była lekko upośledzona intelektualnie – opowiada Maria. – Urodziła się, gdy moi dziadkowie byli mocno po czterdziestce. Jej dwóch braci przyszło na świat dużo wcześniej, byli zdrowi. Zdobyli zawody, założyli rodziny. Dziadkowie planowali, iż moja mama zamieszka z nimi, gdy wyuczy się na krawcową. W ich miasteczku była szwalnia. choćby kupili mamie maszynę do szycia, by łapała dorywcze prace krawieckie z okolicy. Niestety mama zakochała się na zabój w tacie. Była zawsze naiwna, wierzyła we wszystko, co obiecywał ojciec. A on fantazjował. Nie przeszkadzało jej, iż popijał. Dlatego rodzice mamy nie chcieli takiego zięcia w swoim domu. Proponowali, by mama została, urodziła, a oni jej pomogą. Ale się uparła, poszła za ojcem do tej chałupy na skraju wsi. Dostali od teściów jedną izbę i kawałek pola z kiepską ziemią.

Rodzina Marii gwałtownie zaczęła się powiększać. Gdy dziewczynka miała roczek, na świecie pojawił się jej braciszek. Potem mama znowu zaszła w ciążę.

Malutka siłaczka

- Odkąd pamiętam, otaczał mnie płacz albo krzyk rodzeństwa – wspomina Maria – Ja miałam być cicho, grzecznie się bawić z braćmi i siostrami. Pamiętam zapracowaną mamę, pieliła coś na grządkach, karmiła domowe zwierzęta i kury, gotowała albo sprzątała. Wieczorami siadała przy maszynie do szycia i wykonywała jakieś zlecone prace, za które dostawała niewielkie pieniądze od sąsiadów. Jedynym jej wsparciem duchowym tym trudnym życiu były msze i uczestnictwo w kółku różańcowym. Mama stała się bardzo gorliwą katoliczką, wierzyła słowom duchownych. Ksiądz stawiał ją za wzór kobiety, matki, która nie odrzuca daru, jakim jest życie. To napawało ją dumą, cieszyła się, iż tyle nas ma.

Ojciec Marii pracował gdzie mógł, by zarobić na życie dla ciągle rosnącej rodziny. Czasami napił się wódki z wiecznie odurzonym ojcem i bratem. Na szczęście dla rodziny, gdy był nietrzeźwy nie miał agresywnych zachowań. Szedł spać, ale wcześniej zbierało mu się na amory.

- Na wsi śmiano się z nas, iż jesteśmy od „dziecioroba” – opowiada Maria. – Szydzono z naszej biedy. Mieliśmy przerabiane, cerowane ubrania, w których chodziliśmy jedno po drugim. Czasami choćby pożyczaliśmy sobie buty, bo nas nie było stać na nowe. Gdy podrosłam, zrozumiałam jakimi wyrzutkami byliśmy. Zaczęłam się wstydzić, unikać dzieci ze wsi.

Maria jak tylko mogła, tak pomagała steranej i wiecznie w ciąży, lub w połogu matce. Kobieta była bardzo cicha, pracowita i ugodowa. Nie miała konfliktów z teściami, ani z ich starszym synem, alkoholikiem. Matka codziennie, gdy tylko mogła, gotowała wszystkim obiad. niedługo zmarła teściowa, miała, niewykrytego zawczasu raka piersi. gwałtownie po niej odszedł teść. Okazało się, iż miał nieleczoną gruźlicę, ale przyczyną zgonu było zatrucie alkoholem. Ich najstarszy syn poszedł do miejscowego baru, tam w amoku alkoholowym, wdał się w bójkę. Znaleziono go dzień potem.

- Tato bardzo przeżył odejście bliskich, razem z mamą zaczął chodzić regularnie do kościoła – opowiada Maria. – Proboszcz po raz pierwszy pomógł, zatrudnił tatę przy remoncie plebanii, potem przy naprawie muru cmentarnego. Rodzice zawsze dobrze ze sobą żyli. To nie byli źli ludzie, tylko kompletnie nieodpowiedzialni. Nie nadawali się na rodziców. Niestety, mama znowu urodziła dziecko, mój kolejny braciszek miał wadę serca. Byłam już w szkole, musiałam znosić kolejne złośliwości. Brat niedługo zmarł, gdy wszyscy zachorowaliśmy na grypę. Jego serce nie dało rady. Znowu było nas sześcioro.

Maria wracała do domu ze szkoły i zabierała się za sprzątanie, pranie, gotowanie, pilnowała młodszego rodzeństwa przy odrabianiu lekcji, przewijała, karmiła. Jej mama zaczynała podupadać na zdrowiu. Była coraz chudsza, ciągle zmęczona, miała nocne poty i stale kaszlała. Nie chciała słyszeć o pójściu do lekarza. Była badana tylko podczas porodów.

Życie na marginesie

- Teraz wiem, iż nie miała pieniędzy na leki, ani na nową bieliznę – przyznaje Maria. – Wstydziła się naszej nędzy. Udawała, iż nie słyszy docinków, nie dostrzega z jaką pogardą patrzyli na nią ludzie z naszej okolicy. Kiedyś widziałam nawet, jak ktoś dla żartu zatykał nos, gdy przechodziliśmy po wyjściu z kościoła. Fakt był taki, iż nie stać nas było na kosmetyki. Mieliśmy tanie mydło, szampon i proszek do prania. Na pewno musieliśmy nieprzyjemnie pachnieć zawilgoconym domem i niestety biedą.

Maria robiła, co tylko mogła, aby jakoś wesprzeć zapracowanych rodziców. Ojciec wracał z budowy, albo pracy w polu, późnym wieczorem. Był wyczerpany. Czasami się upijał. Matka tyrała w domu, przy dzieciach miała zajęcie od rana do nocy.

- Widziałam, iż jest wykończona, nie miała siły – opowiada Maria. – Mimo to nas kochała, przytulała, czasami skrzyczała, dała w tyłek ścierką do naczyń, gdy już za bardzo dokazywaliśmy. Każdego wieczoru całowała nas na dobranoc. Niestety znowu zaszła w ciążę. A ja byłam wściekła na ojca, bo już wiedziałam skąd się biorą dzieci.

Do domu Mari przyjechała opiekunka społeczna i zauważyła zły stan matki. Natychmiast powiadomiła odpowiednie służby sanitarne, iż w rodzinie jest podejrzenie gruźlicy. Matka Mari trafiła do szpitala. Wszystkie dzieci i mąż zostali poddani badaniom. Ojciec i brat też byli zarażeni. Rodzina została poddana leczeniu.

- Po wsi rozeszła się wieść, iż jesteśmy gruźlikami – mówi Maria. – Ludzie byli na nas wściekli. Chciałam wtedy umrzeć. Najgorsze, iż gdy mama była w szpitalu i leczono tatę oraz brata, wszystko zostało na mojej głowie. Wieczorem padałam z wyczerpania. Zmuszałam się do nauki, bo przyrzekłam sobie, iż wyrwę się z tej nędzy. Tylko dzięki szkole mogłam uciec.


Nigdy więcej płaczu dzieci

Maria nie była w stanie zdobywać najlepszych ocen, ale dawała radę, dostawała czwórki. Jej wychowawczyni wiedziała, jak ciężkie ma życie, często pomagała dziewczynce przy odrabianiu trudnych tematów. Zdobywała choćby dla niej książki.

- Tylko na nią mogłam liczyć, rodzina ze strony mamy nie chciała nas znać – przyznaje Maria. – Mama została w szpitalu do urodzenia najmłodszej siostrzyczki. Była wcześniakiem, chorowita z powodu gruźlicy. Na szczęście terapia i leki pomogły. Gdy obie wróciły do domu, miałam znowu dodatkowe obowiązki. Mama nie dawała rady. Pomagali trochę najstarsi bracia, ale robili co mogli, byle tylko uciec z domu i wywinąć się od zajęć. W końcu z wyczerpania zasnęłam na lekcji. Wychowawczyni interweniowała w gminie. Dostaliśmy opiekunkę społeczną, przychodziła i trochę pomagała. Moja nauczycielka przyjechała do moich rodziców. Chciałam się spalić ze wstydu, gdy zobaczyła nasz nędzny dom. Ale ona nie oceniała, zamknęła się w pokoju z ojcem i na niego nakrzyczała. Podsłuchiwałam. Pytała, czy tato chce zabić matkę kolejną ciążą? Żeby w końcu przestał płodzić dzieci, bo będzie miał tylko sieroty. Żona umrze. Przepraszał. Po tej rozmowie w domu się polepszyło. W końcu mogłam się uczyć. Bracia byli zmuszeni przejąć część obowiązków.

Maria posłuchała rady wychowawczyni, wybrała technikum ekonomiczne. Zdała egzamin, zamieszkała w internacie. Choć kochała rodzinę, nie zamierzała po szkole tam wrócić. Była pilną uczennicą, dobrze zdała maturę i dostała pracę w księgowości. Odwiedzała rodziców, dopóki żyli. Nie była w stanie mieć normalnych relacji, ani z rodzeństwem, ani z nikim innym. Długi czas chodziła na terapię.

- Interesowali się mną różni mężczyźni, ale ja nie chciałam żadnego. Zostałam stara panną z wyboru, Te lata, gdy jako dziecko zajmowałam się rodzeństwem, to dla mnie wciąż żywa trauma – przyznaje Maria – Nienawidzę myśli, iż mogłabym rodzić dzieci, a potem znowu się poświęcać. Nie pokocham nikogo, za dużo krzywdy kobiet widziałam. Wybrałam samotność, spokojne życie do śmierci. I dobrze mi z tym.

Idź do oryginalnego materiału